Siostra lotnika/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Dromlewiczowa
Tytuł Siostra lotnika
Podtytuł Powieść dla młodzieży
Data wydania 1933
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz Druk. „Floryda“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ PIĄTY

Wbrew przewidywaniom Asi lotnik Jan Mirski nie przyjechał wcale samolotem, a odbywał podróż jak każdy zwykły śmiertelnik, poprostu, pociągiem.
Patrząc przez okna na mijany krajobraz, brat Asi, pogrążony był w głębokiem zamyśleniu. Przyjeżdżał do Asi, właściwie, celem pożegnania się z nią. Młody lotnik był już całkowicie przygotowany do przelotu przez ocean i wiedział, że w ciągu kilku najbliższych tygodni odbędzie swoją wyprawę. Przygotowania były trzymane w ścisłej tajemnicy i dopiero w ostatnich dniach przed odlotem miał się dowiedzieć świat o tem.
Jan Mirski jechał więc, aby pożegnać się ze swoją siostrą. Teraz jednak zastanawiał się czy powinien to uczynić. Termin odlotu mógł się spóźnić, wszystko jeszcze mogło uledz zmianie, a tymczasem on zakłóci Asi całkowicie spokój, pogrąży ją w nerwowem naprężeniu i niepokoju. Czyż nie lepiej aby Asia dowiedziała się w ostatniej chwili o wszystkiem?
Argumenty te, które sam sobie przedstawiał wydawały mu się słuszne i postanowił postąpić w ten sposób aby nic Asi nie mówić, spędzić z nią poprostu kilka dni i pożegnać się zwyczajnie, jak przed zwykłym odjazdem na czas jakiś.
Lecz wtedy przypominała mu się rozmowa jaką miał z Asią niedawno.
— Powiesz mi napewno? — pytała Asia, a on przyrzekł jej wtedy solennie.
Czyż powinien odlatując, być może na zawsze, widząc ją po raz ostatni, nie pożegnać się z nią prawdziwie? Czyż nie będzie miała słuszności, czując żal do niego, że nie powiedział jej sam o tak ważnej chwili swego życia, że nie wiedziała o niczem i nie życzyła mu powodzenia, że z obcych ust dowie się o wszystkiem, lub przeczyta w obojętnej gazecie.
Jan Mirski nie wiedział przeto jak powinien postąpić. Asia była wprawdzie jeszcze małą dziewczynką, mimo to liczył się z nią poważnie i kochał najmocniej ze wszystkich bliskich na świecie.
— Zobaczę — zdecydował wreszcie — zobaczę jak to się tam wszystko samo ułoży.
Powziąwszy taką decyzję, uspokoił się trochę i niecierpliwie spoglądał na zegarek, oczekując przybycia na miejsce.
Gdy wreszcie przyjechał, Asi nie zastał w domu. Znajdowała się jeszcze w szkole. Przebrawszy się przeto, Jan udał się na spotkanie.
— A to się mała ucieszy — myślał wchodząc na dziedziniec szkolny.
Asia rzeczywiście ucieszyła się niezmiernie. Już z oddali spostrzegła wysoką sylwetkę brata.
— Janek, Janek — zawołała, jakby w obawie, że może jej nie zauważyć.
Potem, bez namysłu, opuściła trzymaną w ręku, teczkę na ziemię i pobiegła ku niemu, zostawiając za sobą zdumionego wielce jej zachowaniem się Tomka.
— Asiu, oszalałaś, — powiedział z wyrzutem, zbierając książki, które wysypały się podczas tego gwałtownego ruchu. Asia jednak nie słyszała, znajdowała się już w objęciach Janka, który nie zwracając uwagi na jej licznych kolegów i koleżanki podniósł ją w górę, jak małą dziewczynkę.
Asia też nie zwracała uwagi na zdziwione spojrzenia.
— Ach jak to dobrze, że przyjechałeś, — mówiła.
— Przyjechałem przed chwilą.
