Szoari i rapsody arabskie w Egipcie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Kościelski
Tytuł Szoari i rapsody arabskie w Egipcie
Data wydania 1875
Wydawnictwo Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


SZOARI

I

RAPSODY ARABSKIE

W EGIPCIE.


Któż nie pamięta pięknéj Słowackiego do Baladyny przedmowy, w któréj wzniosłemu rówiennikowi swego ducha, Zygmuntowi Krasińskiemu, opowiada o owym ślepym na wyspie Chios harfiarzu, który szum spienionych bałwanów egejskiego morza wziął za zgiełk zgromadzonego ludu ku słuchaniu rycerskich pieśni, i najpiękniejszy swój rapsod w falach morskich utopiwszy rzucił w nie za pieśnią swoją jęczące jeszcze ostatniemi jéj dźwiękami śpiewacze narzędzie, żaląc się na nieczułość słuchaczy. A przecież nie w owych to czasach skarzyć się wypadało pieśniarzowi na obojętność. Dopiero po wiekach burz i przewrotów, mamideł i rozczarowań, po stuleciach bogatych obfitém żniwem owoców ducha, wyrodziło się z oceanu krwi i łez pokolenie, które się wszelkim duchowym naigrawa objawom, i które nawet najpotężniejsza pieśń poruszyć nie zdolna. Zaskorupieni w ciasném materyi bałwochwalstwie z urąganiem często, z lekceważeniem prawie zawsze spoglądamy na wszystko, co jéj bezpośrednio nie dogadza, a stępiwszy umysł i świeże serca poloty gorączkowém poziomego dobrobytu pragnieniem, nie pojmujemy dzisiaj już prawie tego pierwiastku, który nie brzękiem bitéj monety, ale bezcielesnéj harmonii pieniem duszę nastraja, co więcéj nie uznajemy jego potrzeby, widząc w nim nie pokarm dla ducha, ale raczéj nerwową igraszkę.

Każda epoka ma swe wyobrażenia i dążenia swoje. Piło chciwie niegdyś spragnione walk i bohaterskich czynów spółeczeństwo u śpiewnéj czary homerowych rapsodów, zstępowało drzące grozą i lękiem w mistyczne ciemnie dantejskiego piekła, kwiliło śród turniejowych zapasów rzewną trubadura nutą, cierpiało i weseliło się z wszechpotężnemi gienialnego Willama postaciami, wszakże Zbójcy, co więcéj nawet Werter mieli swe epoki i czcicieli swoich, aż nareszcie synowie ojców, którzy z uniesieniem przyklaskiwali rewolucyjnym romantyzmu zwycięztwom, zburzyli goniącą za zyskiem dłonią odwieczne piękna i harmonii ołtarze, a na ich miejsce postawiwszy Molocha zginają przed nim czoła, zimne, wygasłe kratery niegdyś tak świetnych wulkanicznych wybuchów. Żylaste, dźwigające młoty ramiona, zgięte nad kowadłem herkulesowe barki zastąpiły belwederskich Apolinów i śpiewne medycejskiéj Wenery kształty, a najpokupniejszym dziś drukiem najnowsze kursa giełdowe.
Nie wchodząc bynajmniéj w rozbiór pytania, czy dążność ta dobrą jest czy złą, czy na jéj początku zaledwie stanęliśmy, czy może raczéj do jéj kresu dobiegamy, w każdym razie pocieszającą jest rzeczą widzieć, że nie całą jeszcze ludzkość objął materyalizm w swe zimne uściski, że jest jeszcze ziemi zakątek, gdzie karm duchowa, w powiewnéj postaci pieśni lub baśni podana, łaknących jeszcze znachodzi słuchaczy, i we wielkiéj będąc cenie a poszanowaniu, swém ciepłem umysły i serca ogrzewa. Tą szczęśliwą krainą jest ojczyzna palm i wawrzynu, ukochane dziedzictwo słońca, dźwięczące uroczą Szeherezady powieścią: świetlany i barwisty Wschód. Tam gdzie nad promienném okiem słoneczném złoty daktyl zarówno dla wszystkich dojrzewa, gdzie daleko rozbiegłe sykomor konary dla wszystkich zarówno gościnnym stają się dachem, prostota potrzeb i obyczajów stoi dotąd wiernie na straży uczucia i wyobraźni i otacza troskliwie te cenne ludzkiego ducha kwiaty przed mroźnie warzącym podmuchem materyalnych dążeń. Dla nas już świat cudów zamknięty: umilkły rusałki i bogunki, śpiewające w każdym strumieniu i każdéj krzewinie, potężni czarodzieje i wróżki urocze rozwiały się w mgłę, z któréj powstały: na Wschodzie fantastyczne i nadprzyrodzone te postacie żyją dotąd pełném życiem, zamieszkują skały, drzewa, a nawet i ludzkie domostwa tłumy „szejtanów“, „dżynów“, złych i dobrych duchów płci obojéj zaludniają otchłanie ziemi i lazurowe niebios przezrocza, opiekują się śmiertelnymi lub prześladują ich, a w ramach pełnéj prostoty i uroku powieści wysnuwają całe pasmo nieprzebranych wyobraźni klejnotów.
Był czas, w którym społeczeństwo europejskie bawiąc się jeszcze poezyą, którą dziś, jako zużyte cacko wyrzuciło na śmiecisko, był czas mówię, niezbyt nawet od nas daleki, w którém społeczeństwo cywilizowanego zachodu obaliwszy stare swoje bogi i wykrzywiwszy się całe sceptycznym uśmiechem fernejskiego filozofa, nie mogło przecież ostać się urokowi, jaki rozłączają płody wyobraźni ludów młodzieńczo czującego Wschodu i sięgnęło chciwie po te błyszczące motylemi barwy owoce nieskażonego ducha. Zdawało się na chwilę, iż narodom poczynającego się już starzeć zachodu roztworzą się na rozscież podwoje literatury ludów wschodnich, kryjącéj w swém łonie wiecznéj młodości źródło, że ze Wschodu poraz wtóry powieje ożywcze tchnienie, które raz już przecież potężném hebrajskiéj poezyi zaklęciem odrodziło zgrzybiałe społeczeństwo. Nadzieja ta zawiodła. Zajęcie się płodami wschodnich literatur było nadto gorączkowém i nagłém, aby trwałém być mogło. Tłumaczono i naśladowano Hafisa, przyswajano sobie i komentowano brylantowe Szeherezady powieści, wieszcz każdy miał sobie za świętą powinność rozkołysać swe rymy na falach Eufratu lub Egejskiego morza, lub owinąć swe natchnione czoło w zielony zawój potomków proroka. Było to rzeczą mody i chwilowego upodobania, wypływało z bezwiednéj potrzeby odmłodzenia w zgrzybiałe formy zakutego ducha, odbiło się we wszystkich literaturach cywilizowanego zachodu, a przecież minęło bez ważniejszych dla tych ostatnich korzyści. Nie wspominając wcale o perskiéj literaturze, z któréj zaledwie Hafis szerszéj znany publiczności, prace nad przyswojeniem sobie owoców piśmiennictwa arabskiego ograniczyły się w Europie na mnogich, bądź całkowitych, bądź częściowych przekładach Tysiąca i jednéj nocy, i na powieści Antara w tłumaczeniu angielskiém Hamiltona. A jednak mylném byłoby mniemanie, że po wybraniu tych dwóch przedziwnéj woni kwiatów, w ogrodzie arabskiego piśmiennictwa same już tylko pozostały chwasty. Cała prawie literatura epiczna, któréj płody po dziś dzień przez siwobrodych poetów, nakształt starogreckich rapsodowych śpiewaków, opowiadane zwabiają licznych słuchaczy i przykuwają całą ich uwagę do wymownych ust wieszcza, wszystkie te powtarzam literackie płody są u nas równie nieznane, jak istnienie owych patryarchalnych pieśniarzy, którzy z pielgrzymim kosturem w dłoni, a zaklętą pieśnią w sercu, przemierzają kraj cały, siejąc po drodze we wraźliwe umysły swych ziomków duchowe ziarno uniesienia i miłości ku temu co wielkie i piękne.
