Tajemnice Londynu/Tom I/Część pierwsza/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
PRZYBYCIE LWA.

Tego samego wieczora był bal w Trewor-house, Lord James Trewor, magnat od urodzenia, był wdowcem i mieszkał z siostrą swą, lady Campbell, która dobrowolnie obowiązała się wychowywać miss Maryą Trewor, jedyną córkę hrabiego.
Lady Campbell była zapewne przystojną w roku 1820, ale w roku 183—, epoce naszej historyi, straciła znakomitą część swojéj piękności; nie straciła jednak chęci podobania się. Chęć ta nie objawiała się u niéj; owszem kokieterya jéj była inna, zręczniejsza. Dowcipna i z wybornym gustem kobiéta, zrzekła się w dobréj wierze wszelkiej pretensyi do powierzchownéj młodości. — Tak więc, zamiast zarzutów czynionych zwykle kobiétom w jéj wieku, powiadano niesprawiedliwie:
— Lady Campbell starzeje się.
Co jest świetnym, chociaż odwrotnym dowodem odwiecznéj prawdy, którą nam podaje Pismo Święte: „Ktokolwiek się poniża, podwyższonym będzie!“
Lady Campbell więc, w świecie w którym żyła, wyłączne zajmowała miejsce; nad jéj wiekiem żadnych nie czyniono komentarzy; tronowała wpośród dobrego towarzystwa, którego była królową i wyrocznią. Jéj kawalerami servanti był sam kwiat modnéj młodzieży. Jakkolwiek postępowała, nie tylko poważano ją, ale i kochano.
Był to zaszczytny rezultat, ale może całego zaszczytu tego nie należało przypisywać mądrym manewrom lady Campbell. Mimo całéj swéj przyciągającéj siły miała ona przy sobie inny magnes, którego władzy niepowinniśmy zapominać.
Miss Marya Trewor miała lat ośmnaście; była to piękność słodka, ale delikatna i jakby ukryta. Wysoka jéj kibić lekko się naprzód pochylała dla zbytniej wysmukłości. Przezroczysta i perłwa białość tworzyła tło jéj cery, ożywiającéj się niekiedy lekkim rumieńcem, ale nigdy niedosięgającym tego koloru świetnego, oznaczającego siłę i zdrowie, który znawcy nazywają świetnością, a Francuzi szatańską pięknością.
Taką przyrodzenie utworzyło miss Maryą; wychowanie zaś dodało jéj wdzięków. Umiała mówić i milczeć; w każdym jéj ruchu rozwijał się wdzięk niedostrzeżony; cokolwiek czyniła, czyniła właściwie.
Miss Marya była utworem lady Cambell. Słabego umysłu i ciała, stała się w ręku zręcznej ciotki ową massą miękką i łatwą do urobienia. Lady Cambell słusznie też była dumną ze swojego dzieła i nad miarę zazdrosną despotycznej władzy, jaką wykonywała nad swą siostrzenicą.
Miss Marya była jedynaczką. Ojciec jéj miał trzydzieści tysięcy funtów szterlingów dochodu, a byli tacy, co utrzymywali, że istotny jego dochód był daleko większy.
Łatwo sobie wystawić, że dziedziczce takiego majątku, która, gdyby była ubogą, możnaby było kochać dla niéj saméj, nie zbrakło na wielbicielach. W rzeczy saméj, przed dwoma laty, w chwili piérwszego na świat wystąpienia, niezliczonych znalazła wielbicieli.
Najszczęśliwszym ze wszystkich był młodzieniec skromnego majątku, nie książęcego pochodzenia, młodszy syn zmarłego lorda hrabi de Fife, który nosił nazwisko Franka Perceval. Miss Marya, albo raczéj lady Cambell, wybrała go, a każdy sądził, że walka rywali już się skończyła; lecz nagle zjawił się szermierz, który ją ponowił i wiódł upornie.
Jakoż wyznać potrzeba, że tym szermierzem był Rio-Santo w swéj własnej osobie, niepojęty, tajemniczy człowiek.
Wszyscy znali w roku 183— markiza de Rio-Santo, czarującego, nieporównanego. — Wszyscy pomną jego wschodnią wspaniałość. Wszyscy wiedzieć mogli, że każdéj zimy wydawał trzy miliony, pięć kroć sto tysięcy franków miesięcznie, i że mimo to wcale nie był nababem.
Jednego roku, przeminął już grudzień, a Rio-Santo nie zajął był jeszcze swego pałacu Pall-Mall, grudzień mówimy, a potém i styczeń. Czy umarł? Czy zbankrutował? Nikt nie mógł nic powiedzieć, nikt o tém nie wiedział. A potém cóż to znaczy? Czyż ludzie jak Rio-Santo potrzebują żyć długo? pobędą dzień, rok w jakiém mieście, i odjeżdżają, zostawiaj, i jednak pamięć po sobie. Ludzie noszący szpicruty dadzą się poznać nim wymówią swoje nazwisko, słysząc o nich wzmiankę, nasze lady spuszczają oczki a na ich twarzyczkach melancholijny przelatuje uśmiéch.