— A gdzie ulokowałeś samolot?
— Nie przyjechałem samolotem, przyjechałem pociągiem.
— O, jaka szkoda!
— Czyś chciała ze mną pofrunąć?
— Ja też, ale zwłaszcza Tomek.
— Ach prawda zapomniałem o tym twoim Tomku. Gdzież on jest?
— O tam, widzisz zbiera moje książki.
Tomek ukończył właśnie czynność zbierania książek.
— Asiu — zaczął przemowę, z wyrzutem.
W tej chwili jednak zauważył, że Asia znajduje się w objęciu obcego, wysokiego pana. Trzeba przyznać, że widok tego pana wywarł na Tomku niemniejsze wrażenie niż na Asi, i objawiło się ono w ten sam mniej więcej sposób. Tomek bowiem szepnął:
— Ach, to Jan Mirski.
i teczka z książkami Asi wysunęła mu się z ręki rozsypując po raz drugi.
— Już dziś, będę chyba przez cały dzień zbierał te książki — wymamrotał Tomek nachylając się niezręcznie. W zbieraniu przeszkodził mu głos Asi:
— Tomku, mój brat przyjechał.
Tomek podniósł do góry zaczerwienioną twarz.
— Strasznie się cieszę, proszę pana — mówił — zawsze marzyłem o tem aby poznać lotnika, a cóż dopiero takiego jak pan.
— Ale słyszałem, że masz zamiar zostać moim kolegą — zapytał Janek.
— I zostanę, z całą pewnością — potwierdził Tomek.
— Ach Janku nie mogę wcale uwierzyć, że to ty.
— Czyżbym się tak zmienił?
— Nie, ale nie myślałam, że przyjedziesz tak prędko.
— Pisałem ci przecież.
— Ale myślałam, że to będzie za kilka tygodni dopiero.
— Czy to prawda, proszę pana, że pan ma zamiar przelecieć ocean?
— Zamiar to mam.
— I poleci pan? — pytał Tomek ciekawie.
— A co, chciałbyś może polecieć ze mną?
Tomek westchnął tylko, lecz westchnienie to było zupełnie wystarczająco wymowne.
— Ach, i jakbym chciał! — powiedział dopiero po chwili.
— A co, Janku, lecisz naprawdę? — zapytała trochę zaniepokojona Asia.
— E, daleko jeszcze do tego — powiedział Janek niedbale i prędko skierował rozmowę na inny temat.
— Mam dla ciebie ważną wiadomość, Asiu; rodzice przeniosą się tu szybciej niż przypuszczali, przyjadą może już za dwa miesiące.
— Naprawdę, to cudownie.
— Widzisz, masz dziś same przyjemności — stwierdził Tomek.
— To prawda?
— Czy mogę przyjść dziś po obiedzie do ciebie? — zapytał z niezwykłą uprzejmością.
— Tak, koniecznie, przygotujemy razem lekcje, jak zwykle.
— Myślałem, że może będziesz dziś zajęta?
— Możesz przyjść śmiało.
— Stokrotnie dziękuję — odpowiedział Tomek z wyszukaną elegancją, potem złożył głęboki ukłon i ulotnił się szybko. Nie chciał przeszkadzać Asi w jej rozmowie z bratem, a po za tem, spieszno mu było podzielić się z innymi ważną wiadomością, że do Asi przyjechał jej brat, słynny lotnik, Mirski i że on, Tomek właśnie, zna go osobiście.
Powtarzał tę wiadomość niezmordowanie wszystkim wokoło, kto tylko chciał i kto nie chciał słuchać. Rozpoczął swój tryumfalny pochód od apteki. Otworzył drzwi z szalonym rozmachem i już z oddali krzyczał:
— Tatusiu, proszę zgadnąć kto przyjechał.
Ojciec zgadywał długo, wymienił wszystkich dalszych i bliższych członków rodziny, potem znajomych, a Tomek wciąż mówił:
— Nie.