Aby zrozumieć podobne czyste rozkosze, dla nas niestety bodaj czy nie na zawsze ubiegłe, trzeba przedewszystkiém przypatrzeć się codziennemu życiu Araba, jego nawyknieniom i wyobrażeniom, bo w nich bezwątpienia szukać należy przyczyny téj wiecznie młodzieńczéj, że nie powiem dziecinnéj świeżości jego umysłu. Na samym wstępie potrąciłem już o jednę, może najważniejszą z tychże przyczyn, jest nią prostota potrzeb i obyczajów. U nas, a mówię tu w ogóle o społeczeństwie europejskiém, do zobojętnienia zupełnego na wszelkie nie materyalne uciechy przyczyniła się bezsprzecznie w najgłówniejszéj mierze troska o byt codzienny, coraz to szersze i groźniejsze przybierająca rozmiary. Znikająca wiara w żywot lepszy po za grobem wyrodziła zbytkowość potrzeb, osładzających życie doczesne, potrzeby i żądza ich zaspokojenia przyniosły w skutku gorączkowe ubieganie się o dobrobyt, jedyny sposób dogadzania coraz nowszym zachciankom, a ta na wskroś materyalna dążność przyrzuciła grubą warstwą popiołu tlejące zawsze w głębi serc ludzkich iskierki duchowych porywów. Na wschodzie patryarchalne dotąd utrzymały się stosunki. Bogaty dostatków swych używa wraz z ubogimi, z któremi zresztą ma równe prawie potrzeby, i z któremi go wiąże równość obyczajów i wyobrażeń.[1] Możny Emir lub Szeik poważny tym samym co i ostatni wyrobnik pożywi się daktylem i tą samą wodą zdrojową ugasi pragnienie. Swobodny więc umysł, żadną natrętną o jutrze nie nękany troską, chętnie zwraca się do rozrywek duchowych, w których upatruje słusznie nie płonną igraszkę, ale raczéj pierwiastek użyzniający ducha do posiewu cnót i wielkich czynów. Wielka towarzyskość i swoboda w obejściu, które także cechują ludy wschodnie, ułatwiają gromadne kupienie się, a poważny kierunek umysłu nadaje zebraniom, które są zawsze pouczeniem, piętno wielce odmienne od charakteru zebrań naszych, które są najczęciéj zabawą tylko. Do najulubieńszych naprzykład zabaw towarzyskich Araba należy odpiewanie w gronie znajomych i przyjaciół całego Al-Kuranu. Zwyczaj ten, towarzysko-religijny, zwany Khatmeh, jest ulubioną rozrywką wszędzie, gdziekolwiek się kilku lub kilkunastu mężczyzn razem zbierze; tak silną w Arabach jest potrzeba pędzenia czasu na poważniejszych zajęciach, niźli płochéj rozmowie lub bezmyślnych najczęściéj grach towarzyskich. Potrzeba ta, bezwątpienia dla narodu zaszczytna, wraz z szczupłą nader ilością drukowanych książek i naturalnie do poetycznych marzeń usposobionym umyśle była powodem, dla czego na wschodzie dotąd utrzymał się piękny zwyczaj słuchania bądź dawnych dziejów, bądź czarownych baśni, z ust sędziwych opowiadaczy płynących, i orzeźwiania umysłu żywém słowem natchnionego wieszcza. Wieszcze ci zdają się na pozór zwykłemi opowiadaczami tylko. Stósując do nich miarę, jaką zwykliśmy mierzyć naszych poetów, lub porównywając ich ze starogreckimi twórcami rapsodów, stoją oni wiele niżéj, bo nie własne, lecz dawno znane i spisane opowiadają powieści lub epopeje. Wniknąwszy przecież bliżéj w sposób ich opowiadania, lekceważenie ustąpić musi wysokiemu o ich poetyckiéj zdolności wyobrażeniu. Podobnego zjawiska szukalibyśmy nadaremnie w którejbądź z literatur cywilizowanego zachodu, warto więc zastanowić się nad niém, zbadać jego naturę i wyświecić bliżéj powody, dla których ciągłém, mimo swéj jednostajności, cieszy się powodzeniem w narodzie tak coraz nowszych poetycznych wrażeń łaknącym, jakim jest naród arabski.
Do najwybitniejszych płodów literatury arabskiéj, bo noszących koloryt charakteru zwyczajów narodu, należą liczne powieści epiczne, po większéj części przez nieznajomych autorów spisane, a raczéj będące dziełem zbiorowem, tak jak i homerowe rapsody, na ich układ bowiem i formę składał się naród cały w rozmaitych epokach swego istnienia przez usta najważniejszych swych przedstawicieli, poetów. Treść tych epopei, pomimo licznych i coraz nowszych ubarwień wyobraźni, nie zdaje się być zupełnie zmyśloną. Odległe, a dla historyków i badaczy na zawsze przepadłe dzieje koczujących po pustyni szczepów są zapewne prozaicznem tłem tych poematów, tłem, które z ust do ust przechodząc, i u tysiąca wyobraźni zapożyczając się poetycznemi ubarwieniami, doszło do nas wreszcie najzupełniéj z fikcyą zrosłe. Chcieć dziś odłączyć w tych utworach pierwiastek kronikarski od powieściowego, historyę od poezyi, byłoby bezskuteczną pracą. Nad treścią i charakterem tych epicznych płodów arabskiéj wyobraźni zatrzymamy się nieco niżéj, przedewszystkiém poznać nam trzeba piastunów tych pieśni, opowiadaczy i poetów, którzy sprawiają, że powieści te żyją i bogacą się ciągle nowemi przydatkami poetycznemi i nowemi zdobyczami wyobraźni.
Ktokolwiek wieczorną porą błąkał się po ciasnych zaułkach stolicy Egiptu, ktokolwiek wmieszał się w tłumy w dniach religijnych uroczystości i zabaw ludowych, lub wędrując po urodzajnéj dolinie Nilowéj zatrzymał się o zmierzchu u studni otoczonéj palmowemi drzewy, przy któréj udzie i wielbłądy całodzienne ugaszają pragnienie, ten z pewnością uderzonym został widokiem grupy mężczyzn różnego wieku i odzienia siedzących w malowniczym układzie bądź przed kawiarnią na zakręcie zaułka, bądź na murawie otaczającéj cysternę lub khan stepowy i słuchających pilnie, chciwie nawet, opowiadania poważnego, siwobrodego starca. Kto jest ten starzec i co opowiada? Starzec ten, pomimo malownicze często, ale nie zawsze czyste łachmany, pomimo wychudłéj dłoni wyciągającéj się po ubogą jałmużnę kilku para (lub groszy), jest przecież osobistością przynoszącą zaszczyt swemu narodowi, najwybitniejszym przedstawicielem jego duchowego życia, jest natchnionym wieszczem-poetą. A co opowiada swym wiecznie chętnym słuchaczom? Oto jeden z licznych epizodów jednego z licznych utworów epicznych arabskiéj literatury, epizod znany co do treści wszystkim zapewne czytelnikom, a przecież wabiący ich i do ust poety przykuwający nowością formy, bogactwem wyrażeń, obrazów, porównań i przenośni, w które się ubiera stosownie do talentu, wyobraźni lub poetyckiego polotu opowiadacza. Mianem poety takiego opowiadacza koniecznie więc zaszczycić wypada, bo podaną treść, to jest raczéj samą tylko kanwę obrazu dzierzga on mniéj więcéj potężną myślą w rozliczne a świetne wyobraźni wzory. Poetyczne te dodatki, wypowiedziane najczęściéj żywo, z zapałem i z nieodłączną od wszystkich rozmów Arabów wyrazistą gestykulacyą noszą na sobie wybitne piętno improwizacyi a zależąc od indywidualnego, lub chwilowego usposobienia poety, są rzeczywiście dziećmi natchnienia. A pole w epicznem obrazowaniu jest po temu nader szerokie. Czy to malowniczy obraz natury, czy poetyczne odwzorowanie uczuć bohatera na widok walki lub kochanki, na myśl porażki lub zwycięztwa, czy to uczucia miłośne, czy nieokiełznana nienawiść dzikiego syna pustyni; czy to naiwne marzenia matki o przyszłości ukochanego dziecięcia, czy tkliwe żale nad przedwczesną śmiercią rycerza: wszystko w powieści daje sposobność zboczenia, roztoczenia przed oczyma duszy słuchaczy najwspanialszéj tkaniny porównań poetycznych lub cieniowania psychologicznego. I tu znowu piękném jest umysłowego życia Arabów świadectwem, że nie powierzchowna i płocha osnowa powieści więcéj ich zajmuje i unosi, ale przeciwnie to, czego każdy poważniejszy człowiek nawet w najpospolitszéj księdze szuka, treść moralna i wiecznie nowe zagadkowéj duszy ludzkiéj badanie. To téż znany wszystkim od dawna bohater powieści w natchnionych ustach poety, który się pod skromną nazwą opowiadacza ukrywa, przybiera coraz to nowszy charakter, coraz nowszemi bogaci się uczuciami, pod coraz nowszym względem każe się podziwiać lub kochać; cuda przyrody, tak rozrzutnie rozsiane, a tak wysoko cenione na wschodzie, zdają się w malowniczych obrazach wieszcza coraz świetniejszą i wonniejszą oblekać szatą; i ta właśnie strona opowiadania, ta, że się tak wyrażę, abstrakcya wyobraźni stanowi rdzeń talentu poety, miarę jego zasług, powód żywego zajęcia słuchaczy. Dwie najpotężniejsze struny lutni wieszcza: natura i człowiek, znajdują zawsze w piersi narodu harmonijne echo, które do coraz wznioślejszych zachęca piewcę akordów.