Powiększéj części mniemano, że Rio-Santo z czasem powróci.
Cokolwiek bądź, w roku 183— Rio-Santo przybył z Paryża, gdzie przez cztéry, czy pięć zim był królem mody. Przybył w towarzystwie całéj armii lokai, ze swą stajnią, z któréj najlichszy koń wart był więcéj niż trzy lub cztéry bieguny sławnego pseudonyma hrabi de Cambis, z królewską swą psiarnią i kilku tuzinami baronowych, które umierały z miłości dla bladéj jego cery i mdławych niebieskich oczu.
W trzy dni po swojém przybyciu, po wszystkich piętrach, w każdym domu i na każdéj ulicy Londynu, markiz Rio-Santo stanowił przedmiot ogólnéj rozmowy.
A jednak nikt się poszczycić nie mógł, że widział tego sławnego markiza de Rio-Santo, o którym powszechnie rozmawiano. — Po przybyciu do Anglii, przepędził on kilka dni samotnie w swoim przepysznym domu Pall-Mall. — Lecz cóż to znaczy? W salonach jednej i drugiej arystokracji było ze dwudziestu młodych paniczów, którzy wszelkiemi tony opiewali jego pochwały, i opowiadali o nim niestworzone rzeczy. Na zgromadzeniach obywatelskich i nawet w towarzystwach pozasklepowych były szlachetne pół-lwy, piękni młodzieńcy zdobni ostrogą, ale mierzący łokciem, którzy padali na kolana przed przezacném imieniem dostojnego markiza; nakoniec w najgłębszych zakątkach szynkowni, byli pogardy godni łotrzy, którzy przy szklankach groku przekręcali to samo imię. Dla czego? nie umielibyśmy powiedziéć.
Jakoż, kiedy mężczyzni o czém mówią, kobiéty zwykle więcéj jeszcze do tego przydają i szczebiocą. Stąd ów zagłuszający koncert, który z salonu, z przedpokoju, sklepu i poddasza, przesłał w chmurne niebo Londynu tysiąc razy powtórzone imię Rio-Santo.
A każdy przedstawiał sobie tajemniczego markiza według naturalnéj, właściwéj swojéj wyobraźni. Mężowie, uwiedzeni jego nazwiskiem i reputacją, spodziewali się, że ujrzą na nim czerwony płaszcz Fra-Djavola, albo przynajmniéj kapelusz z piórem Don Juana. Żony uposażały nieznajomą twarz jego, nie wiém jaką fatalnością, którą nędzni romanso-pisarze nadają swoim biédnym bohaterom. Dziewice widziały go we śnie z marzącém okiem, pooraném czołem, orlim nosem i piekielnym, ale bozkim uśmiechem. Stare nakoniec służące wyobrażały sobie, ze miał po trzy mosiężne pierścienie na każdym palcu, laskę z głową nosorożca i dewizki wartości trzech tysięcy funtów szterlingów.
Łatwo pojąć, ile ta tajemnica i niepewność pomnażała w każdym chęć poznania markiza Rio-Santo. Ta chęć jednak nie przechodziła niejako socyalnej rozległości, koncentrowała się prawie cała w obu współzawodniczących arystokracyach, i rozchodziła nieco tylko do wyższego kupiectwa. I jakby nie dosyć jeszcze było powodów do tego współzawodnictwa, wmięszała się do niéj polityka. W klubach zwykle dobrze zawiadomionych zaczęły krążyć głuche wieści. Mówiono, że wielki markiz był tajemnym posłem. Missya jego, zapewniano, jest poufna i jedna z najważniejszych. Zresztą nikt nie mógł stanowczo twierdzić, jak się rzecz ma w istocie; ale właśnie dla tego uchodziła za stanowczą i materyalnie dowiedzioną.
Łamano też sobie nad tém głowę, któremu z wigów, lub tory sów, markiz odda pierwszą wizytę. Zbiegło się razem trzydzieści zaproszeń, podpisanych mnóstwem nazwisk, z których każde miało za sobą pałac i miliony. Rio-Santo wcale nie spieszył się z wyborem. Dał na się oczekiwać czas przyzwoity; nakoniec jednego wieczoru, po pierwszéj do Richmond wycieczce, kazał się zawieść do Derby-house.
Lady Ofelia Barnwood, hrabina Derby, była wdową po kawalerze orderu podwiązki. — Majątek jéj mógł był iść w zawody z majątkiem bankierów z Thames-Street; miała lat dwadzieścia pięć i uchodziła za najpiękniejszą kobiétę w Kings-Road, bardzo długiéj i najładniejszemi kobiétami zamieszkałéj ulicy.