— No, to nie wiem — oznajmił wreszcie ojciec zniechęcony.
— Powiem ci — zgodził się wspaniałomyślnie Tomek.
— To ktoś, czyj przyjazd mnie specjalnie cieszy.
— A to już wiem — zawołał ojciec — to napewno brat tej małej, jak ona się nazywa, zapomniałem… Asi…
— A więc widzisz, że zgadłeś — zawołał Tomek uszczęśliwiony. — I wiesz, ja go znam osobiście. Podał mi rękę.
Tomek tryumfującym gestem, wyciągnął rękę, mocno poplamioną atramentem.
— Tego nie znać, — zadecydował ojciec — natomiast widzę, że dużo dziś pisałeś. Proszę cię, umyj jaknajprędzej ręce. A może zechcesz zachować ten uścisk na pamiątkę i będziesz unikał mydła przez czas dłuższy?
— Taki głupi nie jestem — odpowiedział Tomek z godnością. Poczem pobiegł do domu, gdzie powtórzyła się ta sama kombinacja pytań, z tą różnicą, że matka zgadła nieco wcześniej, gdyż Tomek ostatnio całemi dniami opowiadał w domu, o zapowiedzianym przyjeździe Mirskiego.
— Ale, słuchaj, Tomku, żeby ci się czasem nie zachciało przed nim popisywać lataniem.
— Cóż znowu — oburzył się Tomek.
Lecz oburzenie to nie przekonało jakoś matki.
— Jedna zwichnięta noga to chyba dosyć? Może lepiej te skrzydła schować, abyś nie miał pokusy.
— E, nie trzeba, mamo. Gdzież jabym się przed nim popisywał? Nawet na prawdziwym samolocie bym nie śmiał, a cóż dopiero na głupich skrzydłach — westchnął Tomek, który już od dawna uważał swój występ za mocno niefortunny, w tej chwili zaś wydawał mu się poprostu głupim.
Mimo to, gdy nazajutrz Asia z bratem przyszła do nich z wizytą (ojciec Tomka bowiem spotkał Mirskiego i serdecznie zaprosił go do siebie), Tomek po pewnem wahaniu, zdecydował się pokazać ów dowód szaleństwa.
— I naprawdę myślałeś, że uniesiesz się na nich wgórę — spytał Janek.
Tomek milczał dyplomatycznie.
— Materjał jest z sukienki Asi — powiedział po chwili wymijająco.
— To widzę. Wogóle robota staranna. Mógłbyś lepiej zająć się budową prawdziwego modelu.
— Obawiam się, że nie będę miał dosyć cierpliwości.
— W takim razie ja się obawiam zkolei, czy zostaniesz kiedykolwiek lotnikiem?
— Przecież ja chcę zostać pilotem, a nie konstruktorem.
— Powinieneś się jednak znać na tem. A po zatem, jeżeli brak ci cierpliwości na wykonanie nawet tego, co cię bardzo bawi i obchodzi, to wątpię, czy starczy ci cierpliwości na osiągnięcie swego celu.
Tomek poczerwieniał.
— On ma wogóle taki słomiany ogień — stwierdziła z żalem Asia.
— Ach tak, skarżysz się, — oburzył się Tomek — zdradzasz naszą przyjaźń?
— Nic nie zdradzam. Chcę, aby Janek ci pomógł.
— A pan budował samoloty, będąc w moim wieku? — zapytał Tomek, potem, widząc, że Janek chętnie siada w jego pokoju i gotów jest do dłuższej rozmowy, poprosił:
— Proszę, niech pan nam opowie, jak to z panem było, czy pan także chciał zostać lotnikiem?
— Widzisz, wtedy nikt nie przypuszczał jeszcze, że lotnictwo ma przed sobą tak rozległe możliwości. Gdy byłem w twoim wieku uważano to wszystko za eksperymenty. Pamiętam, że odbywał się wtedy popis jakiegoś francuskiego lotnika pod Warszawą. Staliśmy przez pięć godzin zrzędu, wreszcie lotnikowi udało się wznieść w górę. Przefrunął kilkadziesiąt metrów, co było wtedy szalonym tryumfem i popis się skończył.