Ten sposób opowiadania dawno znanéj rzeczy nie może nigdy znużyć słuchaczy, ani utracić uroku nowości. Z drugiéj strony obok niezwykłéj pamięci, która przy braku ksiąg drukowanych jest zresztą ogólnie wyrobioną na wchodzie, wymaga nadto rzeczywistego poetycznego uzdolnienia, a zastępując razem epiczny i dramatyczny dział poezyi, równie wielkiego daru opowiadania, przy zręczném korzystaniu z efektów sytuacyjnych i dramatycznych. Być więc opowiadaczem na wschodzie nie jest rzeczą łatwą. Czują to dobrze Arabi, otaczając czcią i poszanowaniem ludzi obdarzonych stósowném do tego uzdolnieniem i zaszczycając ich mianem Szoari to jest poetów, w liczbie pojedyńczéj Szaer. Szoari obok téj ogólnéj nazwy, oznaczającéj ich charakter poetyczny, noszą zwykle drugą, ukształconą z tytułu powieści, na któréj opowiadania specyalnie się ograniczają. Tym sposobem dzielą się na pojedyńcze grupy i oddziały.
Najliczniejszym oddziałem opowiadaczy są tak zwani Abu-Saidijeh, to jest opowiadacze życia i przypadków bajecznego bohatera szczepu Hilal, nazwiskiem Abu Said, pospolicie Barakatem zwanego. Oddział ten rozpada się znowu na różne pododdziały, stósownie do tego, jaką część powieści przeważnie opowiada. I tak opiewający bohaterskie czyny szczepu Hilal zwą się Hilali, poświęcający się sławieniu walk i rycerskich dziejów plemienia Sinat noszą nazwę Sinati, albo Sinatijeh, innych znowu oznaczają mianem Sughbijeh, ci bowiem zwykle dzieje plemienia Sughb biorą za tło swych fantastycznych i pełnych ognia opowiadań. Powieści Antara, może jedno z najpiękniejszych świadectw polotu wyobraźni ludów wschodnich, mają swych specyalnych opowiadaczy, którzy od opowiadanego przedmiotu biorą nazwisko Anterije albo Anátireh, w liczbie pojedyńczéj Antéri. Obok życia Antara (Siret Antar) posiada ten oddział również przywiléj opowiadania uroczych powieści Szeherezady, zawartych w księdze Elf-Leileh-wa-Leileh, to jest Tysiąc nocy i jedna. Wszelako to ostatnie dzieło, tak powszechnie u nas znane i tak słusznie cenione, idzie na wschodzie już prawie zupełnie w zapomnienie, jak gdyby wraz z tłumaczeniem na języki niewiernych utraciło było woń poetyczną i urok świeżości dla prawowiernego wyznawcy proroka. Trzeci również przez Anátireh opowiadany poemat pod tytułem „Seif-el-Jezeu“ cieszy się większém powodzeniem, chociaż treścią swą opowiadaniom Szeherezady pokrewnym jest bardzo i równie jak te ostatnie pełnym jest najfantastyczniejszych przygód i najdziwaczniejszych postaci. Zupełnie natomiast odmienny rodzaj opowiadania cechuje trzecią wielką klasę poetów, którą uważać należy jako przedstawicielkę historycznéj epopei, z bardzo wstrzemięźliwym dodatkiem cudów i nadzwyczajności. Klasa ta nosi nazwę historyków κατ΄έξοχήν, Mohaddit bowiem (w liczbie mnogiéj Mohadditin) znaczy dosłownie opowiadacze dziejów. Wyłączną osnową rycerskich rapsodów tych ostatnich jest Siret-es-Sahir, to jest życie Es-Sahira Bejbars, jednego z najwybitniejszych władzców Egiptu w pierwszym wieku ery muzułmańskiéj, a w drugiéj połowie trzynastego wieku naszéj rachuby. Podług nazwiska głównego bohatera epopei, Mohadditin noszą również często nazwę Sahirijeh, to jest opowiadaczy życia Es Sahira. Tok ich opowiadania ze względu na treść samą, która mniéj niż fantazyjne przedmioty popuszcza wodze wyobraźni, jest spokojniejszym i poważniejszym niż maniera wieszczów innych oddziałów, ma przecież swoje właściwości i charakterystyczne cechy, których milczeniem pominąć się nie godzi, a których wyłuszczenie znajdzie miejsce niżéj, gdy mi z kolei rzeczy o Sirét-es-Sahir mówić wypadnie.
Zatrzymajmy się teraz nieco nad pierwszym z wymienionych oddziałów poetów, i nad przedmiotem ich opowiadania. Szaer, opowiadający epizody z Siret-abu-Said, to jest z życia Emira Abu-Said-Barakat, musi znać zarazem i prawidła muzyki (nawiasem powiedziawszy na bardzo niskim stopniu ukształcenia na Wschodzie stojącéj), a musi je znać z powodu gęsto w ciągu opowiadania rozsianych śpiewów, ilekroć podnioślejsza sytuacya lub ważny w życiu bohatera moment wymaga poetyczniejszéj formy. W tym celu używa Szaer właściwego sobie instrumentu zwanego Rabab, albo Rabab esz-Szaer, czyli skrzypce poety. Skrzypce te mają tylko jednę strunę, a ich zadanie, jako towarzyszenie śpiewu ogranicza się na bardzo skromne rozmiary. Jeden lub dwa tony stanowią przegrywkę, poczém następuje śpiew, poczynający się często od pobożnéj inwokacyi proroka, a kończący się zawsze gorącą modlitwą o zmiłowanie nad niegodnym sługą śpiewakiem. Niektórym Szaerom towarzyszy niekiedy na tym samym instrumencie, młody, kształcący się w śpiewaczém rzemiośle uczeń. Po odśpiewaniu pieśni wraz z końcową modlitwą, która często pobożne westchnienie Allachum-ssali-aleih, Boże, bądź mu miłościw, wywołuje na usta słuchaczy, wraca Szaer do prozaicznéj formy opowiadania, w którego toku znajduje częstą, jak to już wyżéj wspomniałem, do improwizacyi i własnych dodatków sposobność.
Treść życia Abu Saida jest wiernym obrazem charakteru i popędów Araba w ogólności, a w szczególności Araba pustyni. Dzisiajsi lubownicy téj powieści są nieodrodnymi synami owych dzikich królów stepowych, wysoko poetycznym owianych urokiem, nieznających pana nad Boga, przyjaciela nad konia, zatrudnienia nad walkę, domostwa nad namiot wędrowny, rozkoszy nad uścisk brązowéj kochanki. Wiecznie świeże oazy cienie z przejrzystą wodą źródlaną i wiecznie świeży nieprzyjaciel, na którym prawem łupu zdobyć można szablę, konia lub kobietę, to więcéj niż cel życia stepowego Araba, to potrzeba, bez któréj i żyćby nie umiał. Wszelako i tę hulaszczość wolnego życia zabiła cywilizacya, a kupiąc naród po wielkich miastach odjęła mu najcharakterystyczniejszą jego cechę. Przecież zupełnie przekształcić natury żadna nie zdoła siła. Dzisiajszy Arab nie nosi już szabli przy boku; z wyjątkiem coraz to nieliczniejszych koczujących szczepów, zamienił on białe płótno namiotu na szare ściany błotnistéj chaty, lub na ciemny i ciasny kramik w bazarze stolicy, wzrok jego nie nurza się już wolny po nieprzejrzanych przestrzeniach pustyni, ale odbija się o nudne mury na europejski sposób budowanych domów, a przecież gdy natchniony Szaer dobywszy kilka prostych akordów ze swéj śpiewaczéj skrzypki, pocznie roztaczać przed nim w barwistych wyrazach urocze dzieje stepowego życia, serce jego bije pospieszniej, w oku błyska duma i dawnych nomadów buńczuczność, a wyobraźnia dąży gorączkowo poetycznym szlakiem wieszcza, i pieści wywołane z nicości jego potężnem zaklęciem, świetlane pradziadów postacie. Są to uczucia czyste i wzniosłe, chroniące naród od zagrzęznięcia w kale poziomych popędów i dążeń, a do obudzenia i utrzymania tych uczuć, przyczynia się bezwątpienia w wysokim stopniu żywe słowo natchnionego wieszcza. Dla tego nie same jedynie utwory, ale i ci, co je głoszą, spełniają wielką missyę duchowego uszlachetnienia narodu, i są niejako ogniskiem, kojarzącem w sobie żywe ciepło narodowego ducha, ogniskiem z którego się znowu na naród cały ożywcze rozchodzą promienie. — Aby czytelników zapoznać bliżéj z duchem i charakterem tych epicznych utworów, dosyć będzie w krótkiem streszczeniu podać osnowę pierwszéj części powieści o Emirze Barakacie. Nie władając niestety dostatecznie językiem arabskim, musiałem posługiwać się wybornem tłumaczeniem angielskiem Ed. Wil. Lane’a, uczonego tłumacza i komentatora Tysiąca i jednéj nocy.
