Siostra lotnika/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Dromlewiczowa
Tytuł Siostra lotnika
Podtytuł Powieść dla młodzieży
Data wydania 1933
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz Druk. „Floryda“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ZOFJA DROMLEWICZOWA
SIOSTRA
LOTNIKA
POWIEŚĆ DLA MŁODZIEŻY
z ilustracjami
WARSZAWA
NAKŁADEM KSIĘGARNI J. PRZEWORSKIEGO
1933



Zofia Dromlewiczowa - Siostra lotnika page 2.png






Składano w druk „LINOLIT“, Warsz. Więzienna 10
Druk. „Floryda“, Warszawa, Leszno 65. tel. 11-69-07







ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tego dnia nauczyciel polskiego spóźniał się jakoś. Oczekiwano go początkowo w ciszy, potem jednak zrobiło się w klasie coraz to głośniej. Rozmawiano o wakacjach, które tak szybko minęły, o tem który nauczyciel okaże się dobrym, a który surowym. Był to bowiem początek roku dopiero. Lekcje rozpoczęły się przed dwoma tygodniami i dzieci nie przyzwyczaiły się jeszcze do systematycznych wykładów. Jeszcze tak ładnie świeciło słońce, kasztany spadały z drzew, w ogrodach kwitły astry. Idąc rano do szkoły, niejedno dziecko miało ochotę skręcić do pobliskiego lasu. Wszystkim zaś wydawało się, że tego roku wakacje skończyły się wyjątkowo wcześnie.
— Zanim człowiek się obejrzał, a już minęło lato — mówił Tomek.
A jego sąsiadka Zuzia potakiwała gorąco:
— Nicby się nie stało, gdyby się lekcje zaczęły chociaż o miesiąc później.
Widząc, że nauczyciel nie przychodzi, dzieci zaczęły głośno domyślać się przyczyny:
— Może zachorował.
— Słyszałem, że wyjechał do miasta.
— W takim razie nie przyjdzie dziś do szkoły.
— Ale to nie jest nic pewnego.
— Mnie się zdaje, że widziałam go dziś na korytarzu, — twierdziła z całą stanowczością Zuzia.
— A to szkoda, bo gdyby pan nie przyszedł, to moglibyśmy wyjść z klasy na podwórze.
— Cicho, ktoś idzie.
W klasie uciszyło się natychmiast. Rzeczywiście na korytarzu słychać było kroki i po chwili otworzyły się drzwi klasy trzeciej.
Dzieci podniosły się z ławek. Do klasy wszedł nauczyciel polskiego, obok niego zaś szła szczupła, drobna dziewczynka.
— Oto wasza nowa koleżanka — powiedział nauczyciel głośno — zaopiekujcie się nią, bo po raz pierwszy znajduje się w szkole.
— Dobrze, proszę pana — odpowiedział chór dziecinnych głosów.
Pan Jasiński rozejrzał się po klasie. Przez chwilę patrzył uważnie na zaciekawione twarze dzieci, zadowolonych z niespodziewanej rozrywki podczas lekcji. Wszystkie dzieci wpatrywały się w dziewczynkę. Nic nie uszło ich uwagi. Zauważyły przedewszystkiem, że dziewczynka musiała przyjechać skądciś, gdyż nikt jej nie znał, a w małem miasteczku znali się przecież wszyscy. Zauważono jej sukienkę w kratę, spokojne spojrzenie jakiem obejmowała klasę, brak fartuszka szkolnego, oraz to, że nie trzymała w ręku żadnych książek, ani zeszytów.
— Dziwna jakaś dziewczynka — szepnęła Zuzia do Tomka.
— Nie, dlaczego. Mnie się właśnie podoba — odpowiedział Tomek szeptem.
Spojrzenie nauczyciela padło na niego.
— Tomku — powiedział — ty jesteś najenergiczniejszy w klasie. Zajmij się Asią. Niech Zuzia usiądzie obok Władzi, miała się i tak przesiąść od jutra, a ty Asiu usiądź obok Tomka.
— Dobrze wuju — powiedziała dziewczynka półgłosem i zbliżyła się do ławki Tomka.
— To moja siostrzenica — powiedział wyjaśniająco pan Jasiński, widząc zaciekawione spojrzenia dzieci — przyjechała dziś rano.
— Asia, jakie dziwne imię — szepnęła Zuzia, przenosząc swoje rzeczy na sąsiednią ławkę i krzywiąc twarz w grymasie niezadowolenia. Wprawdzie poprzedniego dnia prosiła o pozwolenie siedzenia na innej ławce, obok przyjaciółki, teraz jednak wydało jej się, że z powodu nowej dziewczynki spotkała ją jakaś krzywda.
— A teraz proszę o ciszę, zabieramy się do lekcji.
— Usiądź tu, obok mnie — mówił szeptem Tomek.
— Dziękuję — powiedziała dziewczynka.
— Nie masz pióra, ani ołówka?
— Nic nie zabrałam, bo nie miałam jeszcze dzisiaj wcale iść do szkoły.
— Acha, więc ja ci pożyczę.
Z głębi tornistra Tomek wyszukał zapasowy ołówek.
— O, widzisz jaki zabawny, z jednej strony ołówek, a z drugiej głowa murzynka.
— Jaki śmieszny!
— To jeszcze nic. Zobacz. Główka się zdejmuje widzisz co zostaje?
— Guma!
— Tak, guma do wycierania. Możesz używać ten ołówek. Bardzo go lubię.
— To może ci go szkoda?
— Nie, jakoś mi nigdy nie szkoda żadnych rzeczy. Ciocia mówi, że to niedobrze i że dlatego wszystko mam zniszczone, ale ja nie umiem się martwić z tego powodu.
— Nie, ja ci nie zniszczę tego murzynka.
— A tu masz mój bruljon, możesz w nim zapisywać jak co będzie trzeba.
— Dziękuję ci..
— Tomku, uspokój się! — zawołał pan Jasiński.
Przez chwilę siedział w milczeniu, spokojnie. Spokój jednak był czemś niezmiernie ciężkiem dla Tomka, który znany był z tego, że musiał się ciągle poruszać i wiercić.
— Wiercipięta — nazywała go nawet Zuzia.
Po chwili przysunął kartkę papieru i pilnie coś na niej wypisywał. Asia słuchała wypowiadanych, przez jednego z uczniów, wierszy.
Tomek pisał zawzięcie.
— Asiu, przeczytaj — szepnął.
Asia spojrzała na kartkę papieru.
„Napisz mi, jak się nazywasz naprawdę i skąd się tu wzięłaś? Dlaczego nikt nie wiedział, że przyjeżdżasz. Czy długo tu zostaniesz?“
Asia kiwnęła potakująco głową i pod spodem zaczęła pisać odpowiedź.
„Nazywam się Agnieszka, ale gdy byłam mała nie umiałam wymówić tego imienia i nazywałam się zawsze Asią. Tak już pozostało. Przyjechałam dziś rano.“