— Prawda, jak to szybko teraz wszystko się zmienia.
— Tak, ja wtedy też marzyłem o lataniu, nawet w tajemnicy przed wszystkimi, przygotowałem sobie parę skrzydeł.
— A widzisz — zawołał tryumfująco Tomek.
— Nie skakałem jednak. Natomiast studjowałem zawzięcie historję samolotu.
— Proszę pana, kto właściwie był pierwszym lotnikiem?
— Jeżeli cię interesuje rozwój lotnictwa, to mogę ci to krótko opowiedzieć.
— Bardzo proszę.
— Ale pamiętajcie, że to poważny wykład.
— Tem lepiej.
— Od najdawniejszych czasów — rozpoczął Janek — marzono o przypięciu człowiekowi skrzydeł. Było to marzenie, które przez długie lata prowadziło do zdobyczy dzisiejszych. Pierwsze wiadomości, dotyczące przyrządów do latania odnoszą się jeszcze do Ajschylosa, nauczyciela Platona. Ajschylos na 400 lat przed narodzeniem Chrystusa, wynalazł jakoby pierwszy latawiec. Czy wiadomość ta jest ścisłą, trudno powiedzieć napewno, gdyż inne źródła podają jako wynalazcę latawca, nie Ajschylosa, ale generała chińskiego na 206 lat przed Chrystusem.
— Wiem, — zawołała Asia — nazywał się Han Sin.
— W wieku XIII-tym, w Bizancjum zjawia się jakiś „czarodziej“, który usiłuje wobec zebranych licznie tłumów, latać w powietrzu.
— To tak, jak ja — wtrącił skromnie Tomek.
— Zawsze mówiłam, że jesteś cofnięty w rozwoju — szepnęła Asia.
— Następnie w r. 1495 widzimy bardzo ciekawe rysunki i plany Leonarda da Vinci.
— Wiecie kto to był Leonardo da Vinci?
— Tak, to taki słynny malarz.
— Jego rysunki przedstawiają najrozmaitsze aparaty; śmigła, spadochrony, dowodziły one, że Leonardo da Vinci genjalnie przeczuł wszystkie możliwości samolotu i gdyby nauka poszła drogą wskazaną przez wynalezienie latawca i szkice Leonarda da Vinci, to zdobyłaby o wiele szybciej dzisiejsze rezultaty. Nauka jednak zboczyła na inne tory. Zaczęto się, mianowicie, zastanawiać nad stworzeniem ciała lżejszego od powietrza, któreby mogło tem samem unosić się swobodnie w powietrzu. W roku 1766 Anglik, Cavendisch wynalazł takie ciało, lżejsze od powietrza osiem razy. Wykonano szereg prób, które wprawdzie się nie udały, ale zwróciły na siebie uwagę uczonych. Od tej chwili zaczyna się zainteresowanie balonami. Ważnym momentem dla rozwoju balonów okazało się przypadkowe odkrycie Józefa Mongolfier, dyrektora fabryki papieru w Ameryce. Zauważył on, że papier, nie przepuszcza powietrza rozgrzanego, na skutek spalenia słomy. Kleił więc małe baloniki otwarte u dołu, pod któremi spalał słomę. Niektóre z tych baloników unosiły się w górę.
— Muszę także tak spróbować — zawołał Tomek.
— W r. 1782 Mongolfier i jego brat skleili balon o pojemności 12 metrów sześciennych, który wzniósł się aż pod sufit. Ten wzlot papierowego balonu rozpoczął sobą prawdziwy rozwój balonów, był właściwie początkiem aeronautyki. Po roku bracia skonstruowali balon większy i jego wzlot odbył się w sposób niezmiernie uroczysty, na rynku w Ammoney, budząc prawdziwy entuzjazm.