Emir Risk, syn Naïla był naczelnikiem i głową potężnego szczepu Beni Hilal, który między licznymi koczujących po pustyni Arabów szczepami szczególniejszéj zażywał wziętości, a z powodu nieustraszonego męstwa swych rycerzy niepoślednią cieszył się sławą. Przecież możny wódz tak silnego plemienia nie czuł się szczęśliwym. Do największych bezwątpienia klęsk i niepowodzeń dzikiego syna pustyni należy bezdzietność: człowiek bezdzietny traci wiele na poszanowaniu i szacunku; otóż Emirowi Risk, mimo liczne, bo podług powieści po dziesięćkroć powtarzane małżeństwa, zajrzały przecież nieba potomka. Miałci on wprawdzie dwie córki, nazwiskiem Sziheh i Atimeh, ale córki to właściwie rzecz tylko, męzka dopiero szczepu latorośl dumą, pociechą i nadzieją rodziców. Na domiar zmartwienia Emira, wyglądającego wiecznie z utęsknieniem następcy swego możnego stepowego panowania, jedna z żon jego nazwiskiem Gelas urodziła mu syna kalekę, bez rąk i nóg. Wiadomo iż wyznawcom proroka nad cztery poślubione żony nie wolno mieć więcéj, harem więc Emira Riska trawionego ciągłem doczekania się syna pragnieniem, coraz to nowsze oglądał dziewice, i niejedną już wraz z wniesionym posagiem i dobytkiem odniosły wielbłądy pod ojcowskie namioty, gdy z poślubieniem księżniczki Khadry, sędziego Mekańskiego córki, nowe w sercu Emira zakwitło uczucie i nowa w nim potomstwa zabłysła nadzieja. To téż gdy brzemienność téj nowéj, a nad wszystkie ukochanéj małżonki, dla całego szczepu radości stała się hasłem, nie mógł uszczęśliwiony Emir odczekać spodziewanego dnia narodzin, ale przyjaciół swych i sprzymierzeńców sprosiwszy, wczesne do licznych uczt i uroczystości jął czynić zachody. Ale któż boskie dociecze zamysły. Khadra, wyszedłszy razu pewnego przed namiot z licznym przyjaciółek i powiernic orszakiem ujrzała nagle nieznanego czarnego ptaka, który na gwarne stado rozmaitego kształtu i barwy ptaków napadłszy, wszystkie po zaciętéj pozabijał walce. Niezwykły ten widok uderzył żonę Emira. Przywykła, jak wszystkie dzieci Wschodu żyć z naturą, i ze zajęciem śledzić najmniejszych żyjątek istnienie, nie mogła być obojętnym świadkiem ptasiéj walki. Waleczność czarnego ptaka ujęła jéj wchodnią, na wszelkie męstwa objawy czułą i wraźliwą duszę, a jego ostateczne zwycięztwo, dziwnym myśl jéj natchnęło kaprysem. O Boże, zawołała z pobożnem zaklęciem, spraw, abym urodziła syna, któryby był tak walecznym między ludźmi, jak ten ptak między skrzydlatemi towarzyszami swemi, chociażby mu nawet tak czarnym jak on być przyszło. Nadeszła nareszcie upragniona przez Emira chwila, Khadra powiła dziecię płci męzkiéj. Jest to właśnie bohater powieści Abu-Said, zwykle Barakatem zwany. Wiadomość ta zmazała w duszy ojca wszystkie przykre dawnych zawodów wspomnienia; upojony radością, oddał się wraz z przyjacioły hucznym ucztom i biesiadom. Sześć dni trwały nieprzerwane, pod gościnnym namiotem szczęśliwego ojca biesiady, aż nareszcie dnia siódmego, podług uświęconego wiekiem zwyczaju nowonarodzone dziecię zgromadzonym gościom przedstawić wypadało. Zaufana niewolnica wniosła na srebrnéj tacy w grono biesiadujących młodą nadzieję mężnego Beni Hilal szczepu, pokrytą cennym pokrowcem. Już niejeden z obecnych złożył na tacy obok niemowlęcia swe nukut, to jest używany w takich razach, najczęściéj pieniężny podarunek, gdy nareszcie jeden z ciekawszych szeików uniósł zasłonę, pokrywającą wątłe ciałko dziecięcia, i spuścił ją natychmiast pospiesznie, ale z okrzykiem grozy i przerażenia. Dziecię było czarne. Pomimo tak wyraźnego, jak się wszystkim zdawało dowodu niewierności, niechciał Emir Risk przystać na odepchnięcie ukochanéj żony, dopiero wyrzutom szeików całego szczepu, upatrujących w urodzeniu się czarnego syna hańbę dla całego plemienia Ben-Hilal musiała ustąpić czułość małżeńska. Z ciężkiem sercem odesłał więc nieszczęśliwą Khadrę, wraz z jéj niemowlęciem w dom jéj ojca Szeryfa z Meki, przecież ażeby jéj dać dowód przywiązania, nie tylko oddał jéj cały wniesiony dobytek, ale nadto licznemi podarkami i kilku niewolnikami obdarzył odjeżdżającą, oddawszy oprócz tego pieczę nad całą podróżną karawaną zaufanemu Szeikowi imieniem Munia. Po kilkodniowéj podróży, ochłonąwszy z żalu i zmartwienia jęła się Khadra bliżéj zastanawiać nad swem nieszczęsnem położeniem, a mając uzasadnione powody mniemania, że i ojciec powracającéj nie da wiary opowiadaniu o czarnym ptaku i wysłuchanem przez Boga życzeniu, postanowiła nie wracać do Meki, ale namioty swoje rozbiła stale na oazie, na któréj karawana zatrzymała się dla odpoczynku. Po kilku przecież dniach przekonała się opuszczona, iż miejsce, które wybrała nie było bezpiecznem schronieniem. Emir Fadl Jbn Bejsem, czyli syn Bejsema, naczelnik szczepu Ez-Zachlan napadł jéj karawanę i jako łup wojenny do namiotów swych uprowadził. Wszelako historya jéj świeżego nieszczęścia wymownemi żalem usty opowiedziana, wzruszyła dzikiego syna pustyni, który się żywo zajął jéj losem i wychowaniem jéj dziecięcia, niewinnego sprawcy jéj boleści. Uprzykrzyło się wreszcie losom znęcać nad nieszczęśliwą. Syn jéj, wychowany wraz z dwoma synami swego przybranego ojca, rósł w silnego i walecznego młodzieńca. Wkrótce stał on się postrachem swych rówienników, dla Araba jeden z największych powodów dumy. Spółeczeństwo wyznawców proroka nie zna szczytnego przykazania miłości, które tak nieskończenie uszlachetniło duchowo wiernych Chrystusowych. Nieokiełznane zgoła religijnego nakazu hamulcem, wszystkie dzikie ludzkiego jestestwa namiętności rozwijają się bujnie i swobodnie w piersi Araba i wraz z krwią gorącą krążą we wszystkich arteryach jego wolnego serca. Z gniewem, nienawiścią, zemstą, które jeżeli i nasze niestety serca wzbierają, to przecież do wstydnych i nieszlachetnych liczą się popędów, nie tai się Arab wcale, ani ich się bynajmniéj nie wstydzi. Dziecię natury, wszystkie przyrodzone uczucia i namiętności uważa za godziwe, a nieznając słodyczy przebaczenia woli być czczonym, niż kochanym. Do najwyższych pochwał, jakie swym bohaterom oddają epiczni poeci Wschodu należy orzeczenie, iż byli nieubłagani, srodzy i okrutni, i nasz więc Barakat zyskuje niezmiernie w umyśle słuchaczy, gdy o nim Szaer powie, iż był jako jadowita żmija lub jako nieszczęście. Tu więc między innemi, w chwili gdy się bohater z niemowlęcia staje młodzieńcem, otwiera się dla opowiadacza szerokie i wdzięczne pole tworzenia coraz to nowszych dowodów dzielności i nieustraszonego męztwa. Barakat już chłopięciem zabija nauczyciela swego, niesprawiedliwie obchodzącego się z współuczniami jego, poskramia najdziksze konie, znosi nieznane dojrzałym mężom trudy i mozoły, a jednając sobie coraz większe uwielbienie i poszanowanie rówienników, staje się, mimo niezaprzeczone a naturalne prawa synów Emira Fadla, rzeczywistym i właściwym przywódzcą szczepu rządzonego przez jego przybranego ojca. Razu pewnego przyszedłszy do niego zrana, pozdrowił go jak zwykle imieniem ojca. Witaj mój synu, odpowiedział Emir Fadl, i więcéj niż synu. Odpowiedź ta uderzyła Barakata. Pobiegł więc bez zwłoki do matki i zażądał od niéj wyjaśnienia ktoby rzeczywiście był jego ojcem. Khadra, która nigdy nie mogła