Tajemnice Londynu/Tom I/Przedmowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Seweryn Porajski
Tytuł Przedmowa
Pochodzenie Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


PRZEDMOWA.



Kończyłem właśnie ostatnie rozdziały Tajemnic Paryża, książki francuzkiego romanso-pisarza, pana Eugeniusza Sue, którą, mi przysłał wydawca K***, właściciel jednego z najlepszych naszych przeglądów; a wtém odwiedził mię i on sam.
— Wszak prawda, Sir Franciszku Trolopp, rzekł mi, nie zdając się przywiązywać wielkiéj wagi do słów swoich, że książka pod tytułem: Tajemnice Londynu, byłaby użyteczną, i interessującą, i że pan uczyniłbyś ją zajmującą i prawdziwą, pan który pod czas licznych podróży swoich mogłeś był porównywać obyczaje nasze z obyczajami naszych sąsiadów, który czynne swe życie przepędziłeś już to w gronie najwyszukańszych towarzystw, już w miejscach najbardziej tajemniczych; który jednocześnie uczęszczałeś do brudnych szynkowni w Saint-Giles, do salonów przy Belgrawe-Square i klubów w Pall-Mall?
— Tak, książka ta jest do napisania, i wyświadczy przysługę ludzkości kto zdoła, odkrywając występki, zniszczyć prawa uwieczniające nędzę ludu i przesądy wstrzymujące wszelki postęp socyalny. — Ale strzedz się będę, abym nie dotknął tego wulkanu, abym nie poruszył téj wrzącéj lawy; mogłaby mię spalić, a straciłbym niezawodnie moje prawo krytyka. Ach! gdybym nie był tyle leniwy, gdybym zdołał skreślić całkowity plan tego utworu, równie romansowego, jak i filantropijnego!.... gdyby pióro moje, giętko zdołało skreślić uczty Windsoru, stan kantorów w Cornhill, nieokrzesanie przewoźników z India-Docks!... daję ci słowo kochany K***, napisałbym dzieło, którego byłbyś wydawcą.
— Przeznaczam pięć set gwineów do rozporządzenia Waszéj Wysokości, za każdy tom, który mi w tym przedmiocie dostarczyć raczysz, rzekł K*** zdradliwie.
Widząc że się zapalam i dla większego mię podżegnięcia, zawołał:
— Tu to właśnie mogłaby się wyćwiczyć pańska fantazya; tu mogłaby marzyć pańska wyobraźnia!
— Marzenia! ależ to najsprawiedliwszy ze wszystkich zarzutów, jakie można uczynić książce francuzkiéj! Urojenia! kiedy autor miał tyle prawdy w około siebie. Jakoż Tajemnice Paryża w oczach każdego dostrzegacza zawsze będą niekompletnymi. Tajemne nadużycia, wstydliwe występki, rany ukryte, które pan Eugeniusz Sue zapomniał umieścić w ramach swoich, dostarczyłyby mu były silniejszych argumentów i niezbitszych dowodów, aniżeli wyobrażenia, nad którą się unosisz, a która nim łatwo powodowała. Sto razy byłbym od niego winniejszym, gdybym się do wyobraźni uciekał, kiedy Londyn pełną garścią podaje mi nadużycia i dziesięć kroć tyle tajemnic! Po cóż robić się Rafaelem, kiedy trzeba być tylko kopistą?