Asia zamierzała wypisać jeszcze wiele wiadomości i szczegółów ze swego życia, lecz przeszkodził jej wzrok wuja, który wyraźnie patrzył w ich stronę. Przypomniała sobie, że przecież znajduje się w szkole i że podczas lekcji należy uważać.
— Resztę powiem ci później — szepnęła.
— Tomku, powiedz dalszy ciąg wiersza — powiedział pan Jasiński.
Tomek podniósł się z miejsca. Wiersz umiał dosyć dobrze, wyrecytował go więc szybko.
— No, nieźle, mógłbyś jednak uczyć się trochę pilniej.
— Proszę pana, umiałem przecież.
— Umiałeś nieźle, wiem, że jesteś zdolny, ale za mało przejmujesz się nauką. Mogłeś go się nauczyć doskonale.
Tomek milczał zakłopotany. Była to prawda. Wiersz przeczytał zaledwie dwa razy, a ponieważ miał bardzo dobrą pamięć, więc wystarczyło to, aby go wcale nieźle powtórzył.
— Tak, Tomku, niekiedy uczysz się zupełnie dobrze, a czasem to ci się nie chce nawet zajrzeć do książki.
— Proszę pana, bo dopiero wakacje minęły, jeszcze nie jestem w „transie“.
— No, może ci Asia dopomoże wejść w ten trans.
Tomek stał nieco zmieszany, nie wiedząc co odpowiedzieć. Rozległ się dźwięk dzwonka i wybawił go z kłopotu.
— A teraz opowiedz mi wszystko — zwrócił się natychmiast Tomek do Asi.
— Co mam ci opowiedzieć?
— No, wszystko, kto jesteś, jak się nazywasz, gdzie mieszkasz, na jak długo przyjechałaś i wogóle wszystko.
— Poczekaj, wuj nie wyszedł jeszcze z klasy.
Rzeczywiście, pan Jasiński stanął przy tablicy i coś na niej pisał dużemi literami.
Dzieci patrzyły uważnie.
— „Czem pragnę zająć się w przyszłości?“ — przeczytała głośno Władzia.
— Macie tu temat wypracowania na następną lekcję — powiedział pan Jasiński. „Czem pragnę zająć się w przyszłości?"
— O, to bardzo dobre ćwiczenie — ucieszył się Tomek.
— Podoba ci się?
— Tak, bardzo.
— A czem chcesz się zajmować?
Tomek zrobił bardzo tajemniczą minę.
— Zgadnij.
— Nie wiem, doprawdy, znam cię tak mało.
— To prawda, jeszcze wcale się nie znamy.
— Może chcesz zostać inżynierem?
— Nie, ja chcę zostać — Tomek zrobił dłuższą pauzę, potem dokończył tajemniczo: — Ja chcę zostać lotnikiem!
— Lotnikiem? — zdziwiła się niezmiernie Asia.
— Tak, lotnikiem, dlaczego się dziwisz? Pewnie nic nie wiesz o lotnictwie i wydaje ci się to mało ciekawe. Poczekaj, jak się poznamy bliżej to ci coś nie coś opowiem, zobaczysz, jakie to ciekawe, jeszcze sama zapragniesz zostać lotniczką. Bo teraz pewnie byś się bała polatać aeroplanem.
— Pewnie wiem o lotnictwie więcej niż ty.
— To ci się tylko wydaje — zawołał Tomek — ja tu jestem specjalistą od spraw lotniczych.
— A już latałeś kiedy?
— Nie — przyznał się niechętnie Tomek. — Ale wybieram się do Warszawy, tam napewno znajdę sobie okazję do latania. To przecież nie jest taka łatwa sprawa. Ale wcale się nie boję. A ty, Asiu, ach jakie to zabawne imię, przyznaj się, pewnie byś się bała.
— Moje imię nie jest wcale zabawne — odpowiedziała Asia urażona.
— Przepraszam cię, nie wiedziałem, że jesteś do niego przywiązana. Bo ja zmieniłbym moje z wielką chęcią na inne. To takie nudne Tomek, Tomasz. Tak Tomasz brzmi trochę lepiej, gdyby ludzie chcieli nazywać mnie poprostu Tomaszem czułbym się o wiele lepiej, cóż, kiedy nikt nie chce, każdy woła: Tomku, Tomku. Zawsze mi to przypomina bajkę o Tomciu Paluchu. A co ty myślisz o tem?
— Ach, Boże, jak ty dużo mówisz Tomku, albo jeżeli wolisz Tomaszu. Chcesz, to będę do ciebie mówić Tomaszu?
— Świetnie, ale napewno nie wytrzymasz długo. Jedna nasza służąca obiecała mi, że będzie do mnie mówiła panie Tomaszu, ale cóż, już po dwóch dniach znudziło jej się to a potem mówiła wprawdzie Tomaszu, ale śmiała się przytem do rozpuku, a to było jeszcze gorsze i przypominało mi, że właściwie chciałaby powiedzieć Tomku. Zwolniłem ją więc z tego ciężkiego obowiązku.
— Czy ty zawsze tak dużo mówisz?
— O tak, zawsze. Najbardziej lubię mówić. Gdy nie mówię, to nudzę się, a nudzić się nie lubię.
— A gdy jesteś sam?
— Nie, wtedy nie mówię, bo lubię mówić a nie słuchać, a w ten sposób musiałbym przecież wysłuchiwać to wszystko, co mówię, czy myślisz, że jest to takie łatwe?
— Wydaje mi się, że jest to dosyć trudne — westchnęła Asia.
— O, przyzwyczaisz się napewno — pocieszył ją Tomek. — Ale czekaj, o czem mówiliśmy?
— O tem, że nie latałeś jeszcze.
Tomkowi się wydało, że usłyszał odcień, jakgdyby tryumfu w jej głosie dodał więc szybko z pewną złośliwością:
— I o tem, że ty obawiałabyś się latać.
— Ja? — roześmiała się Asia.
— No, tak, ty; przecież nie ja. Ja mam zostać lotnikiem, nie obawiam się więc niczego wogóle, a cóż dopiero latania. Ale ty jesteś dziewczynką. Pomyśl tylko samolot unosi się w górę, wszystko zostaje poza tobą, jesteś wysoko, ziemia ucieka przed tobą. Nie bałabyś się?
— Naturalnie, że nie, — odpowiedziała dumnie Asia — ja już latałam.
Tomek osłupiał.
— Latałaś?
— Tak, latałam. I to nie raz.
— E, chyba blagujesz.
— Nie blaguję. Cóż w tem wielkiego?
— Nie wiem, widzisz to jest moje marzenie, więc nie wyobrażam sobie, że właśnie ty, taka ostatecznie mała dziewczynka, jak wszystkie inne, latałaś.
— Przecież to nic wielkiego. Przedewszystkiem latałam pasażerskim samolotem z Gdańska do Warszawy, to już było dosyć dawno, a po za tem…
Asia zrobiła teraz pauzę, jakby przed powiedzeniem czegoś bardzo ważnego. Tomek powtórzył niecierpliwie:
— A po za tem?
— Po za tem mój brat jest lotnikiem.
Tomek patrzył na Asię z prawdziwym podziwem. Gdy weszła do klasy spodobała mu się. Chętnie przyjął propozycję nauczyciela, aby z nią siedzieć na jednej ławce i opiekować się nią. Teraz jednak zrozumiał, że ta nowa dziewczynka, która wydawała mu się nieśmiałą i cichą, może wprowadzić do jego życia zupełnie nowe wrażenia.