przeboleć krzywdzącego podejrzenia, które było powodem nieszczęścia całego jéj życia, czekała dawno na podobne ze strony syna zapytanie, i wcześnie przygotowała odpowiedź. Powiedziała Barakatowi, iż jest synem brata swego przybranego ojca Emira Fadla, który poległ z ręki nieprzyjaciela, a tym nieprzyjacielem był Emir Risk, wódz szczepu Beni Hilal. Tak mściwa kobieta oddawała życie ojca na pastwę zemsty nieznającego go syna. Odtąd rzeczywiście jedyném pragnieniem burzliwego młodzieńca było, aby spotkać się orężnie z mniemanym zabójcą ojca. Słyszał on wiele o Emirze Risku, głośną bowiem była jego sława a wielkie panowanie, chęć więc poskromienia tak mężnego rycerza żywiła w piersi Barakata, wraz z pragnieniem zemsty synowskiéj, krwawą, namiętną nienawiść ku własnemu nieznanemu ojcu. Wcześnie więc zaczął wprawiać się do boju, zasłynął równie męztwem, jak roztropnością, w walce ze szczepem Beni Hemjer i w innych rozlicznych potyczkach, ale śród tych tryumfów wzdychał ciągle do chwili, w któréj mu daną będzie sposobność zemsty na szczepie Beni Hilal i jego wodzu, Emirze Risku. Sposobność ta wkrótce się nastręczyła. Szczep Beni Hilal, nawiedzony straszną dla koczujących Arabów klęską posuchy, zniewolony był schronić się w granice dzierżone przez plemie Es Zahlan. Ztąd walka, w któréj nieustraszona Barakata waleczność przechyliła szalę zwycięztwa na stronę tego ostatniego. Ale pobitego przez Barakata szczepu Hilal dowódzcą nie był już wtedy mężny Risk. — Jak Achilles, srożący się nieczynnie pod swym namiotem z powodu wydarcia Bryzeidy, tak Emir Risk, żywiący niechęć ku Szeikom swego szczepu od czasu niechętnego wydalenia Khadry, zdawszy dowództwo w ręce Emira Sarhan, samotne pędził życie na pustyni i to właśnie obok owego źródła, przy którem Khadra niegdyś swój nieszczęsny ślub uczyniła. Szczegół ten, zwłaszcza u tak zmysłowego narodu jak arabski, pięknym jest a zastanowienia godnym przykładem bezcielesnego, duchowego przywiązania.
Klęska szczepu Beni Hilal, zwyciężonego przez Barakata, wydziera Emira Riska z gnuśnéj bezczynności. Posłowie przez Sarhana do niego wysłani wracają z wieścią, że niezwyciężony Emir sam przybędzie potykać się ze zwycięzcą. Nowa otucha wstępuje w serca upokorzonych rycerzy, przybycie dawnego, a do zwycięztwa zawsze tylko wodzącego Emira, zdaje się wszystkim być hasłem upadku i śmierci niesfornego Barakata. Ale o dziwo, Emir Risk nie spieszy się do walki. Napróżno zwycięztwem upojony Barakat codzień przed obozem z jego tchórzostwa się natrząsa, napróżno starszyzna szczepowa w imię męztwa i nieposzlakowanéj sławy Emira do walki zagrzewa, on na wszystkie zaklęcia i prośby pozostaje nieczułym, a nie odrzucając walki, stanowczą chwilę od dnia do dnia odwleka. Czy długa bezczynność stępiła lwie serce Emira, czy trwoga skaziła tę nieugiętą duszę? Nie. Emir w drodze do obozu nasłuchał się dziwnych powieści o Barakacie, o jego męztwie i roztropności, o jego czarnéj cerze i zagadkowém pochodzeniu. Na te szczegóły żywiéj zabiło serce wiecznie za utraconą żoną i synem tęskniącego ojca; miałżeby na własne dziecko porywać się orężnie? Te niepokoje ojcowskiego serca jakież to wdzięczne dla poetycznego opowiadacza pole. Pomimo podanéj sytuacyi czyż rozwinąć tu nie można nieprzebranego bogactwa dramatycznych efektów i coraz to nowszych psychologicznych motywów. Barakat ani się domyśla co cierpi jego wróg rzekomy, nie wie jak ma tłumaczyć zagadkowe postępowanie walecznego Emira. On pragnie krwi jego dla sławy i zemsty. Nareszcie dłuższa zwłoka staje się niepodobną, urągania i natrząsania się zuchwałego młodzieńca przebrały miarę cierpliwości wytrawnego rycerza i stłumiły jego ojcowskie niepokoje. Godzina walki wybiła. Z gorączkowém oczekiwaniem wygląda szczep Beni Hilal jéj wyniku, całą swą pokładając nadzieję we wypróbowanéj waleczności swego dawnego wodza. Ale Barakat jest dzieckiem szczęścia. Z dzikim okrzykiem uderzywszy na nieprzyjaciela, po krótkiéj walce zsadza go z konia, a nad powalonym o ziemię wznosi miecz do śmiertelnego razu. W téj chwili tkliwsze w mściwéj Khadrze obudza się uczucie. Może ją zatrwożyła myśl, że syn jéj będzie ojcobójcą, może przypomniała dawne do Emira przywiązanie, bądź co bądź wbiegając między walczących, jedném słowem obezwładnia mściwą syna prawicę. Zadrzał Emir Barakat na myśl, jak straszną byłby spełnił zbrodnię i tém łagodniejszym okazał się dla szeików, którzy kiedyś wygnania jego matki stali się przyczyną, a którzy teraz ze żalem i skruchą musieli uznać go za prawego syna Emira Riska i za prawowitego jego panowania następcę.
Oto jest pokrótce treść części pierwszéj, a raczéj właściwie wstępu do powieści Sirêt-Abu-Said, teraz dopiero bowiem następuje nieprzeliczony szereg zwycięztw i podziwienia godnych czynów tego na wskroś narodowego bohatera rycerskiéj epopei. W tém pobieżnem streszczeniu obszernej i zawikłanéj pierwszéj części życia Abu Said Barakata, starałem się o ile możności uwydatnić wszystkie charakterystyczne cechy tego utworu jako téż i główny jego kierunek. Znachodzimy w nim, obok epicznéj naiwności, bardzo sumiennie obmyślane sytuacye, a obok niektórych dzikich wyobrażeń, odzwierciedlenie wszystkich szlachetniejszych duszy ludzkiéj popędów. Pragnienie boju i sławy stanowi tło obrazu, zemsta i namiętności, niczem nie okiełznane, wieją jak dziki Simum pustyni w szerokich jego ramach, a przecież ileż nań światła i blasku rzucają promienie czystych i podniosłych uczuć ludzkiego serca. Oburzenie szeików na myśl uznania za wodza owocu nieprawych, jak mniemali, Khadry miłostek; wierne i stałe przywiązanie do niéj Emira Riska, który, aby jéj płakać spokojnie, zrzeka się najdroższych sercu Araba rozkoszy, sławy, panowania, zgiełku bitew i szczęku oręża; poczucie obowiązku pomszczenia śmierci ojcowskiéj w piersi Barakata; budząca się w stanowczéj chwili tkliwość odepchniętéj małżonki, a budząca się na widok męża, nie już na szczycie sławy i wielkości, ale powalonego o ziemię i oczekującego śmiertelnego razu; końcowe nareszcie przebaczenie Barakata skruszonym szeikom, — czyż to nie tyleż wymownych świadectw podniosłości duszy spółeczeństwa, które takie epos zrodziło, czyż to nie tyleż cennych pierwiastków, nadających całemu utworowi cechę prawdziwie wielkiego, umoralniającego naród arcydzieła? A tego rodzaju piękności rozrzutnie są po całym utworze rozsiane, i nad niemi téż z upodobaniem zatrzymuje się Szaer natchniony. Gościnność, słynna Arabów cnota, piękne również w życiu Barakata znajduje świadectwo. Szczupłość ram, w które ująć musiałem bogatą nad miary treść téj powieści, nie pozwoliła mi odwzorować pierwszych Barakata z plemieniem Beni-Hemjer[2] bojów, w których udaje szalonego, kryjąc się pod postacią niewolnika Mesuda, aby nie wziąść udziału w uczcie zgotowanéj przez nieprzyjaciela, któregoby potém nie mógł zgładzić bez uchybienia świętym gościa obowiązkom. Te kilka zresztą wyjątków wystarczają na poparcie twierdzenia, że Siret abu Said posiada wszystkie warunki wielkiéj narodowéj epopei, z któréj się naród słusznie szczycić może, a którą z tego powodu zawsze chętnie słuchać będzie w obrazowem odtwarzaniu wędrownych, poetycznych Szoari.