— Wtedy ludzie umieli się jeszcze entuzjazmować — westchnął Tomek, przypominając sobie brak entuzjazmu u swoich widzów.
— Potem Mongolfierowie udają się do Paryża i tam nadal pracują nad udoskonaleniem balonów. Pierwszymi pasażerami nowego balonu byli: baran, kogut i kaczka. Zwierzęta te wylądowały szczęśliwie.
— Ciekawy jestem, jakich doznawali wrażeń.
— Tego nikt nie wie.
— Pierwszym człowiekiem, który wzniósł się balonem, był Pilatre de Rosier. Początkowo zamierzano, aby pierwszym pasażerem balonu był zbrodniarz, skazany na śmierć. Pilatre de Rosier sprzeciwił się jednak temu, twierdząc, że zasługa wzniesienia się nad ziemię, nie powinna przypaść w udziale zbrodniarzowi i sam poleciał.
— Rozumiem go, miał słuszność — zawołał Tomek.
— Oprócz Mongolfierów pracują nad balonem własnego wynalazku, fizyk Chares i dwaj mechanicy, bracia Robert. Balon ich był zrobiony z jedwabiu i napełniony wodorem. Poza tem posiadał klapę, dzięki której zyskano wpływ na unoszenie się i opadanie balonu. Wzloty balonem stają się modne. W r. 1875 zostaje dokonany pierwszy przelot przez kanał La Manche. Przelecieli go Blanchard i Jèffres, którzy zostają przyjęci z szalonym entuzjazmem. Pilatre de Rosier również nie przestaje lotów. Ginie wraz z Romainem na skutek spalenia się balonu podczas przelotu do Anglji.
— Jaka szkoda!
— Ja też polubiłam już tego Pilatre de Rosiera.
— Tak, pierwszy pasażer balonu zginął na stanowisku, swą śmiercią rozpoczynając długi szereg ofiar, poświęcających swe istnienie w imię nauki.
Wzloty odbywają się coraz częściej, a jednocześnie uczeni pracują nad rozwiązaniem zagadnienia kierowania. Pracują Giffard, Dupuy de Lonne, bracia Tissandier. Dużym krokiem naprzód jest balon Renarda w 1885 r. Balon ten posiadał kształt ryby, jego śmiga poruszana była motorem elektrycznym. Balon wzniósł się w Chalais Mendon i powrócił po przelocie do Paryża. Uważano ten przelot za moment prawdziwego opanowania powietrza. Odtąd prace nad balonami dotyczą właściwie tylko ulepszeń. W Warszawie w r. 1784 fizyk Okruszewski puszcza małe balony w powietrze. W Krakowie podobnemi próbami zajmują się Jaśkiewicz i Śniadecki. W r. 1788 przyjeżdża do Polski Blanchard i dokonywa szeregu wzlotów z polskimi pasażerami. Powodzenie i zainteresowanie balonami spowodowały na dłuższy przeciąg czasu przerwę w próbach innego rodzaju. Mniej więcej od r. 1770 pojawiają się znowu projekty skrzydeł, projekty aparatów do latania, cięższych od powietrza. Projektów tych jest bardzo dużo, wreszcie w r. 1891 próby Ottona Lilienthala rozpoczęły nową erę w lotnictwie.
— Jak wyglądał aparat Lilienthala?
— Składał się z dwóch skrzydeł i ogona. Aparat ten nakładał Lilienthal na siebie i skakał z góry pod wiatr. Ten sposób latania przypomina zasadę, obecnie praktykowanych, lotów bez silnika.
— Albo też mój lot — mruknął Tomek.
— W ciągu pięciu lat ulepszał wciąż swój aparat i dokonał kilku tysięcy lotów. Wreszcie, jeszcze raz ulepszony aparat zawiódł i Lilienthal, spadając zginął śmiercią bohatera wiedzy.