Zofia Dromlewiczowa - Siostra lotnika after page 16.png

— Czy mówisz prawdę, — zapytał — czy mnie nie bujasz?
— Mówię zawsze prawdę — powiedziała Asia.
— Więc proszę cię, powiedz mi. Powiedz mi wszystko. Czy naprawdę twój brat jest lotnikiem? Czy oddawna lata?
— Naturalnie, że to prawda. Mój brat jest lotnikiem. Mało tego, on jest „asem“, rozumiesz?
Tomek patrzył trochę niepewnie, więc Asia uznała za stosowne wytłumaczyć mu bliżej co znaczyło to określenie.
— „As“, to znaczy najlepszy, taki, co podczas wojny strącił największą liczbę nieprzyjacielskich samolotów.
— Aha, już wiem, przypominam sobie, — zawołał Tomek — powiedz jak się nazywa.
— Tak samo, jak ja.
— Ale przecież ja wiem tylko tyle, że nazywasz się Asia. Czy to właśnie od tego „asa“? — roześmiał się chłopiec.
Asia roześmiała się również.
— A wiesz, naprawdę, as, asia, — nigdy nie zauważyłam. Nie, on się nazywa Jan Mirski.
— Jakto, Jan Mirski, to twój brat?
— Tak, mówię ci przecież.
— To twój brat niedawno leciał do Tokio? —
— Tak — przyznała Asia z dumą.
— To przecież ja o nim czytałem w gazetach.
— Wszyscy o nim czytają — potwierdziła dziewczynka.
— To on pisuje artykuły w „Locie polskim“?
— Tak, bardzo lubi pisać. Zawsze pisze jakieś nowelki, pamiętniki. A widziałeś jego fotografję?
— Widziałem przy jakimś wywiadzie, ale nie pamiętam jak wygląda.
— Ja ci pokażę po lekcjach. Mam ze sobą.
— Ach, Asiu, wiesz, że to świetnie, że tu przyjechałaś. Nie mógłbym wcale czegoś lepszego sobie wymarzyć.
— Bardzo ci dziękuję za piękne zdanie — ukłoniła się Asia przesadnie.
— Nie żartuj, wcale nie wiesz, jak bardzo lotnictwo mnie zajmuje i jak zawsze myślałem sobie o przyjaźni z kimś takim, z jakimś lotnikiem.
— Przecież ja nie jestem lotnikiem — roześmiała się Asia.
— Ale tak, jakbyś była. Powiedz, czy dobrze żyjesz ze swoim bratem. Bo wiesz, czasem rodzeństwo kłóci się ze sobą.
— Nie, my się nie kłócimy — powiedziała Asia.
— A może on nie chce zadawać się z tobą, boś jeszcze mała dziewczynka?
— Widzisz, on jest moim jakgdyby opiekunem, bo jest przecież bardzo dużo starszy odemnie, ale żyjemy w wielkiej przyjaźni.
— Asiu, powiedz, a ty się interesujesz lotnictwem?
— Naturalnie, ja też będę lotniczką.
— Doprawdy? — zapytał Tomek z wyraźnem powątpiewaniem w głosie.
— Zobaczysz, że będę. Niekoniecznie chcę zostać pilotką, ale będę inżynierem konstruktorką.
— Myślisz, że potrafisz?
— Nie wiem jeszcze, ale Janek mówi, że jak się nauczę, to potrafię.
— Janek to właśnie twój brat?
— Mógłbyś ją na chwilę zostawić w spokoju — powiedziała Zuzia, podchodząc bliżej. — Za chwilę skończy się duża pauza, a tyś nie pozwolił jej zamienić z nikim ani słowa. Czy naprawdę nazywasz się Asia?
Asia musiała przeto jeszcze raz powtórzyć historję swego imienia.
— A czy nie lubisz, gdy wołają na ciebie Agnieszka?
— Doprawdy, nie wiem; nikt jeszcze tak mnie nie nazywał. Ale jeżeli chcesz to możesz tak do mnie mówić.
— Nie wiem jeszcze, bo jednak Asia prędzej się wymawia. Powiedz mi proszę, czy dawno przyjechałaś?
— Dopiero dziś rano.
— I odrazu przyszłaś do szkoły.
— Wyspałam się świetnie w wagonie. A nie chciałam zostać sama w domu.
— Będziesz mieszkała u pana Jasińskiego?
— Tak, przez kilka miesięcy.
— A potem?
— Potem sprowadzą się tu moi rodzice. Będziemy mieszkać w tym małym, czerwonym domku.
— W domku rejenta?
— Tak, to był stryj mego tatusia i tatuś odziedziczył ten domek po nim.
— To dlaczego nie przyjechaliście już zeszłego roku?
— Zeszłego roku byli tylko moi rodzice na pogrzebie rejenta. Ale nie mogliśmy się przenieść, a teraz tatuś otrzymał tu posadę. Mamy się przenieść za kilka miesięcy zupełnie.
— To wam będzie smutno po Warszawie, w takiem małem miasteczku.
— Nie, — powiedziała stanowczo Asia — mamusia nie lubi dużego miasta, więc będzie jej tu przyjemniej.
— A dlaczego tyś już przyjechała?
— Bo wuj chciał mnie koniecznie zabrać, mówił, że będzie lepiej, gdy zacznę się uczyć odrazu od początku roku szkolnego.
— A tyś dawniej nie chodziła do szkoły?
— Nie, uczyłam się w domu.
— Ach, to ci się dopiero szkoła da we znaki — zauważył Antoś, znany ogólnie ze swej niechęci do lekcji.
— Nie wiem jeszcze.
— Więc przyjechałaś dzisiaj do pana Jasińskiego?
— Tak, wuj się skarżył na samotność.
— Jakie to dziwne — zawołał nagle Tomek. — Dotychczas, gdy myślałem o panu Jasińskim, to zawsze go nazywałem w myśli „pan od polskiego“, albo „nauczyciel“. Zawsze myślałem o dyktandach, wierszach, gramatyce. A tymczasem to taki sam człowiek jak wszyscy, ma rodzinę; siostrzenicę Asię, siostrzeńca lotnika, odczuwa samotność.
— Więc co? — zdziwiła się Zuzia, która nie rozumiała myśli Tomka — przecież wiemy, że nauczyciele miewają rodziny, pan Zaleski, naprzykład, ma sześcioro dzieci.
— Tak, to prawda, ale nie myślimy o nich nigdy w ten sposób. Zresztą nie wiem jak ci to wytłumaczyć.
— Pleciesz trzy po trzy — zdecydowała Zuzia.
Potem zwróciła się do Asi.
— Jeżeli chcesz, to możesz przyjść do mnie po obiedzie. Lekcji jest jeszcze mało, możemy się pobawić.
— Lalkami — dodał Antoś.
— A nawet, cóż w tem złego.
— Już dzwonią.
— Dobrze, zobaczę, może będę mogła przyjść — obiecała Asia, wracając do klasy.
— Wiesz, — powiedział Tomek, gdy usiedli w ławce. — Jeżeli chcesz, to możesz sobie wziąć ten ołówek z głową murzynka.
— Wziąć sobie na własność?
— No, tak.
— Nie, to niema sensu.
— Weź, Asiu, weź — namawiał gorąco Tomek.
— Dobrze, dziękuję ci — zgodziła się Asia.
— Będziesz miała pamiątkę pierwszego dnia w szkole tutaj, a przytem strasznie mi przyjemnie, że mogę ci dać ołówek w prezencie, tobie, siostrze słynnego Jana Mirskiego. Ach, Asiu, nie masz pojęcia jak ja się cieszę, że właśnie ty jesteś jego siostrą.
— Ja się też cieszę, że on jest moim bratem — odpowiedziała Asia poważnie.
— Czy pokażesz mi jego fotografję?
— Pokażę ci, jak tylko do mnie przyjedziesz.
— A jak myślisz, Asiu, czy mógłbym dostać od niego autograf. Zawsze o tem myślałem, aby mieć autograf Jana Mirskiego.
— Dobrze, jeżeli chcesz, to napiszę do niego — zaproponowała Asia dumna z możności ofiarowania swojej protekcji.
— Napisz koniecznie.

Tegoż dnia Asia napisała do Warszawy list:
„Kochany Jasiu! Przyjechałam szczęśliwie i dosyć mi się tu podoba. Siedzę na jednej ławce z bardzo miłym i zabawnym chłopcem Tomaszem. Ten Tomasz chce koniecznie zostać lotnikiem i prosi cię, abyś mu przysłał swój autograf…“