Homeryczności walk, śród których bohaterowie starają się bądź to szyderstwem zmusić wroga do natarcia, bądź ośmielić go wyliczaniem swych rycerskich czynów, żywości i dramatyczności dialogów, jaskrawych barw i nieprzebranego bogactwa porównań, często bardzo naiwnych, wszystkich tych niepoliczonych piękności arabskiéj epopei, w pobieżnéj jak niniejsza pracy ująć i odtworzyć niepodobna. Rękopis spisany całéj powieści daje o nich zaledwie słabe wyobrażenie. Dopiero żywe słowo opowiadacza nadaje tym zaletom ich blask prawdziwy, dopiero jego polot i twórczość stanowi wartość utworu, dopiero pod jego wieszczem zaklęciem poczyna krążyć krew gorąca i bić serce rycerskie w bohaterskich postaciach powieści.
Miasto kusić się o rzecz niepodobną, wolę, zanim opuszczę ten pierwszy oddział poetycznych opowiadaczy i ich utworów, podać w przekładzie jeden z owych licznych śpiewów, które, jak wyżej wspomniałem, gęsto przeplatają opowieść życia Barakata, stanowiąc więcéj niż trzecią część całego utworu. Wyjątek, który tu podaję, zawiera właśnie ową podstępną Khadry odpowiedź, na zapytanie Barakata, ktoby był jego ojcem, odpowiedź, która z niego, w dalszym toku powieści, o ledwie nie czyni ojcobójcy.
Po wywołaniu kilku akordów ze swéj skrzypki, śpiewa Szaer, przy dalszem jéj towarzyszeniu, a na nutę monotonną i rozwlekłą, następujące słowa:

Pamiętając na swą krzywdę pod namiotem szczepu Hilal, tak więc Khadra na pytanie swego syna mówić pocznie:
O Emirze Barakacie, słuchaj co ci matka powie, i nie dumaj że me słowa są wymysłem, lub złudzeniem.
Ojcem twym był Bejsem możny, syn Bejsema, stryja Fadla, o ty, który jesteś synu z wielkich bohaterów rodu.
Rodzic twój był najmożniejszym, najbogatszym naokoło, ni ktokolwiek na pustyni mógł się z nim dostatkiem mierzyć.
Jak przystoi, raz pielgrzymkę do mekańskich odbył progów, i tam jako gość święcony wstąpił w dom mego rodzica.
Tutaj miłość mu zakwitła i zażądał mię w małżeństwo, i niebawem jako prawą, ukochaną powiódł żonę.
Ale twemu rodzicowi los zawistny zajrzał syna, ach i nieraz łzy gorzkiemi opłakiwał swą niedolę.
Dnia pewnego, gdy starszyzna pod namiotem ucztowała, wyszłam z towarzyszki memi do krynicy sród oazy.
Bawił nas i szmer strumienia, i łamiące się w nim słońce, i nucąca przy ruczaju przeróżnego ptastwa chmara.
Były między niemi białe, co jak miesiąc się świeciły, były inne, których pióra krwi kolorem pokraśniały.
Były małe, były duże, były czarne, synu luby, i ze wszystkich, co Bóg stworzył, były ptaki tam rodzajów
A choć ja z towarzyszkami naszłam je niespodziewanie, przecież daléj bez bojaźni wiodły swoje rozgowory.
Lecz nie długo tak wesoło i swobodnie igrać miały, nagle na nich spadł z niebiosów wielki czarny ptak drapieżny;
Wpadł pomiędzy śpiewne stado, wszystkie ptaki pozabijał, a jam głośno się modliła: Wielki Boże, miłosierny!
O Ty wieczny, wiecznie żywy, szczere modły ślę do Ciebie, za przyczyną posła Twego, za wstawieniem się proroka.
Daj mi syna walecznego, o wiedzący wszystko Boże; tego ptaka niech ma męstwo, choćby miał mieć jego postać.
I w téj chwili w mojem łonie twoje mi zadrgało życie, urodziłam ciebie, synu, ku radości twego szczepu.
A twój ojciec, przed wszystkimi wielką czułość mi okazał lecz niestety na to szczęście los zawistny czyhał z boku.
Plemie Hilal, łupów żądne, z mieczem wpadło na namioty, siejąc mordy i zniszczenie; a ich Emir Risk na przedzie.
I powalił ojca twego, o mój synu! — zamordował, a zabiwszy, skarby jego i dobytek zabrał wszelki.
Wtedy stryj twój jako krewną pod swój namiot mię przygarnął, a i ciebie jako własne dziecię przyjął i wychował.
Oby Bóg ci pomógł synu naszą zemstę pomścić krwawo, i w namioty szczepu Hilal ponieść mordy i pożogę.
Ale strzeż się tajemnicę tę wyjawić komukolwiek, i nie zwierzaj się nikomu z tego, com ci powierzyła.
Stryj twój mógłby się rozgniewać, a o wiele lepiéj synu, byś cierpliwie czas odczekał, w którym spełnisz zemstę krwawą.
Tak uczyła mściwa Khadra swego syna Barakata, i podstępnym mu podszeptem w ucho zbrodni wątek kładła.
Więc błagajmy przebaczenia teraz za wszelakie grzechy, w obec Boga sławionego, jedynego i wielkiego.
A wy wszyscy, co słuchacie złączcie, ze mną modły wasze, by proroka wszędzie sławić, jego wielką chwałę głosić.

Przywiodłem śpiew powyższy w rytmicznym a dosłownym przekładzie, aby zapoznać czytelników z cechami oryginału. Widzimy w nim przedewszystkiem rozwlekłość czysto wschodnią. Obok tego uderza nas zajęcie się z upodobaniem naturą. Khadra dla mściwych celów swych, tająca przed synem jego prawdziwe pochodzenie i starająca się obudzić w jego piersi uczucie zemsty synowskiéj, korzysta przecież ze sposobności aby się zatrzymać nieco nad opisem źródła i jego uroku, nad wyliczaniem przeróżnego rodzaju i rozmaitéj krasy ptastwa, nie dbając o to, czy może te szczegóły nie przyciemnią głównéj myśli jéj opowiadania. Zatrzymanie się nad opisem natury w chwili tak ważnéj i podniosłéj dowodzi tylko jak silnem jest u Arabów przyrody i jéj cudów umiłowanie, i że dobrze zna serca swych słuchaczy poetyczny Szaer, gdy téj właśnie stronie obrazowania szczególniejszą poświęca pieczę.
Po tém, co dotychczas o Szoari, opowiadających żywot Abu Saida powiedziałem, zadanie opisania wieszczy innych oddziałów, i utworów im właściwych, znacznie jest ułatwionem, będąc zaś skazanym na zwięzłość ciasnym zakresem niniejszéj pracy, ograniczę się tylko na pobieżne oznaczenie różnicy cech, tendencyi, sposobu opowiadania i przewodniéj myśli utworów całéj téj plejady poetów, którzy dzierżą, tęczowemi barwy okolone, fantastycznych baśni i cudów panowanie. Opowiadanie powieści Antara nie jest jedynym przywilejem tego drugiego oddziału wieszczów. Mają oni, jak już wyżéj nadmieniłem, szerszy i bogatszy repertuar, oni to bowiem odmykają przed wyobraźnią słuchaczy zaczarowane wrota Szeherezadowych baśni, oni zaludniają, ramy powieści Seif-el-Jezen najkapryśniejszemi dziwolągami, ubiegającéj się wiecznie za cudami fantazyi, oni nareszcie uderzają również w struny bohaterskiéj epopei, opiewając w obszernéj, bo pięćdziesiąt tomów liczącéj powieści Siret Delhemeh albo Siret-el-Mugahidin, czyny i walki stepowych swych pradziadów. Sposób ich opowiadania różni się tylko o tyle od sposobu Abu-Saidzistów, o ile treść fantastyczna barwniejszéj wymaga formy. Opowiadanie swe przeplatają również śpiewem, wszelako nie używają ku temu właściwéj pierwszemu oddziałowi skrzypki, poprzestając na śpiewie, bez towarzyszenia muzyki.