Wyobraźnia jest błędem, kiedy pracujemy nad przygotowaniem reform społecznych; jeżeli chcemy przykładów, ważną jest rzeczą unikać wszystkiego co się mija z prawdą, bo czytelnik raz oszukany, nie uwierzy reszcie dzieła. I cóż jest ten Rudolf, rodzaj socyalnego Don Quiszota, którego wszystkie piękne czyny mają śmieszną stronę, lub tchną okrucieństwem? Cóż więcéj urojonego, jak ten Murf tyle przywiązany, ten Mentor wyłysiały, ten Merkury bez skrzydeł, ten Kaleb przebrany za szambelana? Cóż bardziéj niebezpiecznego jak Marya], ten kwiat na zawsze zdeptany, którego łodygi najświętsza nawet ręka nie zdołałaby podźwignąć? A ów Szuryner, ugłaskany zwierz dziki, któremu sam autor wymierza sprawiedliwość, i mimo odrazy ku karze śmierci widzi się przymuszonym zabić go; ten Polidori, szarlatan obrzydliwy i przesadzony; ten czerwony Jan, straszliwe widmo, którego Walter-Scott nie chciałby umieścić w najśmielszych swych kartach; ten kulas, szczep występku w dzieciństwie; ten szkielet, ci zbójcy, awanturnicy wszelkiego czasu i kraju, i do czegóż służą oni w końcu, który sobie autor założył? Czyliż ich obecność nie dąży do oddalenia ufności czytelnika, a tém samém czyliż nie szkodzi przyjęciu myśli o reformie tak wzniośle naprzód przez autora posuniętéj? A dramat! dramat! jest w nim dziesięć szkiców, a żaden nie wykończony.
Tak jest, dramat słaby z powodu swéj żyzności, nie podobny do prawdy, z powodu zbytniej pretensyi do prawdo-podobieństwa. Ów Rudolf, co się obiera obrońcą moralności, co chce zwalczyć wszystkie przesądy i ukarać wszystkie występki niedosięgnione prawem; ów mówię Rudolf, jest to osoba urojona, a co gorsza nieprzypuszczalna! We Francyi, wśród miasta, którego policya jest czynną i czujną, mały sąd kryminalny przy wdowiej alei, wkrótce byłby odkryty, a książę, zuchwalszy jak Krystyna Szwedzka, nie uszedłby kary; musiałby zmykać! I jakiémże zaiste prawem człowiek ten mógłby sobie powiedzieć: to jest dobre, a to złe, to nazywać się będzie występkiem, to znowu szlachetnym czynem; Szuryner jest to istota pragnąca poprawić się; Gualeza, ta dziewczyna bez imienia, zasługuje na największe współczucie; kassyer Germain skradł w dobrym zamiarze; pani d’Harville nic złego nie uczyniła doprowadzając męża swego do samobójstwa? Ale puhaczka będzie miała pogruchotaną głowę, Jakób Ferand zginie w męczarniach; bakałarz, ten potwór straszliwy, bez wątpienia, zostanie pozbawiony wzroku! zamiast śmierci popełniona zostanie obrzydła katusza. Czyliż to jest jedna z reform opisywanych z takim zapałem!.. Oślepienie, ten projekt pochodzący od jednego z naszych filantropów zmarłego w Bedlam, któremu lady Helena Blessington oddaje sprawiedliwość, trafnie mówiąc:
»Gdyby tym sposobem traktowano wielkich zbrodniarzy, konsumowałoby zbyt wiele psów, a ślepi od urodzenia byliby uważani za uwolnionych więźni.«
Jeżeli mamy prawo zabijać mordercę, czyliż wolno nam zadawać mu cierpienia i odcinać członki? Śmierć, tę karę wszelkich ludów i czasów, przyjęli równie deiści jak i materyaliści, wymierza ją społeczność cała odwołując się wtém do Boga, w celu dopełnienia kary lub szybkiego wynagrodzenia niewinności: społeczność nie działa tylko dla samego postrachu, co według autora jedynym jest tylko pożytkiem. Postrach, ten zgrozy pełen wyraz, zdaje się dowodzić fałszywości tylu świetnych paradoxów, kara bowiem, którą ponosi ślepy, okropniejszą jest jak pozbawienie życia, bo niewinny tym sposobem ukarany żyć może długi czas, a kaci jego nie będą mogli osłodzić losu, który mu zgotowali.
Atak najświetniejsze ulepszenie jakiego żąda moralista, to zniesienie kary śmierci, tak często kwestyą stanowiące, to podstawianie kaźni okropniejszéj niż kara, któréj wymiar może być błędnym, wszystko fałszywém jest w zasadzie i moralności!.... Zaiste, przed projektowaniem z taką sztuką i potęgą tak znakomitych reform, potrzeba naprzód być prawdziwym! krótki rozbiór książki pana Sue przekonałby o nicości téj wojny wypowiedzianéj prawom i przesądom. Tyle przykładów dowodzi, że tajemnice wielkiego miasta nie wszystkie są w czynach; są one także w myślach, w zamiarach, a prawdziwa mądrość prawodawcy zależy na ustanowieniu instytucyj mogących się zastosować równie do przyszłości, jak i teraźniejszości.