ROZDZIAŁ DRUGI

Tej nocy Asia długo nie mogła zasnąć. Znajdowała się sama, w przygotowanym dla niej pokoju, i ten pokój, który w dzień był miły i ładny, teraz wydawał się nagle obcym i jakgdyby wrogim. Wszystko przypomniało dziewczynce, że znajduje się daleko, poza domem. Wprawdzie pocieszała się myślą, że, jeżeli zechce, może przecież w każdej chwili powrócić, że niedługo rodzice przyjadą do niej, lecz, mimo to, zrobiło jej się jakoś smutno i tęskno.
Przyzwyczaję się łatwo — myślała dziewczynka — dzieci, które poznałam są przecież bardzo sympatyczne.
Rzeczywiście, koledzy i koleżanki, z którymi spędziła rano, wydali jej się mili i uczynni. Zwłaszcza spodobał jej się Tomek i była bardzo zadowolona, że właśnie z nim posadził ją wuj na jednej ławce.
Popołudnie również spędziła z Tomkiem. Zaledwie zdołała wypakować i uporządkować swoje rzeczy, już zjawił się Tomek. Nie przyszedł zwyczajnie przez drzwi frontowe, a tajemniczo zapukał do okna, o mało co, a byłby strącił doniczkę z kwiatami.
— Czy chcesz razem ze mną przygotować lekcje na jutro?
— Owszem, chcę — zgodziła się dziewczynka.
Tomek poszedł przeto do mieszkania. Wprawdzie miał wielką ochotę wejść również przez okno, ze względu jednak na obecność pana Jasińskiego w drugim pokoju, zdecydował się na normalne wejście drzwiami.
Przez godzinę siedzieli spokojnie przy stole, odrabiając lekcje. Tomek był bardzo zdolny, a Asia również uczyła się prędko.
— Najbardziej nie znoszę słówek niemieckich — przyznał się Tomek.
— Ja także. Ale Janek wciąż mi tłumaczy, że muszę dobrze znać języki obce.
— Janek?
— Tak, mój brat.
— Ten sam, lotnik?
— Naturalnie, nie mam przecież dwuch braci Janków.
— A masz jeszcze jednego brata?
— Mam, nazywa się Zygmunt i jest młodszy odemnie.
— To jest was troje?
— Tak, Janek jest moim bratem przyrodnim.
— Ach, tak? — zdziwił się Tomek.
— Tak, mamy jednego ojca. Ale mamusia kocha go jak własnego syna — pośpiesznie opowiadała Asia.
— Właśnie dziwiłem się, że między wami jest taka duża różnica wieku.
— Tak, Janek jest o wiele starszy odemnie. Ale wiesz, dokazuje niekiedy jak zupełnie mały chłopiec.
— Wiesz, nigdybym nie przypuszczał, że taki słynny lotnik może dokazywać.
— I jak jeszcze. W zeszłym tygodniu poszliśmy z Zygmusiem do Luna Parku. Nie masz pojęcia jak Janek świetnie się bawił i dokazywał. Aż mi się wydawało, że mu się tam bardziej podoba, niż Zygmusiowi.
— Chciałbym bardzo iść do Luna Parku — powiedział Tomek.
— Poczekaj, pojedziemy którego dnia do Warszawy, to pójdziemy razem. Chcesz?
— Naturalnie.
— Jak Janek jest w Warszawie to co tydzień chodzimy z nim razem gdzieindziej.
— To was jest troje? — powtórzył Tomek.
— Tak, troje; Zygmuś, Janek i ja.
— A ja jestem sam jeden — stwierdził z żałosną miną Tomek.
— Nie masz rodzeństwa?
— Nie, jestem sam jeden. Jestem jedynakiem. I dlatego muszę wciąż dokazywać, bo bym inaczej zanudził się na śmierć.
Asia uśmiechnęła się.
— Tak, nie śmiej się. Dlatego także tyle mówię, bo przecież nikt nie mówi ze mną razem, w domu są sami starsi, to co mam z nimi robić?
— Przecież przyjaźnisz się z Zuzią.
— Tak, przyjaźnię się z rozmaitymi kolegami i z niektóremi dziewczynkami, ale to nie to samo. Muszę specjalnie wyjść z domu, aby się spotkać, a ty masz wszystko pod ręką. Rozumiesz?
Asia rozumiała i kiwała potwierdzająco głową.
— Obiecałam Zuzi, że do niej przyjdę — przypomniała sobie.
— Dobrze, pójdę z tobą, ale będziemy tam krótko, to jeszcze zdążymy iść za miasteczko na spacer.
— A co jest za miasteczkiem?
— Przedewszystkiem rzeka. Niedaleko jest także las. Któregoś dnia, gdy nie będzie szkoły, zwiedzimy razem całą okolicę. Tu nawet jest bardzo ładnie wokoło.
— Dobrze, zwiedzimy — zgodziła się Asia.
— To chodźmy do Zuzi.
Zuzia czekała na Asię z podwieczorkiem. Pokazała jej natychmiast wszystkie swoje książki i zabawki. Wolałaby wprawdzie, aby Asia przyszła sama, zamierzała bowiem zaprzyjaźnić się na dobre z nową dziewczynką z Warszawy, skoro jednak Tomek przyszedł także, zgodziła się na tę zmianę.
— O, widzę, że Tomek cię nie odstępuje — zauważyła z przekąsem.
— Przygotowaliśmy razem lekcje.
— Umiecie już? Ja jeszcze nie umiem wszystkiego.
— To może ci przeszkadzamy?
— Nie, zdążę jeszcze. Tymczasem proszę was do stołu.
Przy stole panował nastrój dosyć poważny, spowodowany obecnością matki Zuzi. Asia odpowiadała na liczne pytania.
— Nie powiedziałaś najważniejszej rzeczy, — zwrócił jej uwagę Tomek, gdy mówiła o swoich rodzicach i rodzeństwie.
— O czem? — zdziwiła się matka Zuzi.
— O tem, że jej brat jest słynnym lotnikiem.
— Doprawdy?
— Jak się nazywa?
— Jan Mirski — powiedziała dziewczynka z dumą.
— O, znam to nazwisko - zapewniła matka Zuzi, Tomek był jednak zdania, że stanowczo interesuje się zbyt słabo, zarówno lotnictwem jak „asem“ tego lotnictwa, Janem Mirskim.
— Czy możemy już wstać? — zapytała Zuzia.
— Tak, idźcie trochę do ogrodu, tam zabawicie się najlepiej. Tylko proszę cię, mój Tomku, nie wyprawiaj tak, jak zeszłym razem.
Tomek, z miną obrażonej niewinności, spojrzał na matkę Zuzi, potem zapewnił poważnie:
— Nie, proszę pani, jestem dziś w bardzo uroczystym nastroju.
Dzieci poszły do ogrodu.
Wprawdzie Tomek zamierzał skrócić wizytę, aby zdążyć jeszcze na spacer, zagadali się jednak wszyscy troje o nauczycielach, o szkole, kolegach i koleżankach i, gdy wreszcie pożegnali się z Zuzią, było już zbyt późno.
— Trzeba iść do domu, — zdecydowała Asia — wuj prosił, abym w pierwszych dniach nie wychodziła na tak długo z domu.
— A ty zawsze słuchasz tego, co ci mówią? — zdziwił się niewinnie Tomek.
— Nie zawsze — przyznała Asia.
— Więc dobrze, pójdziesz zaraz do domu, tylko ci jeszcze pokażę aptekę.
Asia zdziwiła się.
— Dlaczego pokażesz mi aptekę? Czy się źle czujesz i chcesz kupić lekarstwa?
— Zobaczysz — mówił tajemniczo Tomek.
Apteka znajdowała się na rogu głównej ulicy. Szyld składał się ze złotych liter i błyszczał w świetle zachodzącego słońca. Do apteki prowadziły trzy schodki, na których wylegiwał się duży, czarny kot.
— O, jaki śliczny kotek! — zawołała Asia.
— Jeżeli zechcesz, to ci go podaruję — zapewnił Tomek, biorąc kota na rękę. Kot niezadowolony, że mu przerwano drzemkę, mruczał niechętnie, potem wyrwał się z rąk Tomka i uciekł.
— Nic nie szkodzi. Nie zawsze jest w takim złym humorze.
— Czy to twój kot, Tomku?
— Miałaś mówić do mnie „Tomaszu“ — zauważył z wyrzutem Tomek.
— Tak, to prawda. Więc to twój kot, Tomaszu?
— Naturalnie, że mój.
Tomek otworzył drzwi apteki. Aptekarz nosił biały kitel i przyrządzał lekarstwo dla jakiejś wiejskiej baby, która przez cały czas przyrządzania opowiadała mu historję swojej choroby.
— Wszystko będzie dobrze — zapewniał wesoło aptekarz, a Asia, usłyszawszy dźwięk jego głosu, spojrzała na niego uważnie. Głos bowiem aptekarza podobny był bardzo do głosu Tomka. Zresztą aptekarz cały był tak bardzo podobny do Tomka, że Asi wydało się, że to właśnie Tomek, tylko większy i tęższy stoi w aptece i przyrządza lekarstwo.
— Kto to jest, Tomaszu? — zapytała.
— Jakto, nie wiesz? To przecież mój ojciec, a to nasza apteka — wyjaśniał Tomek.
— Tak, nasza apteka, nie wiedziałaś, że mój ojciec jest aptekarzem, a ja jestem synem aptekarza?
— Nie wiedziałam.
— Wydawało mi się, że ci to już powiedziałem oddawna. Więc widzisz, to jest apteka, zaczynamy ją zwiedzać. Tu na półkach stoją słoiki z aspiryną. Rozumiesz Asiu?
— Tak.
— Widzisz, tu jest nawet napisane asphiryna. Są to proszki, które lekarz przepisuje chorym, gdy się zaziębiają.
— Rozumiem — stwierdziła z powagą Asia.
— Tu, w tych wielkich paczkach, znajduje się wata. Tu jodyna, a tu najrozmaitsze inne leki, których znaczenia nie będę ci objaśniał, bo przeznaczone są dla ludzi fachowych. Przedstawię cię tylko memu ojcu.
Wiejska kobieta opuściła właśnie aptekę i aptekarz zwrócił się w stronę syna.
— Hallo, Tomek.
— Tomasz — poprawił chłopiec.
— Jak się masz? Czy to jest ta nowa dziewczynka?
Asia ukłoniła się. Aptekarz ujął ją za rękę i przyglądał się długą chwilę.
— I posadzili cię na jednej ławce z moim chłopcem? To dopiero napatrzysz się figli.
Widać jednak było, że nie przejmuje się zbytnio psotami Tomka.
— Niech mnie tatuś nie oczernia — upominał Tomek.
— Lepiej, aby wiedziała zawczasu.
— To jest właśnie siostra lotnika — objaśnił Tomek.