Treść powieści Szeherazady zanadto u nas jest znaną, aby dłuższego zatrzymania się nad niemi zachodziła potrzeba. Nie od dzisiaj one zresztą w Europie cenione. Antoniemu Galland, Francuzowi urodzonemu w roku 1646 w Pikardyi, długoletniemu podróżnikowi po Wschodzie i sekretarzowi francuzkiéj ambasady w Stambule, należy się zaszczyt przyswojenia tych świetnych arcydzieł literatury arabskiéj cywilizowanemu Zachodowi. Powieści Antara, aczkolwiek mniéj u nas znane, przecież w wybornem angielskiem tłómaczeniu dostępne są wykształconéj publiczności. Nie zatrzymując się więc nad niemi, ani téż nad dziełem Seif-el-Jezen, którego treść i układ zbliża się bardzo do Tysiąca i jednéj nocy, poświęćmy kilka uwag ostatniemu z wymienionych utworów, epopei noszącéj tytuł Siret-el-Mugahidin, czyli Żywot rycerzy. Składa się ona z luźnych, a rozmaitemi czasy powstałych rapsodów, które opiewają wojownicze czyny różnych pokoleń i plemion koczujących Arabów, z czasów panowania Omajadów i Abassidów. Podana wyżéj treść pierwszéj części poematu o mężnym Barakacie, daje więc i o osnowie Żywota rycerzy dokładne wyobrażenie: są to te same walki, to samo koło wyobraźni i dążności, a co do formy ta sama żywość i obrazowość opowiadania. Jeden z bohaterów epopei, El-Gunduba ze szczepu Kilab, wspólnemi losami życia przypomina mocno Barakata, okoliczność, która znowu do charakterystycznéj uwagi nadarza sposobność.
Arab, w pierwszym cnót rzędzie stawiający męstwo i waleczność osobistą, na ostrzu miecza zdobytą zasługę przekłada nad wszelkie odziedziczone zaszczyty. Ztąd jednostajność losów i przypadków El-Gunduby i Abu Said Barakata. Obydwaj urodzili się synami możnych Emirów szczepowych, obydwom w kolebce już wszystko uśmiechać się zdawało, obaj przez los przeznaczeni do panowania i dowództwa, przechodzą przecież naprzód zmienne koleje tułactwa i cierpienia, zanim własném męstwem i własną zasługą utracone odzyskują stanowisko. Piękna to zasada, uwydatniona w dwóch narodowych epopejach, jeżeli z jednéj strony przynosi zaszczyt społeczeństwu, które ją wyznaje, to z drugiéj strony bezsprzecznie przyczynia się do obudzenia w najmniejszych poczucia własnéj godności i utrwalenia wiary w siebie, tak do wywalczenia sobie zaszczytnego stanowiska potrzebnéj.
Wspomniawszy o jednéj pokrewności tendencyi i osnowy, bezwątpienia mimowolnéj w dwóch odmiennych utworach, nie podobna mi nie potrącić o drugą, wspólność kreacyi i podania, którą ma Życie rycerzy, nie już z innym płodem wschodniéj literatury, ale z bajecznemi podaniami ludów indogermańskiego szczepu. Postacią, która pociągnięcie podobnéj paraleli na myśl przywodzi, jest rodzaj amazonki, rycerska kobieta nazwiskiem Esz-Szamta, postrach walecznych mężów i wypróbowanych wojowników. Postać ta, hołd oddany płci niewieściéj, skazany na działalność w zupełnie innym zakresie, ciągnie się, począwszy od amazonek greckich, przez bajeczne podania wszystkich prawie narodów, i obija się nawet o lody Skandynawii, a wszędzie gromi ją dopiero dłoń najwaleczniejszego rycerza. — W arabskiéj epopei należy epizod o niewieścim rycerzu Esz-Szamta do najudatniejszych. Warownia téj amazonki, z któréj wyjeżdża na spotkanie częstego nieprzyjaciela, bo młodych rycerzy pragnienie sławy lub przygód nie rzadko w granice jéj dzielnicy zapędza, jéj walki i zwycięztwa, upokorzenie mężów z powodu podwójnie z jéj ręki dotkliwéj porażki, ostateczny jéj bój z El-Gundubą, którego już z daleka, widząc go na koniu i w zbroi, poznaje jako niepośledniego przeciwnika, wszystko to szerokim stylem wielkich epopei kreślone, zaprawdę w niczém nie ustępuje najświetniejszym homerycznym rapsodom. Epiczna plastyka doprowadzona tu do najwyższego mistrzowstwa, i jeżeli kiedy, to bezwątpienia z okoliczności téj właśnie epopei przychodzi mi żałować, iż zakres niniejszéj pracy nie dozwala mi bardziéj wyczerpującego uczynić użytku z cennych notatek, które zawdzięczam jednemu z najznamienitszych znawców arabskiego języka w Egipcie. Przecież, gdy podanie treści Żywota rycerzy zaniechać wypada, zanim opuścimy śpiewaków Antara, nie od rzeczy będzie kilkoma rysami zwrócić uwagę na zawarte w ich utworach świadectwa cnót i podniosłości uczuć Araba.
Emir Darim wracający z wyprawy, znachodzi na stepie ciało świeżo zamordowanéj kobiety, a na jéj łonie nowonarodzone dziecię, czerpiące jeszcze pokarm u zastygającéj piersi matki. Od zbyt skwarnych promieni słonecznych chroniła niemowlę chmara szarańczy, zastępując mu zasłony kołyski. „Kto by może ta kobieta,“ pyta Emir Darim swego wezyra. „O panie,“ odpowiada wezyr, „jeżeli mi bezkarność zapewnisz, to ci myśl moją wyjawię.“ „Mów śmiało,“ odrzecze Emir. „Otóż panie mojém zdaniem ta kobieta córką była możnego jakiego naczelnika szczepu, ale stawszy się wiarołomną, pokryła hańbą namiot swego rodzica, który ją zabiwszy, tutaj wraz z dzieckiem porzucić rozkazał.“ „O ty psie między Arabami,“ przerywa wezyrowi drzący gniewem Emir, „jak śmiesz rzucać potwarz na kobietę umarłą, która obronić się nie może! Nie znaszże uszanowania przed majestatem śmierci, albo nie wiesz, jak wielką podłością spotwarzać niewiastę. Żali nie widzisz, jak rój owadów troskliwie przed skwarem ochrania niemowlę? bezmyślna szarańcza wypełnia jedynie Boga rozkazy, a Bóg tylko nad niewinnymi roztacza swą pieczę. Gdyby nie bezkarność, którą ci zapewniłem, przebiłbym cię mieczem moim za twe bezbożne słowa!“
Obok przedziwnéj poetycznéj woni, rozlanéj po całym tym obrazie czyż nie bije z niego ciepło najszlachetniejszego uczucia? Jakżeż się ta że się tak wyrażę, subtelna wspaniałomyślność wydaje posągowo wielką obok konwencyonalnéj względem kobiet szewaleryi naszych średnich wieków. A późniéj gdy niemowlę, od owéj szarańczy opiekuńczéj El-Gundubą nazwane, dorosłszy lat męskich dowiaduje się o swém pochodzeniu, gdy przybrany ojciec w nim potomka swych wrogów poznaje i do walki ze sobą wzywa, młodzieniec rzewnemi i gorącemi słowy błaga, aby go zabił raczéj, miasto zmuszać, by się na dobroczyńcę swego porywał orężnie. Poezya jest zwierciadłem duszy narodu, — przyznać trzeba, że naród arabski z dumą w zwierciadło to spojrzeć może.