Ah! gdybym miał potrzebną odwagę do przedsięwzięcia podobnéj książki, gdybym miał ten talent, dowcip i doskonałość w spostrzeżeniach, które mimo tysiąca błędów zjednały panu Sue najsprawiedliwszą sławę, łatwo mógłbym w pamiętnikach moich znaleźć historyą prawdziwą, dramat zajmujący, któreby wykryły niezmierny ogrom i nieograniczone upodlenie ludności Londynu, tyle prostej w obec cudzoziemca, tyle skrzywionéj w obec swych bogaczy i lordów. Jakże ciekawy widok przedstawiałyby owe uczty patryotyczne! owe meetings, tak poważne a konieczne! owi deputowani powstali z pieniędzy i ogłoszeni przez najświętszą namiętność! ów parlament, rodzaj teatru, w którym się odgrywa tyle dram w obec stu klaskaczy tajemniczo opłaconych! ów dwór młodéj i pięknéj królowéj, na którym najgorętsze żądze wyradzają się w pałające intrygi, mające na celu księcia niby Króla! a owe domy obłąkanych, zamykające w sobie tyle pięknych rozumów zgasłych przez ambicyą, miłość, czasem przez tajemniczy występek! a owe ministerya, w których żyje świat oddzielny! a nasze kulisy, których prima donny, nędzne figurantki wysłane przez naszych sąsiadów, kaprysem jednego księcia przemieniają się w ladys, lub wolą jednego nababa w milionowe panie! a nababowie sami nadęci krezusowie w okazałych pojazdach ze wzruszeniami niepowrotnie już postradanemi! a to prawo starszeństwa z potwornémi nadużyciami, rodzaj anomalii w obyczajach narodu, którego każdy obywatel namiętnie kocha swe dzieci, a wydziedzicza je mimo woli! nasze młode dziewice, nasze żony wychowane w takiéj skromności i przyzwoitości, zbyt częste ofiary naszych społecznych przesądów! nasze opieki, krwawa plaga, którą samolubne prawodawstwo nadaje pełnoletniemu człowiekowi moc uciskania małoletniego co niema podpory! Nasze fabryki, w których silny ze słabego, bogaty z ubogiego wydobywa materyę ożywioną nielitościwym przemysłem! nasi majtkowi, mieszkańcy Tamizy, zawsze wojujący z naszą lądową ludnością, którą tak mocno nienawidzą! i nasi kupcy z City z ich stanowczémi pomysłami i stanowczémi spółkami! i Irlandczycy, paryowie naszego miasta, skazani na najprzykrzejsze prace, Irlandczycy! których sama nazwa obraża Anglików! Zapomnęż o tym Londynie podziemnym i nocnym, z jego oddzielną ludnością zawsze gotową do mordu, zawsze czuwającą skoro zapadnie słońce.
Nie! nie! wszystko to miałoby miejsce w tej książce, w któréj potrzebaby odsłonić złą stronę praw naszych, tak przeciwnych w zasadzie prawom francuzkim! Dowód świadczy, że teorya różną jest od praktyki, i że te same środki, rozmaitemi drogami, prowadzą jedne do szczytu szczęścia, a drugie w samą otchłań ubóstwa! Jakże wymowną książką jest opis tego miasta hałaśliwego, w którém wszystko klęka przed złotem, w którém każda nędza ginie w rozpaczy! Co za rama do umieszczenia obrazu dumnego występku, gnębionego ubóstwa, pochlebianego bogactwa, niepoznanéj ludzkości! Jednak dla sprzysiężenia się na tyle złego, opisanoby także to nieustające działanie, silne i tajemnicze, pochodzące od wzburzonego ludu, głuche a istniejące od wieków, działanie, które się zawsze opiéra, jeżeli nie ustaje! Ten naród ze swémi tajemnicami, z niezmierną swą siłą, ma sam sposób zwyciężenia i pognębienia złego jeniuszu, który unosi się nad wielkiém miastem.