— Tak, wiem, a czy twój brat tu przyjedzie?
— Napewno mnie odwiedzi, może nawet przyleci samolotem.
— O, to byłoby wspaniale. Pojechalibyśmy wtedy z nim razem.
— Pojechalibyśmy.
— I jakie szalone wrażenie? Tu jeszcze nigdy nie lądował żaden samolot. Proszę cię, Asiu, napisz, aby przyjechał jaknajprędzej.
— Napiszę — obiecała Asia.
— Widzę, że masz dziś wiele wrażeń — powiedział aptekarz, patrząc na ożywioną twarz syna.
— Tak, ale Asia także ma ich poddostatkiem, oprowadzam ją jak turystkę po mieście.
— Coście zwiedzili?
— Ogród Zuzi i aptekę. Zapoznałem ją ze zdobyczami świata lekarskiego z aspiryną i jodyną.
— Zapomniałeś, jak widzę, o oleju rycynowym, aplikowanym chłopcom, gdy się przejedzą łakociami.
— Nie miewam z tem do czynienia? — zapewnił Tomek zażenowany.
— Ja już muszę wracać, Tomku — powiedziała Asia, słysząc, że zegar wybija godzinę siódmą. Do apteki weszły znowu dwie kobiety i radziły się co mają czynić na przeziębienie.
— Bo widzisz, tatuś bardzo często musi sam radzić także. Nie każda baba chce iść do doktora.
— Twój tatuś jest strasznie podobny do ciebie i bardzo miły.
— Nic dziwnego, skoro taki do mnie podobny — śmiał się Tomek.
— A teraz pozwolisz, że cię pożegnam?
— Pozwolę — zgodziła się Asia.
— Zobaczymy się jutro w szkole.
— Chętnie.
Dziewczynka poszła do domu, a Tomek zawrócił do apteki.
Resztę dnia dziewczynka spędziła w towarzystwie pana Jasińskiego.
— Połóż się dziś wcześnie spać — radził pan Jasiński. — Napewno jesteś zmęczona jeszcze, po podróży.
Asia rzeczywiście czuła zmęczenie i położyła się zaraz po kolacji. Gdy jednak w pokoju zapanowała cisza i ciemność, zrobiło jej się jakoś nieswojo i zaczęła rozmyślać o domu.
— Co oni teraz robią? — zastanowiła się. — Zygmuś napewno już śpi. Mamusia pewnie myśli o mnie, ojciec czyta, a Janek, jeżeli jest w domu, to pewnie kreśli swoje plany. Muszę mu napisać, że tu wszyscy o nim wiedzą, a Tomek zupełnie jest zwarjowany na tym punkcie.
Asia uśmiechnęła się do siebie, myśląc o Tomku — Tomaszu.
Muszę jutro napisać obszernie do Janka — postanowiła i wydawało jej się, że widzi w ciemności, przed sobą uśmiechniętą twarz brata. Zawsze, gdy był w Warszawie wchodził wieczorem do pokoju śpiącej Asi. Obudzona jakimś nieostrożnym ruchem, Asia spostrzegała nachyloną nad sobą jasną głowę brata, który co wieczór przychodził jej mówić dobranoc.
Uśmiechnęła się do tego wspomnienia i przypomniała sobie owe czasy, gdy była zupełnie jeszcze małą dziewczynką, a Janek sadzał ją sobie na kolanach i opowiadał najrozmaitsze bajki. Wydawało jej się wtedy zawsze, że on sam jest bohaterem, który wszystko potrafi, wszystko zdobędzie i nikogo się nie obawia. Pisano przecież o nim w gazetach, mówiono o nim z zachwytem. Asia nie rozumiała jeszcze wtedy dokładnie poco i dlaczego Janek jest lotnikiem? Rozumiała tylko to jedno, że z pośród jej całego otoczenia on jeden może w każdej chwili wznieść się w górę, latać swobodnie, jak to czynią ptaki, a nie zwykli ludzie. Był więc inny niż wszyscy. Asia nie wiedziała dokładnie dokąd i poco leci Janek. Przez jakiś czas wydawało jej się, że Janek chyba leci tak wysoko do nieba. Wiedziała, że Janek jest jej przyrodnim bratem, że jego matka nie żyje i w swej dziecięcej fantazji, wyobrażała sobie, że może leci tak wytrwale do nieba, aby zobaczyć tam swoją matkę. Wyobrażała sobie świetnie Janka w tej niezwykłej drodze. Słońce swym blaskiem złociło mu podniebne szlaki, chmury ustępowały przed jego skinieniem. Wszystko to było niezwykłe i jakgdyby wyjęte z cudownej bajki, a Janek był, jakgdyby niezwyciężonym bohaterem, który wszystko potrafi, wszystko zdobyć może. Potem, gdy zrozumiała, gdy Janek sam tłumaczył jej niejednokrotnie znaczenie lotnictwa, wtedy bajka znikła, lecz pozostała jeszcze piękniejsza rzeczywistość. A Janek, tak samo, jak dawniej wciąż był tej rzeczywistości niezłomnym bohaterem. Był przecież rycerzem przestworzy. Zdobywał je, nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo, które czyhało ze wszystkich stron. Bez trwogi, bez wahania, tworzył dla ludzkości powietrzną drogę, wynajdywał nowe szlaki. Asia wiedziała już teraz, dokąd Janek leci, lecz nie wiedziała nigdy, czy stamtąd powróci? Nikt tego nie wiedział. A Janek uśmiechał się beztrosko, jakgdyby myśl o niebezpieczeństwie była dla niego czemś zupełnie niezrozumiałem.
— Zobaczysz, Asiu — powiedział kiedyś — muszę dokonać czegoś niezwykłego — jakgdyby to wszystko, czego już dokonał, nie wystarczało mu jeszcze.
— A co ty zrobisz? — zapytała Asia nieśmiało.
— Muszę przefrunąć ocean.
Asia uśmiechnęła się w pierwszej chwili. Rzeczywiście, jakby to było pięknie, gdyby Janek przefrunął ocean.
Lecz jednocześnie ogarnął ją lęk.
Przefrunąć ocean, zdradliwy, niezwyciężony ocean? Znaczyło to przecież narazić się na niemal pewną śmierć. Ileż to już razy czytała Asia w „Locie Polskim“ żałobne wzmianki, kończące się słowami:
— Zginął śmiercią lotnika.
Tak samo pisanoby wtedy o Janku.
I Asia przerażona zawołała.
— Ach, nie, Janku, nie rób tego.
Janek pogładził ją po ręku.
— Muszę, Asiu. Dlaczego nie chcesz? Czy nie byłoby ci przyjemnie żebym to ja właśnie był tym zwycięzcą?
— Tak, ale przecież możesz zginąć.
— O — powiedział Janek lekceważąco jakgdyby śmierć w takiej sprawie, nie grała najmniejszej roli.
A po chwili milczenia dodał uspakajająco;
— Napewno nie zginę, czuję, że nic mi się nie stanie. Dam sobie radę ze wszystkiem.
Patrząc na jego jasną twarz, stanowcze oczy, wesoły uśmiech młodzieńczych ust, Asia gotowa była mu uwierzyć. Był przecież niezwyciężonym bohaterem czarodziejskich bajek, był niepokonanym bohaterem wspaniałej rzeczywistości, cudownych marzeń. Może właśnie on potrafiłby tego dokonać. Właśnie on powróciłby radosny, zwyciężywszy wszystko.
Mimo to Asia czuła, wciąż jeszcze, dreszcz trwogi.
— Nie leć Janku, nie leć.
Janek uśmiechnął się. Musiał polecieć. Tak właśnie to odczuwał. Musiał znaleść się w walce z nieposkromionym żywiołem i musiał zwyciężyć.
Lecz nie chciał martwić swej małej siostrzyczki, więc usiłował ją uspokoić słowami.
— Przecież to jeszcze tak prędko nie nastąpi. Jeszcze długo potrwają przygotowania.
Lecz Asia patrzyła wciąż z niepokojem.
— Ale musisz mi obiecać — powiedziała wreszcie — że nie polecisz tak, abym o tem nie wiedziała.
— Naturalnie, że nie Asiu. Pożegnałbym się przecież z tobą.
Asia zrozumiała z tych słów, że Janek myśli:
— Czyż mógłbym nie pożegnać się z tobą, odlatując być może na zawsze?
I głos jej drżał gdy powiedziała:
— Ach Janku, nie rób tego lepiej.
— Czyżbyś była tchórzem moja droga siostrzyczko? — zapytał żartobliwie Janek.
Nie, Asia tchórzem nie była wcale. I Janek wiedział o tem dobrze, lecz teraz czuła, że Jankowi zagraża prawdziwe niebezpieczeństwo.
Powiedziała mu o tem.
— E, gdybym się nad tem zastanawiał, to nie mógłbym być przecież lotnikiem podczas wojny. Ileż razy wtedy naprawdę mogli mnie postrzelić.
— Przecież byłeś ranny — przypomniała Asia.
— Ale żyję, nic mi się nie stało.
— I wtedy musiałeś, to było co innego. Wtedy była wojna to był twój obowiązek — mówiła gorąco i bezładnie dziewczynka, a teraz....
Janek uśmiechnął się.
— Ja teraz też muszę Asiu, ale ty jesteś jeszcze małą dziewczynką i nie potrafisz tego zrozumieć.
— Nie jestem wcale małą dziewczynką — powtarzała Asia, teraz już bliska płaczu — nie chcesz ze mną poważnie pomówić, wykręcasz się tem, że jestem małą dziewczynką.
— Ależ Asiu, mówię z tobą, jak z dorosłą. Uważam, że jeżeli kto potrafi to powinien spróbować, przecież sama rozumiesz jakie to ma ogromne znaczenie.
— Ale, czy ty potrafisz? — zapytała dziewczynka, wstrzymując łzy.
— Wiesz przecież, że potrafię.
Tak to wiedziała Asia z całą pewnością. Wszyscy wiedzieli, że Jan Mirski należał do najlepszych lotników.
— Zresztą ta cała rozmowa jest przedwczesna — zakończył Janek wesoło — jeszcze dużo wody upłynie, zanim będę gotów do drogi.
— Ale powiesz mi, powiesz mi przedtem.
— Obiecuję ci to, zresztą wszyscy przecież będą wiedzieli, jeżeli polecę.
Wiele razy przypominała sobie Asia tę rozmowę. I teraz, nie mogąc zasnąć w ciszy obcego pokoju powtarzała sobie w myśli każde zdanie Janka.
— Tak, nic dziwnego, że wszyscy mówią o nim z takim zachwytem — pomyślała. Jaka szkoda, że go tu niema!