Z żalem przychodzi mi się oderwać od tego oddziału epicznych utworów, ale pozostaje nam jeszcze trzeci. Przedstawicielami jego są poeci zwani Mohadditin, a zakresem właściwe historyczne epos. Z nim razem wchodzimy na tory dziejowe. Rapsody historyczne noszące tytuł: Siret-es-Sahir, wyłączny przedmiot opowiadania Mohadditin, czyli Es-Sahirystów jest właściwie specyalnie egipską narodową epopeją, bohaterem jéj bowiem, jak wiemy, jest sławny w dziejach nadnilowéj doliny Sułtan Es-Sahir Bajbars. Utwór więc ten, jako téż i przedstawiciele jego szczególniejszéj zażywają wziętości w kołach ludzi poważniejszych, sędziwszych, lubiących rozpamiętywać zamierzchłą przeszłość swego kraju i wzdychających za jéj świetnością. Tok opowiadania i układ całości jest więc, bacząc na treść, poważniejszego nastroju; śpiewy nie przeplatają opowiadania, które się toczy poważnie, spokojnie, a mimo że się w poetyczne stroi barwy, zawiera przecież w sobie wiele refleksyjnego pierwiastku, który nadaje utworowi charakter dydaktycznéj epopei, chociaż szczepionéj na tle dziejowém. I tak między innemi zwraca się często opowiadacz do politycznych stosunków, do panujących ustaw i ich znaczenia, wyświeca ich potrzebę lub cel, a przedewszystkiém z upodobaniem zatrzymuje się na religijnych kwestyach. Tu więc słuchacz zbudować się może wykładem o świętości ustaw proroka i konieczności ich przestrzegania; na przykładzie sułtana El-Melik-Isa nauczy brzydzić się nałogiem pijaństwa, a w osobie Emira Bajbarsa wielbić wszystkie muzułmańskie cnoty. Bajbars bowiem, nie wchodząc w to bynajmniéj, jakim był historycznie, obdarzonym został w ciągu wieków przez poetycznych opowiadaczy jego życia wszystkiemi zaletami i cnotami, jakich człowiek w ogóle, a wyznawca proroka w szczególności zdolnym być może, tak że się z niego wykształcił powoli typ muzułmańskiéj doskonałości. Ma więc poemat opiewający jego życie niezaprzeczone moralne znaczenie śród społeczeństwa, rządzącego się po dziś dzień temi samemi religijnemi zasadami, a i dla nas nie jest bez interesu. Es-Sahir-Bajbars przypomina bardzo rzymskiego Cyncynata, jest wzorem skromności i bezinteresownego poświęcenia dla ojczyzny. Zawsze pierwszy, gdy kraj mężnéj ręki lub radnéj potrzebuje głowy, kilkakrotnie ocala go orężem i wraca potém w zaciszne ukrycie, z którego go dopiero nowa ziomków wywołuje potrzeba, lub z powodu częstych libacyi do wybryków skore panowanie sułtana El-Melik-Isa. Cztery razy na tron powoływany, nie tylko że nie przyjmuje najwyższego dostojeństwa, ale wpływem swoim i ramieniem wprowadza na nie każdego, kogo godnym tego być sądzi, i nie prędzéj zasiada na egipskich sułtanów tronie, aż nie znajduje nikogo, ktoby go mógł na nim zastąpić. Jest to postać szlachetna i piękna, a jako taka nadająca się bardzo do poetycznego obrobienia. Arab fanatycznie przywiązany nie tylko do dogmatów swéj wiary, ale i do najmniejszych, przez przodków przekazanych zwyczajów, zawsze z upodobaniem słuchać będzie powieści o sułtanie Bajbarsie, tém bardziéj, że ta sympatyczna postać oprócz obywatelskiego ma wybitny rycerski charakter a życie rycerskie, pełne walk i trudów, nigdy swym urokiem wabić nie przestanie tych, którym dotąd w żyłach, bez obcéj przymieszki, krąży krew burzliwa wolnych Beduinów.
Z powieścią o sułtanie Bajbarsie kończymy niniejszy pobieżny przegląd najcelniejszych epicznych utworów arabskiego piśmiennictwa i owych wędrownych, żebraczych śpiewaków, którzy pod łachmanami nędzarza kryją serce poety, a z kijem pielgrzymim i lutnią podróżną przemierzając tchnące życiem nadnilowéj doliny niwy, i wspaniałe w swéj obumarłéj grozie piasczystéj pustyni przestworza, spełniają wielką misyę duchowego uszlachetnienia narodu i ustrzeżenia jego umysłu od skazy materyalizmu i pospolitości. Jest to iście kapłańskie posłannictwo, wymagające wzniosłego namaszczenia i prawdziwego szlachectwa duszy obok koniecznego poetycznego usposobienia, a posłannictwo to jest tém ważniejszém na Wschodzie, ile że Arabi zawsze niechętném okiem spoglądają na wynalazek druku i o ile możności starają się bez niego obywać. Uprzedzenie to nie jest zresztą bez podstawy, bacząc na zakres wyobrażeń Araba, przestrzegającego, nawet w najzwyklejszych czynnościach codziennego życia, wielkiego poszanowania religii i wszystkiego co się do niéj odnosi. Od inwokacyi imienia Bożego zaczyna się każda arabska księga, w ciągu jéj osnowy znachodzimy częste, a z treścią dzieła bynajmniéj nie powiązane logiczném następstwem pobożne modły do proroka, pokrywanie więc świętych tych imion i wyjątków z Al-Kuranu brudnym drukarskim tuszem zdaje się być Arabowi równie wielkiem świętokradztwem, jak ułatwianie niewiernym nabycie ksiąg świętych lub święte rzeczy zawierających. Mimo więc, że się pod tym względem wiele w ostatnich czasach zmieniło w Egipcie, dokąd pod światłem wykształconego władzcy panowaniem wszystkiemi porami wnika ciepło świeżéj cywilizacyi, sztuka drukarska, a za nią ksiąg wszelkich spotęgowane i spopularyzowane znaczenie, nie stało się jeszcze dotąd potrzebą narodu. Żywe natomiast słowo poety, tę samą, co i naród cały wyznającego wiarę, trafia prędzéj do przekonania Araba, tém bardziéj, że ten sposób duchowego pokrzepienia o wiele potężniéj wpływa na umysły, niżby to uczynić mogła najgienialniejsza księga. Nieznany u nas nigdy sposób barwienia obcych utworów przydatkami poetycznymi własnéj wyobraźni i wywodzący z tła podanego coraz to nowszych i wspanialszych tkanek przędziwo, nieskończenie przyczynia się do podniesienia zajęcia, jakie sam utwór budzi, zwłaszcza jeśli opowiadaczem jest dziecię Wschodu, syn słońca i rozrzutnéj przyrody, poeta obdarzony najpłomienniejszymi darami fantazyi, której fantasmagoryczne płody w niemniéj wraźliwych duszach słuchaczy odzwierciedlają się wszystkiemi ponętnemi barwami tęczy przez pryzmat tego wszystkiego, co naród kocha, czci i wielbi. Tylko w pięknościach harmonii i poezyi rozmiłowane społeczeństwo zrodzić może wielkich mistrzów słowa i pieśni, a społeczeństwa takiego nie szukać po za stołami naszych giełdowych kantorów. Kto je pragnie znaleść, i chociaż w części odczuć i zrozumieć, czém ono duchowe swe życie zasila, ten nie gdzieindziéj winien śledzić żywotnego pulsu jego istnienia, jeno śród palmowych cieniów oazy, gdzie świeża szemrze krynica i bieleje khan stepowy, śród nieprzejrzanych przestrzeni piasczystego oceanu pustyni, gdzie krom rozrzuconych szkieletów nic ci nie przypomina żeś człowiekiem, żyjącym w czasie i przestrzeni, lub nakoniec śród owych myślą i ubiorem równie jaskrawych tłumów, oddychających pełną piersią, żyjących wszystkiemi tętnami ludzkiego umysłu, śród ludu rozwięzującego jednym rzutem wyobraźni najzawilsze stworzenia zagadki, dumającego zarówno nad istotą Boga, jak nad misterną budową ziarnka piasku, obrzuconego pod słonecznym promieniem błyszczącą krasą djamentowych blasków.
Takie spółeczeństwo rodzi i rodzić będzie poetów na swój zaszczyt i na szczęście swoje. Wszystkie czyste duchowe rozkosze, które nam umysłowe zajęcie daje, to tyleż czynników szczęścia, i tyleż dowodów żywotności, a ten wart żyć tylko, komu nic nie obojętne.

Józef Kościelski.



Przypisy

  1. Mówię tu naturalnie o wschodzie, nieoblizanym dotąd europejską cywilizacyą, która go coraz bardziéj na pustynią wypiera, z miast, mianowicie znaczniejszych wyparłszy go już zupełnie.
  2. Beni Hemjer. Ten możny szczep w Jemen wziął swą nazwę od czerwonego koloru sukien: Himjar lub Homair znaczy bowiem czerwonawy, Beni jak wiadomo synowie. Nazwa pałacu w Grenadzie (Al-Hamra, zepsute Hambra) téj saméj etymologii.
    Królowie tego szczepu zasłynęli historycznie (Hammer Gesch. d. osm. Reiches). Szczep ten trudnił się przeważnie genealogią i astronomią, również badaniem źródeł i ich podziemnych dróg, przez co znajdował zawsze podostatkiem wody na pustyni, a nareszcie pilnem utrzymywaniem geneal. koni. Ostatni ich władzca Seif-si-Jezen. — z nim wchodzimy na tory powieści Seif-el-Jezen — o któréj wspominam z okazyi opowiadaczy drugiego oddziału.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Kościelski.