Gdy oznajmiono markiza Rio-Santo, nieme wzruszenie przebiegło po podwojnym szeregu dam, zdobiących salony hrabiny Derby. Piérwszy szereg zadrżał lubą ciekawością; z drugiego wyjrzało pięćdziesiąt wdowich twarzy, pomiędzy świéżemi buziaczkami piérwszego, tak prawie, jak kiedy pułk dający ognia plutonami, opiera karabiny drugiego szeregu na ramionach piérwszego. — Rio-Santo wszedł. Przyznano, że jest pięknym mężczyzną, ale tu i owdzie znalazły się małe przeciw niemu zarzuty, bo ogół jego nie był dostatecznie romansowy. — Piérwsze więc wrażenie nie odpowiedziało zupełnie ogólnemu oczekiwaniu. Ale Rio-Santo zaczął mówić. Zachwycenie tém lepiéj i prędzéj działać zaczęło, że przeciw rozgłoszonym jego uwodzeniom istniał pewien rodzaj przedwstępnéj reakcyi. Młode damy dozwoliły sercom swoim iść za biegiem jego elektrycznego słowa, a drugi szereg żałował szczęśliwego czasu, w którym mógł jeszcze był doznawać elektrycznego wstrząsnienia.
Jest na świecie przesąd, najnierozsądniejszy ze wszystkich przesądów. Są, którzy mniemają że, aby zostać królem mody, dosyć jest być majętnym, przystojnym, dobrze zbudowanym, mieć płochy charakter, nieco dowcipu i umieć prawić piękne słówka. Mylą się zupełnie. Królestwo mody jest obiéralne, na tym tronie zasiada ten tylko, kto go zdobędzie.
Wkrótce przyznać musiano, że Rio-Santo ma wyborny dowcip. Umiał rozmawiać, co jest rzadką rzeczą, ale także umiał i mówić. Obdarzony giętką a silną pojętnością, posiadał wszystkie znakomite przymioty. Był to człowiek zarazem poważny i świetny. Wymowa jego skoro tylko togo pragnął, mogła być niewyczerpaną, a jednak w najwyższym stopnia posiadał, najpiérwszą ze wszystkich, sztukę milczenia.
Jednocześnie wszyscy zaślepieni zostali królewskim przepychem, jaki w około siebie rozwinął, nie jak wzbogacony wekslarz, ale jak prawdziwy magnat.
Tym sposobem po upływie kilku tygodni, w Paryżu: człowiekiem w całém znaczeniu tego wyrazu, królem, bożkiem.
Około epoki jego przybycia do Anglii, kilka nowych figur weszło w świat wielki; byli to wszyscy ludzie dobrego tonu, noszący nazwiska brzmiące jak należy, i prowadzący szlachetny sposób życia. W liczbie tych nowicjuszów przytoczymy majora Borougham, sir Pawła Waterfield, doktora Muller, kawalera Angelo Bembo. Ci panowie wszyscy mniéj więcéj znali markiza, którego widzieli bądź w Paryżu, bądź gdzieindziéj, ale żaden z nich nie zdawał się być jego poufałym przyjacielem.
Piérwszą kochanką Rio-Santa w Londynie była, jak powiadają, hrabina Derby. Dotąd lady Ofelia miała reputacyą najpożądańszą dla młodéj wdowy. Była to, według powszechnego zdania, kobiéta z wybornym gustem, delikatnym umysłem, ale z zimnem sercem; nakoniec najniebezpieczniejsza i najnieprzystępniejsza kokietka. Była to wreszcie, bo kokieterya nie zrzeka się niczego, kiedy kto jéj właściwie używać umie, kobiéta wybornych zasad, myśląca wzniośle i dobrze, pobożna w miarę potrzeby, i bez plamy nosząca nazwisko zmarłego małżonka, jednego z najszlachetniejszych i najpiękniejszych ludzi staréj monarchii angielskiéj. — Na świecie, gdzie mnóstwo złorzeczeń krzyżuje się z mnóstwem potwarzy, lady Ofelia żyła nieposzlakowana; najmniejsza nawet skaza nie zaćmiła jéj sławy. Mężczyzni lubili ją i bali się, rywalki zaś zazdrościły jéj i nienawidziły. Rio-Santo przybył, a istnienie hrabiny nagle pokryło się niezwykłą tajemnicą, któréj złośliwe języki nie zaniedbały podać w podejrzenie; mogła była bronić się, to jest: podnieść zasłonę i jak przedtem w każdym dniu i czasie pokazywać tłumowi swoje oblicze. Ale w istocie kochała Rio-Santa, kochała go miłością, jaką bezwątpienia napawał ów straszny don Juan: miłością ognistą, młodą, płochą, nierozsądną.
Rio-Santo także kochał mocno i żywo. Namiętność jego zanadto wrzała, aby mogła trwać długo. Ofiarował lady Ofelii szczere serce swoje, swój geniusz na chwilę upokorzony, cały swój byt, więcéj nawet niż byt, bo przyrzekł jéj przyszłość swoję. Ale Rio-Santo, jeżeli nie kłamał nigdy, to niestety! zbyt często się uwodził. Szafował swą miłością, jak dzieci, które rozdają zabawki towarzyszom swoim i wnet je znowu odbierają. Takim sposobem i Rio-Santo dawał i odbierał swą miłość, i nie miał więcéj zgryzoty, jak dzieci, o których wspomnieliśmy, ponieważ wszystko co czynił, czynił w dobréj wierze. Był to, jak powiadają niektórzy poeci, człowiek doskonałéj natury.
Ale niech was Bóg broni panny i panie od spotkania się z Rio-Santem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.