Zmęczenie zwyciężyło jednak smutek i tęsknotę i Asia zasnęła wreszcie, myśląc we śnie o jasnej twarzy brata.


ROZDZIAŁ TRZECI

Nazajutrz, w szkole zdziwiła Asię powaga Tomka. Powiedział zaledwie:
— Asiu, jak się masz, dzieńdobry — potem zamilkł na długą chwilę. Milczenie zaś było rzadkiem zjawiskiem u Tomka i Asia chociaż znała go jeszcze bardzo mało, zdążyła to jednak dostrzec. Zwykle Tomek kręcił się i mówił bezustanku. Tym razem jednak Tomek nietylko milczał, lecz milczał przez bardzo długą chwilę.
— Twój przyjazd mnie natchnął — powiedział wreszcie.
— Jakto? — zdziwiła się Asia.
Tomek jednak nie odpowiedział, pogrążył się znowu w kontemplacji. Ponieważ zaś po chwili rozległ się dzwonek więc rozmowa została w naturalny sposób utrudniona. Rozpoczęły się lekcje, podczas, których Tomek odznaczał się niezwykle spokojną miną. Nie rozmawiał tym razem wcale. Nie kreślił nawet w bruljonie, Mimo to Asia spostrzegła, że myśli jego nie są wcale zajęte odbywającą się lekcją, gdy bowiem nauczycielka niemieckiego, powiedziała:
— A teraz poczytamy głośno, otwórzcie książki.
Tomek siedział w dalszym ciągu zamyślony i nieruchomy. Dopiero pchnięcie go przez Asię, doprowadziło go do rzeczywistości.
— Wyjmij książkę, czytamy.
— Co? — zapytał trochę nieprzytomnie Tomek.
— Czytamy — powtórzyła szeptem Asia.
Wtedy dopiero Tomek zrozumiał o co chodzi. Najwidoczniej więc nie słyszał wcale słów nauczycielki.
— Uważaj, Tomaszu — powiedziała surowo Asia, możesz przecież w każdej chwili odpowiadać i nawet nie będziesz wiedział od jakiego miejsca czytać.
— Twój przyjazd mnie natchnął — powtórzył Tomek w odpowiedzi, poprzednie niezrozumiałe słowa.
— Co ty mówisz Tomku?
— Później ci powiem.
Asia czekała więc zniecierpliwiona.
To później przeciągnęło się jednak ponad miarę.
Na przerwie bowiem, między jedną lekcją a drugą Tomek wybiegł szybko z klasy, a gdy wrócił, było już po drugim dzwonku. Tak samo postąpił podczas dużej pauzy.
— Tomku, co się z tobą dzieje? — zapytała wreszcie zniecierpliwiona Asia.
Tomek miał minę niezwykle tajemniczą.
— Powiem ci wszystko dziś, po obiedzie.
Przez długie godziny skazana więc była Asia na mękę zaciekawienia.
— Natchnęłaś mnie — powiedział Tomek.
— Czyżby to znaczyło, że przyszedł mu jakiś pomysł do napisania wypracowania? — zastanawiała się Asia.
Wydawało jej się to jednak nieprawdopodobnem. Zuzia poinformowała ją, że Tomek bardzo dobrze pisze ćwiczenia, poza tem nie wywierał on wrażenia ucznia, aż tak obowiązkowego i przejętego zadaną lekcją, aby miał o tem myśleć przez kilka godzin zrzędu.
— Czy nie wiesz co się stało Tomkowi — zapytała podczas przerwy Zuzi.
— A co?
— Nie wiem, taki jest dziwny, nic nie mówi, zamyśla się.
— Tomek nie mówi, nie wyobrażam sobie tego — roześmiała się Zuzia.
— Naprawdę, milczy dziś od rana.
— Pewnie wymyślił coś niesłychanego. On ma zawsze szalone pomysły.
— Ale co wymyślił?
— Nie obawiaj się jeżeli to jakiś figiel to cała szkoła będzie o nim wiedzieć i mówić.
Na następnej lekcji Asia odpowiadała, nie miała więc czasu na obserwowanie Tomka, zajęta swoją odpowiedzią i stopniem jaki otrzymała.
— Czwórka — skonstatował Tomek — ty jesteś dobrze przygotowana Asiu.
— Nigdy nie byłam w szkole, to takie zabawne odpowiadać na stopnie.
— Zabawne? Nie uważam.
Jak się okazało Tomek miał słuszne powody aby uważać system stopni za mało zabawny. Po chwili bowiem odpowiadał z przyrody i wrócił na miejsce z stopniem niedostatecznym.
— Nie umiałeś — zdziwiła się Asia — dlaczego?
— Ach, zapomniałem zupełnie o tej przyrodzie — krzywił się Tomek.
— A mówiłeś wczoraj, że powtórzysz zaraz po przyjściu do domu.
— Tak, ale byłem zajęty moim planem i zupełnie o niej zapomniałem. A ty uważasz, że odpowiadanie na stopnie jest czemś zabawnem.
— A jaki jest twój plan? — zapytała Asia trochę z ciekawości, a trochę aby odwlec myśli Tomka od nieszczęsnej dwójki.
— Opowiem ci wszystko, niech się tylko lekcje skończą.
Lecz po lekcjach Tomek nie mógł urzeczywistnić swego zamiaru, gdyż po Asię wstąpił do klasy pan Jasiński.
— Już idę do domu — powiedział — możemy iść razem.
Tomek zrobił zawiedzioną minę. Towarzyszył wprawdzie Asi i jej wujowi, uważał jednak że jego obecność nie sprzyja wcale wylewom szczerości.
Dlatego też dopiero po południu, gdy Asia skończywszy lekcje, wyszła do ogródka, otaczającego domek, w którym mieszkał pan Jasiński, usłyszała głos Tomka:
— Asiu! Asiu!
— Jestem, tu w ogródku.
— Czy jesteś sama?
— Tak chodź tutaj.
Po chwili zjawił się Tomek.
— Chcesz gruszkę? — zapytała Asia.
— Chcę, — przyjął chętnie poczęstunek Tomek.
Przez chwilę jedli w milczeniu. Potem Tomek odezwał się uroczystym głosem:
— Więc słuchaj Asiu.
— Słucham cię Tomaszu — odpowiedziała również uroczyście Asia, tak uroczyście nawet, że Tomek spojrzał na nią nieco podejrzliwie.
Lecz Asia nie śmiała się wcale. Patrzyła poważnie i z zaciekawieniem.
— Opowiadałaś wczoraj tyle o swoim bracie lotniku, że na nowo zaczęłem marzyć o lotnictwie.
— Jakto na nowo? — nie zrozumiała Asia.
— No tak, marzę o tem, ale przecież nie zawsze, niekiedy jestem tak zajęty rozmaitemi bieżącemi sprawami, że nie mam czasu na myśli o przyszłości — westchnął Tomek, tak poważnie, jakby na jego barkach spoczywały losy świata.
— Acha.
— Tak, ale od wczoraj znowu nie myślę o niczem innem.
— Dlatego nie nauczyłeś się przyrody?
— O Asiu, mówisz teraz tak jak moja ciotka.
— Nie, ja tylko tak sobie przypomniałam.
— Więc właśnie dlatego zapomniałem o przyrodzie. Bo gdy wróciłem do domu odszukałem książkę o lotnictwie.
— Jaką książkę?
— Bardzo ładną, mogę ci ją pożyczyć jeżeli chcesz.
— Dobrze, jeżeli jej nie znam.
— Wszystko jedno, możesz ją przeczytać po raz drugi. Wiesz tam są najrozmaitsze nowelki lotnicze i feljetony. Bo to taki zbiór.
Asia skinęła głową na znak, że rozumie.