Nie będzie to niemiecki królik, stworzenie bezwątpienia nadzwyczajne, ale łatwo silniejszą dłonią mogące być zgruchotaném, mogące utracić byt swój dostojny u drzwi podejrzanego miejsca! Nie, nie obrałbym dla podźwignienia zgnębionéj ludzkości tego śmiałego mściciela krzywd na nieszczęście nieuszczęśliwionych; zaniechałbym tych nadzwyczajności zbyt nieznanych; ale przyjąłbym rozczulającą panią d’Harville, opatrzność salonu, w opozycyi z naiwną Rigoletą, tym aniołem poddasza; przyjąłbym okazałego Saint-Remy zepsutego dandy, płatnego Lowelasa, jako kontrast z nędzą rzemieślnika Morela, tego tak starannie wyrobionego z dyamentu typu odwagi, cierpliwości i rezygnacji. Ale wówczas pragnąłbym i przykładnéj kary i świetnéj nagrody. Nie będąc optymistą przez system, nie przypuściłbym, że wszystko jest złem w najgorszém nawet świecie, upiększyłbym historyą moję zachwycającemi rysy Cecylii, w któréj zapał Kreolki łączy się z całą sztuką paryzkiego uwodzenia, niepogardziłbym również małżonkami Pipelet, zabawnym obowiązkiem Filemona i Baucidy, dwugłowym cerberem, spotykanym przy każdych drzwiach środkowego Paryża.
Gdybym więc pisał tę książkę, pragnąłbym nadewszystko powołać w niéj do Boga cierpiącą ludzkość! widziałbym córkę ludu upodloną, lecz ocaloną od złego instyktem pospolitym; wielką damę powołaną do czynienia dobrze prostym głosem obowiązku; występek ukarany występkiem, a wielkie cnoty wszystkich wieków, wiarę i nadzieję, utrzymywane miłością.
Taki byłby moralny i intellektualny cel książki mojéj. W pomoc przyszłyby mi wszystkie śmieszne nadzwyczajności naszych John-Bullów, wszystkie karykatury naszych klubów, zgromadzeń, teatrów i kawiarni, cała komiczna próżność planów naszych i projektów politycznych, a godłem mojeém byłoby ogólne zepsucie, na wyborach, w gabinecie, izbach, na dworze i w mieście; hypokryzya okryta płaszczem cnoty w towarzystwach filantropijnych, i szczerość zwana występkiem w towarzystwach wstrzemięźliwości; chytrość zamiast jeniuszu; niewiadomość, nieuczciwość.
— Brawo! Sir Trolopp, zawołał wydawca K***, przerywając mi, książka twa już skończona! Dałeś słowo i winieneś mi Tajemnice Londynu.
— Ja, czyż zrobiłem jaki plan?
— Tak jest, nie postrzegając się, rozwinąłeś pan wyborny projekt do książki socyalnéj, romantycznéj, dramatycznéj i bawiącéj.
— Mogłem rzucić kilka pomysłów, ale do pisania dzieła nie jestem zdolny!
— Czysta skromność! Mam pańskie słowo, powtarzam, i pan mi tego niezaprzczysz.
— Ależ pożyczać tytułu u autora francuzkiego....
— Po cóż te skrupuły? — Wszak on u nas także pożyczył stangreta pana de Saint­‑Remy, przekopijował bogatego żokeja pana Derby d’Ascott i boksy Rudolfa, które są oryginalnie angielskie. — Będzie to zresztą niejako wywzajemnieniem się ze strony Waszéj Wysokości, która za nadto surowo skrytawała pana Sue. Naśladując jego tytuł, oddajesz pan hołd jego talentowi i powodzeniu. Do widzenia Sir Trolopp! za godzinę przyszlę panu pięćset gwineów.
I takim to sposobem wpadłem w sidła wydawcy. Teraz kiedym zganił formę i grunt książki powszechnie chwalonéj, czyż zdołam napisać lepszą? Zdaje mi się że to będzie trudno! Sprobuję, napiszę inną.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.