W tym okresie, pracują na całym świecie nad aparatami do latania. Najlepsze rezultaty osiągnął inżynier francuski, Ader. W Ameryce pracują bracia Wrightowie. Pracowali oni w największej tajemnicy. W grudniu 1903 r. zastosowali motor automobilowy i przelecieli swym samolotem 260 metrów w 59 sekund. Lot ten wzbudził szalone zainteresowanie, a wynalazcy przez dwa lata pracują nadal w tajemniczy sposób. W roku 1905 odbyli lot 39 klm. w zamkniętym kole bez lądowania. Prześcignęli oni niezmiernie innych wynalazców. W trzy lata bowiem później lotnik Farnah dostał nagrodę 50.000 franków za przelot zaledwie 1 klm. w zamkniętem kole. Poważnym konkurentem braci Wrightów okazał się dopiero wynalazca Bleriot, który zbudował jednopłatowiec o skrzydłach zaopatrzonych w ruchome przedłużenia i wykonał kilkanaście lotów, stosując po raz pierwszy łagodne wiraże. W tym czasie jeden z Wrightów podpisał umowę z komitetem francuskim i pojechał na popisy lotnicze do Francji. Brat jego pozostał w Ameryce.
— Pan pozwoli, że ja również posłucham — odezwał się ojciec Tomka, wchodząc do pokoju.
— Ależ bardzo proszę.
— Prawda, że to nadzwyczaj interesujące, tatusiu — zawołał Tomek, podając ojcu krzesło.
— Właśnie słyszałem poszczególne słowa w drugim pokoju, przyszedłem też się dowiedzieć czegoś ciekawego. Proszę, niech pan sobie nie przerywa.
— Szczęście nie sprzyja pozostałemu w Ameryce Wrightowi. Natomiast pobyt drugiego brata we Francji był pasmem nieprzerwanych tryumfów. Potem stopniowo gwiazda Wrightów zaczęła przygasać. W r. 1912 Wright umarł, nie przypuszczając zapewne, że w parę lat później lotnictwo nabierze takiego ogromnego znaczenia, nie wiedząc również, że do jego rozwoju on właśnie głównie się przyczynił. Od r. 1908 rozpoczyna się moda popisów lotniczych. Muszę wam powiedzieć, że publiczność była niezmiernie wymagająca. Traktowano lotników mniej więcej tak, jak się traktuje zdolnych linoskoczków, zręcznych kuglarzy i t. d.
— Czy to możliwe?
— To fakt, Asiu. W Ameryce, naprzykład, publiczność żądała, aby lotnicy wzlatywali bez względu na pogodę; podobno zdarzały się nawet wypadki strzelania do lotników, którzy wzdrygali się przed lotem w niepewną pogodę. Publiczność uważała wówczas, że lotnik ją oszukuje. W tym czasie każdy niemal pilot był jednocześnie konstruktorem i latał na maszynach własnego pomysłu. Już wówczas budowano jednopłatowce i dwupłatowce. Od r. 1909 zwiększa się wciąż zastęp konstruktorów i pilotów, coraz większą również staje się liczba ofiar ludzi, którzy utracili swe życie w walce z przestworzami.
Asia przytuliła się do brata.
Że też to nie zniechęciło innych — szepnęła.
— Przeciwnie — odpowiedział Janek — zdawać się mogło, że każda ofiara wzmaga zawziętość pozostałych i budzi w nich pragnienie zwycięstwa, zwycięstwa za wszelką cenę. W r. 1913 Pegaud wykonywa pierwszą akrobatykę w powietrzu, akrobatykę, którą wówczas traktowano jako karkołomny, zuchwały popis, a która w bliskiej przyszłości okazała się niezbędną umiejętnością lotnika podczas wojny. Jednocześnie pamiętano o balonach. Projektowali Mesnier, Giffard Renard i Tissandier, Santos Dumont. Budową sterowców zajmowali się także bracia Lebaudy i Renard. Najlepsze i najszybsze rezultaty w dziedzinie sterowców osiągnęli Niemcy. W r. 1910 hr. Zeppelin zbudował wielki, sztywny sterowiec 127 mtr. długości, we wnętrzu powłoki umieścił 17 balonów napełnionych wodorem, tuż pod powłoką, znajdowały się dwie kabiny, a w każdej z nich motor szesnastokonny, poruszający śmigło. Koszt sterowców jest jednak tak duży, że tylko niektóre państwa gą sobie na nie pozwolić. Jak widzicie z tego, jeszcze przed wojną lotnictwo osiągnęło poważne rezultaty. Nie zdawano sobie jednak jeszcze wtedy sprawy, jak ogromne znaczenie będzie miało podczas wojny.