Zofia Dromlewiczowa - Siostra lotnika after page 48.png

— Ale, nie o to wcale chodzi. Przeczytałem tam historję o pierwszym człowieku, który próbował fruwać. Zdaje mi się, że to było bardzo dawno, może nawet w średniowieczu.
— Pewnie go chcieli spalić na stosie.
— Możliwe, ale jego dalsze losy nie obchodziły mnie tak bardzo. Zainteresowało mnie co innego.
— A co?
— To, że on poprostu przypiął sobie takie skrzydła i udało mu się wznieść w górę.
— Ale potem chyba upadł?
— Tak, po jakimś czasie upadł, ale jednak pofrunął, więc widocznie było to możliwe.
– Przecież dzisiaj każdy samolot unosi się w górę.
– Tak, ale to nie jest to samo. Pomyślał, jakby to było przyjemnie żeby wystarczyło wyjąć skrzydła z kieszeni.
– Takie małe....
– No, przesadziłem trochę, w kieszeni się nie zmieszczą. Ale zawsze wydostać poprostu bez wielkiego kłopotu skrzydła, przypiąć je do ramion i już człowiek może sobie pofrunąć kiedy chce.
– Np. podczas lekcji przyrody.
– Chociażby.
– Ale widocznie jest to niemożliwe – stwierdziła Asia.
– Dlaczego?
– Bo już dawno wynaleziono by coś takiego.
– O, tak mówić nie można. Gdyby każdy tak rozumował, to żaden wynalazek nie doszedłby do skutku, każdy by sobie wyobrażał, że to jest niemożliwe bo nikt inny nie wpadł przed nim na pomysł. A bardzo często wystarcza jakaś zupełnie prosta myśl i wykonało się coś niezwykłego, co nikomu nie przyszło do głowy.
– To prawda – zgodziła się Asia – ale nie w tym wypadku.
— Ciekawym dlaczego?
— Bo o ile wiem robiono najrozmaitsze eksperymenty w tej dziedzinie. Jeżeli więc ich rezultatem jest samolot a nie skrzydła, to widocznie skrzydła się nie nadawały.
— Jak ty mądrze mówisz, Asiu — zauważył z pewnym lekkim przekąsem Tomek — zupełnie jak z nut. „Rezultatem“, „eksperymenty“, zupełnie jak pan Jasiński na lekcji.
— To widocznie rodzinne — roześmiała się Asia, — zapomniałeś, że to mój wuj.
— Tak, to prawda, ale on jest o wiele starszy od ciebie.
— Ja dużo czytam, więc może dlatego tak mówię — powiedziała skromnie Asia, czuła jednak zadowolenie z pochwały Tomka, pomimo, że była ona zaprawiona pewną ironią.
— Ja też dużo czytam.
— Ale ty nie uważasz.
— Owszem, tylko takie uroczyste zwroty używam wyłącznie do wypracowań, a na codzień mówię zwyczajnie.
— Czy uważasz, że nie mówię zwyczajnie?
— Mówisz trochę sztucznie.
Asia skrzywiła się.
— A może chcesz się poprostu pokłócić Tomaszu trochę, to powiedz odrazu.
Tomek roześmiał się.
— Nie, już mi przeszło.
— Więc mów dalej swoim zwyczajnym, swobodnym językiem.
— Mówię poprostu, że dziedzina skrzydeł nie została według mnie dostatecznie wyzyskana.
— To znaczy?
— To znaczy, mówiąc twoim literackim językiem, że zostały pewne możliwości, któremi postanowiłem się zająć.
— Ty?
— Tak, właśnie ja.
— I jak to uczynisz?
— Nie tracąc drogocennego czasu (widzisz Asiu ja też umiem mówić wyszukanym stylem) zabieram się dzisiaj do roboty.
— Która będzie polegać?
— Na sporządzeniu sobie pary pięknych skrzydeł.
— I zamierzasz przy ich pomocy latać?
— W każdym razie spróbuję.
— To szaleństwo Tomku.
— Miałaś mówić Tomaszu.
— To szaleństwo Tomaszu.
— Tak zawsze się mówi gdy ktoś chce dokonać, czegoś niezwykłego.
— Ale Tomku, przecież sam mówiłeś, że ten człowiek wzniósł się tylko na chwilę w górę a potem upadł.
— Widocznie miał źle skonstruowane skrzydła.
— Skąd wiesz o tem?
— Logika nakazuje mi tak myśleć.
— A skąd wiesz, że potrafisz wymyśleć coś lepszego.
— Czuję to.
— Czy chcesz się zabić?
— Nie, chcę tylko urzeczywistnić moje marzenia.
— Twoje marzenie jest, aby zostać lotnikiem.
— Nie, to znaczy chcę fruwać w powietrzu ale przecież niekoniecznie muszę to czynić przy pomocy aeroplanu. Mogę sam wymyśleć coś lepszego. Chcę być lotnikiem, ale także wynalazcą.
— Najprostsze byłoby uczyć się porządnie, a potem dostać się do szkoły lotniczej.
— Och Asiu, nie przypuszczałem nigdy, że jesteś aż tak trzeźwa i prozaiczna.
— Bo wynajdywanie skrzydeł to doprawdy dziecinada w naszych czasach.
— Jestem zupełnie innego zdania — odpowiedział Tomek nadąsany.
Przez chwilę trwało milczenie, potem Tomek odezwał się z żalem:
— Myślałem, że się przejmiesz moim projektem, że mi pomożesz.
— Ja ci chętnie pomogę, ale czyż sam nie rozumiesz, że tego nie można urzeczywistnić.
— Uważam, że zawsze należy spróbować.
— Tak, a jeżeli zabijesz się przy tem?
— Nie będę przecież skakał z kościelnej wieży. Skoczę tak, że nie stanie mi się nic złego. Zresztą chcę jednocześnie skonstruować coś w rodzaju spadochronu. Rozumiesz spadochron mojej konstrukcji.
— Rozumiem, ale czy potrafisz?
— W każdym razie należy spróbować.
— Wiesz co, Tomku, może napisać do Janka?
— A poco?
— Napiszę mu, że masz takie plany, niech nam doradzi czy to ma sens.
— Nie nie pisz.
— Dlaczego.
— Bo jeszcze ci odpisze, że to niema sensu.
— No to poco masz wtedy tym się zajmować.
— Bo już mam ochotę i wierzę że mi się uda. A tak, to mi zepsuje całą zabawę.
— Jabym mu jednak chciała napisać.
— Nie, nie wolno ci.
— Nie wolno mi! Ciekawam dlaczego nie wolno mi pisać do własnego brata?
— Bo ja ci powierzyłem tajemnicę.
— Nic o tem nie mówiłeś, że to tajemnica.
— Teraz ci to mówię.
— Teraz jest zapóźno.
— Pamiętaj Asiu, że ja wierzyłem w twoją dyskrecję i jeżeli mnie zawiedziesz to już ci nigdy nie zaufam.
— Dobrze, nie napiszę.
— To świetnie, A pomożesz mi?
— Nie wiem doprawdy.
— Proszę cię Asiu! Ja coprawda sam potrafię ale weselej jest, gdy się coś robi we dwójkę.
— Jeżeli ci zależy na tem to ci pomogę.
— Dobrze więc, zabierzemy się zaraz do pracy.
— A masz już materjał?
— Niezupełnie.
— A co masz?
— Mam bambus, bo kiedyś dostałem na budowę samolotu.
— A co z nim zrobiłeś.
— Nic.
— Nie zrobiłeś samolotu?
— Nie udał mi się. Byłem wtedy za mały.
— Lepiej może zrobilibyśmy razem porządny samolot na konkurs, modeli.
— Owszem, to także zrobimy, ale na to mamy za mało materjału, bo ja wtedy sporo go poniszczyłem.
— Trzeba napisać do Warszawy.
— Tak, o to możemy napisać.
— Więc bambus masz?
— Mam.
— A z czego będą te skrzydła?
— Właśnie myślałem nad tem.
— Spróbuj zrobić papierowe.
— Nie to niepraktyczne.
— To może z cienkiego jedwabiu.
— Owszem.
— A masz jedwab?
— Poproszę ciocię i matkę, to mi coś wyszukają.
— Czekaj, ja mam starą, fularową sukienkę, która się podarła, mogę ci ją dać.
— To świetnie.
— Poczekaj zaraz ją przyniosę.
Asia, udała się do mieszkania, a Tomek pozostał w ogrodzie, rozmyślając nad konstrukcją skrzydeł.
— Masz ją — zawołała po chwili Asia wracając trzymając w ręku czerwoną sukienkę.
— O, jaka czerwona!
— Cóż ci to szkodzi? To nawet będzie ładnie wyglądać, takie czerwone skrzydła.
— A więc zabieramy się do roboty.
— Przecież nie wiem wcale co mam robić.
— Tymczasem spruj materjał.
— Dobrze.
— A ja sobie narysuję model.
— Będę się wzorował na skrzydłach samolotów.
— A czem zastąpisz motor?
Tomek zamyślił się.
— Przecież szybowce nie mają motoru.
— Mówię ci Tomku, zróbmy lepiej model samolotu.
Nie, ja chcę być człowiekiem ptakiem. Zresztą jeżeli mi się nawet nie uda, to powinienem doznać tych wszystkich emocji, jakich doznawali pierwsi pionierzy lotnictwa. Ale nie mów nic, bo idzie Zuzia.
Zuzia rzeczywiście weszła do ogrodu.
— Przyszłam cię odwiedzić Asiu.
— To świetnie. Miałaś doskonałą myśl.
Zuzia jednak spostrzegła odrazu, że jej przyjście nie było tak bardzo radosne dla Asi i Tomka. Zwłaszcza dla Tomka, który pośpiesznie zamknął, trzymany w ręku bruljon.
— A co wy tu robicie? — zapytała Zuzia.
— Nic.
— Jakto nic. Tomek coś rysował.
— Tak, takie sobie bazgroty.
— A co to za sukienka?
— Reperuję ją.
— Przecież ją prujesz, a nie reperujesz.
— Tak, bo już na nic.
— Zdaje mi się, że jestem zbyteczna — powiedziała Zuzia z miną pełną godności.
— Ależ nic podobnego — zapewniła ją Asia.
— Widzę przecież, że coś ukrywacie przedemną.
— Więc tak, Tomek ma jakąś tajemnicę.
— A widzisz.
— To bardzo ładnie Tomku, przez tyle miesięcy siedziałeś ze mną na jednej ławce i mówiłeś mi wszystko. A teraz zaledwie Asia przyjechała, jeszcze się nawet ze sobą dobrze nie znacie i już jej mówisz wszystko.
— Bo widzisz ona jest siostrą lotnika, więc się zna na tych rzeczach.
— Czy to coś z lotnictwa, — zapytała Zuzia zaciekawiona. Błagam cię Tomku, powiedz mi, ja cię przed nikim nie zdradzę.
Nie było więc innej rady. Zuzię dopuszczono do tajemnicy i po chwili pruła razem z Asią czerwoną sukienkę.
Zresztą, Tomek był bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy, gdyż Zuzia nie była wprawdzie „fachową“, natomiast a może właśnie dlatego włożyła w tę sprawę o wiele więcej entuzjazmu niż Asia.
— To byłoby świetnie, gdybyśmy wszyscy mogli do szkoły przylatywać na skrzydłach twojego wynalazku.

Następnego dnia zaś cała klasa wiedziała już o tem, że Tomek uczynił wiekopomne odkrycie, i że lada dzień urządzi lot naokoło szkoły.