Janek umilkł.
— Proszę pana, a co było z lotnictwem podczas wojny? — zapytał nienasycony Tomek.
— O, to zbyt długie, abym mógł wam tak powiedzieć. Przyślę ci trochę książek, jeżeli cię to interesuje. Mogę wam tylko powiedzieć, że dzięki lotnictwu wojna zmieniła swój charakter: przestała być wojną, prowadzoną tylko na froncie, a stała się walką, rozciągniętą na cały kraj i zmuszającą do udziału w tej walce wszystkich niemal obywateli państwa.
— Dlaczego?
— Bo samolot pokonał czas i przestrzeń. W krótkim bardzo czasie może przelecieć linję frontu i znaleźć się nad jakimkolwiek ważnym punktem, położonym w głębi kraju. Może ten punkt zaatakować, może łatwiej i bezpieczniej zbierać informacje, fotografje, przewozić wywiadowców, dostarczać wiadomości o poczynaniach wrogów. Lotnictwo podzielono podczas wojny na trzy zasadnicze działy, na lotnictwo myśliwskie, wywiadowcze i niszczycielskie. Lotnictwo myśliwskie przeznaczone jest do obrony przed samolotami nieprzyjacielskimi. Lotnictwo wywiadowcze jest właściwie głównym celem lotnictwa; polega na tem, że lotnik bada nieprzyjacielskie siły, obserwuje kierunek marszu, przygotowania, stwierdza zamiary nieprzyjaciela. Czyni to na zasadzie własnych obserwacyj i przy pomocy aero-fotografji. Lotnictwo niszczycielskie jest to lotnictwo bombardujące. Rzuca bomby na ważne punkty, a jednocześnie szerzy tem samem panikę śród ludności.
— To straszne — wzdrygnęła się Asia.
— Jak wielkie znaczenie miało lotnictwo podczas wojny — najlepiej świadczą cyfry: W Anglji przy obronie przeciwlotniczej zajętych było 500.000 ludzi. We Francji w obronie przeciwlotniczej pod koniec wojny brało udział 1.500 oficerów, 4.000 szeregowców, 950 dział, 600 reflektorów, 60 karabinów maszynowych, 1000 balonów zaporowych.
— Jak pan to świetnie umie — zawołał Tomek z zapałem, który rozśmieszył zebranych.
— Opowiem ci kiedyś o środkach obrony, o maskowaniu, o budowaniu sztucznego Paryża, aby zmylić ślad nieprzyjacielskim lotnikom.
— To są strasznie ciekawe rzeczy.
— Nie wszyscy się niemi interesują. Społeczeństwo nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że przyszła wojna będzie przedewszystkiem wojną lotniczą i gazową, nie zdaje sobie sprawy z tego jak ważną jest rzeczą silne lotnictwo dla kraju. Nie, społeczeństwo nie jest jeszcze u nas należycie przygotowane i uświadomione.
— Postaram się uświadomić wszystkich mieszkańców miasteczka — obiecał Tomek z powagą.
— Pamiętaj, pogadamy o tem jeszcze przed moim wyjazdem.
— Czy pan sądzi, że moja praca może naprawdę się przydać.
— Naturalnie — odpowiedział Janek poważnie.
Tomek rozejrzał się dumą wokoło.
— A na dziś wykład skończony — oznajmił Janek wesoło.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Dromlewiczowa.