ROZDZIAŁ CZWARTY

Najbliższej niedzieli wszystkie dzieci w miasteczku z dziwną jednomyślnością przynaglały do podania obiadu. Spożywszy zaś ten obiad, który mniej więcej odbywał się u wszystkich, o jednej porze, przygotowywały się wyraźnie do szybkiego wyjścia.
— Dokąd idziesz? — pytała tego dnia niejedna matka.
Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak samo wszędzie:
— Umówiłam się, lub umówiłem się z kolegami i koleżankami na drodze do rzeczki.
Żadne jednak z zapytywanych dzieci nie powiedziało rzeczy właściwe, dla nich najważniejszych:
— Idziemy na „lot Tomka“.
Lot Tomka był bowiem obwieszczony już od trzech dni. Nietylko klasa trzecia brała w tym locie gorący udział, lecz nawet uczniowie klas wyższych interesowali się niezmiernie niezwykłem przedsięwzięciem, pomimo, że pokrywali to zaciekawienie drwinami i pytaniami, pozbawionemi zdrowego sensu.
Tak czy owak Tomek wyznaczył niedzielę na dzień swego tryumfu lub porażki, miejscem zaś zbornem został mianowany domek rejenta. Wybrano ten domek z dwuch powodów. Przedewszystkiem znajdował się na krańcach miasteczka, zbiorowisko więc dzieci w tem miejscu nie zwracało tak bardzo uwagi, po za tem, jako domek rodziców Asi, stanowił poniekąd jej własność. Domek zaczęto właśnie odnawiać i Asia miała klucz od drzwi wejściowych, które zresztą można było śmiało zostawiać otwarte nic się bowiem jeszcze w mieszkaniu nie znajdowało.
Dzieci zebrały się dosyć punktualnie. Na werandzie domku znajdowała się już Asia, czyniąc honory domu. Tomek zajęty był, wewnątrz domu, wkładaniem na siebie dosyć skomplikowanej maszynerji jaką okazały się jego skrzydła i własnej konstrukcji spadochron.
— Kiedy rozpocznie się to pouczające widowisko? — zapytał któryś ze starszych uczni.
— Za chwilę — odpowiedziała uprzejmie Asia — czując w duszy olbrzymią tremę. Uważała się bowiem poniekąd, za sprawczynię tego wszystkiego, argumenty zaś Tomka oraz jego próby nie utrwaliły w niej wcale wiary w powodzenie przedsięwzięcia. Natomiast Tomek nie doznawał żadnych obaw.
Gdy już przed domem zebrała się dostateczna ilość widzów, Tomek zaś uporał się wreszcie z przygotowaniami rozległo się trąbienie.
Trąbiła Zuzia.
Wszyscy podnieśli głowy ku górze i ujrzeli Zuzię umieszczoną wygodnie na dachu.
— Za chwilę — wołała Zuzia przestawszy trąbić — za chwilę rozpocznie swój próbny lot nieustraszony lotnik i wynalazca. Prosimy o ciszę i skupienie, gdyż eksperyment należy do rzędu niebezpiecznych prób i może spowodować śmierć a conajmniej skaleczenie.
Po tem wezwaniu zapanowała cisza. Potem na dach wydostała się jeszcze jedna, nieco dziwaczna postać. Był to Tomek ubrany w gimnastyczne ubranie. Od ramion powiewały wielkie, czerwone skrzydła, wykrojone z sukienki Asi, ujęte w obramowanie bambusowe i związane na piersiach i plecach chłopca bardzo skomplikowanym systemem sznurków i drutów. W ręku trzymał Tomek coś w rodzaju parasolki. Był to również jedwab, tym razem czarny (ze starej chustki matki Tomka) osadzony na cienko wystruganej lasce i połączony z tą laską również wieloma drutami i sznurkami.
Tomek przeszedł się z tryumfującą miną po dachu, na dole zaś klaskano i śmiano się jednocześnie. Asia miała wielką ochotę aby zawołać:
— Tomku nie błaznuj.
Wstrzymała się jednak przypomniawszy sobie, że ona również brała czynny udział w tych przygotowaniach i że to jej sukienka właśnie zamieniła się na tę parę niezmiernie czerwonych wielkich skrzydeł.
— Czy będziesz skakał z tego dachu? — zawołał jeden z kolegów Tomka.
— Mogę z dachu — odpowiedział ochoczo Tomek.
— Z dachu to nie sztuka — zaoponowano.
— Za nisko!
— Dajcie spokój, za wysoko właśnie!
— Jeszcze chłopak się zabije.
— Przecież on nie będzie skakał tylko właśnie wniesie się w górę.
— A jak mu się nie uda?
— Próbował chyba.
— Głupi, wierzysz w to?
— Pewnie tkwi w tem jakaś sztuczka.
— Tomek przyznaj się, co zamierzasz?
— Jakto, nie rozumiem — obraził się Tomek.
— Będziesz latał?
— Mam zamiar.
— Wypróbowałeś aparat.
— Właśnie teraz wypróbuję.
— Jakto, nie próbowałeś przedtem?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo bardzo często coś udaje się raz a potem już się nie chce udać. Więc w razie gdyby się teraz udało, to chcę mieć świadków, że osiągnąłem co chciałem.
— A jak ci się nie uda?
— To co?
— To się skompromitujesz.
Tomek zrobił lekceważącą minę.
— Nie widzę w tem żadnej kompromitacji.
— A jak zlecisz?
— Skoro narażam moje życie.
— Och, zaraz życie. Z małego dachu zlecisz to jeszcze ci się nic nie stanie.
— Mogę sfrunąć z najwyższego drzewa.
— Nie namawiajcie go do szaleństw.
— Nie, oni mają słuszność. Ten dach jest do niczego. A zresztą gdybym się tu zabił, to byłoby ci może przykro tu mieszkać Asiu.
— Co ty wygadujesz?
— Tak, chodźcie trochę dalej, pójdziemy na polankę i tam spróbujemy.
— Dobrze.
Gromada dzieci podążyła naprzód. Z tyłu szła tryumfalnie Zuzia, trąbiąc od czasu do czasu i Tomek, któremu chłopcy wstępnej klasy pomagali z szacunkiem dźwigać skrzydła.
— Tu.
Stanęli wszyscy na polance i Tomek wskazał wysokie drzewo.
— Dobre to drzewo?
Po chwili Tomek, który był mistrzem w chodzeniu na drzewach, rozpoczął wspinanie się do góry wspomagany dobremi radami kolegów.
— Uważaj.
— Ostrożnie.
— Rozerwiesz te djabelskie skrzydła!.
— Widzisz Asiu, powiedział „djabelskie“, zupełnie jak w średniowieczu.
— Uważaj bo cię jeszcze spalimy na stosie.
— Jeżeli nie my, to rada pedagogiczna.
— I nie za latanie, a za nieprzygotowywanie lekcji.
— Nie przypominajcie mi teraz szkoły.
— Tak ci tam niedobrze?
— Nie powiem, aby było źle, ale teraz, w takiej wzniosłej chwili, gdy mam wznieść ku górze.
— Pokaż sztukę i przefruń nad szkołą.
— Postaram się.
Tomek wspinał się coraz wyżej.
Wreszcie jeden ze starszych chłopców zawołał:
— Dosyć. Jak masz spaść to przynajmniej nie z samego wierzchołka.
Słowa te jednak podraźniły ambicję Tomka, i wszedł jeszcze trochę wyżej.
— No, teraz uwaga — zawołał.
Wyprostował się, wyciągnął przed siebie ręce i rzucił się naprzód, ruchem takim samym, jakim rzuca się pływak z trampoliny do wody.
W chwilę później leżał w miejscu, nie bardzo oddalonem od drzewa, otoczony całą swoją publicznością.
— A jednak jego spadochron się otworzył — twierdziła uparcie Zuzia.
— To prawda.
— Skrzydła też zrobiły kilka obrotów.
— O co to, to nie, przeciwnie zaraz oklapły.
— Nie widziałeś.
Tak czy owak, właściciel czerwonych skrzydeł leżał na środku polanki i rozcierał ręką mocno stłuczony bok.
— Zrobiłeś sobie coś złego? — pytała przestraszonym głosem Asia.
— Nie chyba nie, — wymamrotał Tomek niechętnie.
— Widzisz, należało odbyć próbę — twierdził Wacek uczeń klasy czwartej.
— To właśnie była próba. Jeżeli chcecie mogę zaraz spróbować po raz drugi.
— Ani się waż.
— Zaraz się odważę. Już wiem o co chodzi. Szarpnąłem za silnie i właściwie skrzydła wcale nie działały, tylko spadochron. Rozumiesz?
— Rozumiem, że wystarcza raz popełnić głupstwo.
— Och, Asiu, jak jak nie lubię, gdy ty jesteś taka dorosła. Mówiłem ci, że przypominasz mi wtedy moją ciotkę.
— To skacz sobie.
— Zaraz.
Tomek zamierzał się podnieść. Okazało się jednak, że jest to zupełnie niemożliwe. Skrzywił się z bólu.
— Co się stało?
— Zdaje mi się, że coś sobie zrobiłem w nogę, o nie mogę nią zupełnie ruszyć.
— Słuchajcie, on mdleje, zobaczcie, jaki się zrobił blady — krzyknęła Zuzia.
— Przynieście trochę wody.
Lecz wody nie było nigdzie w pobliżu.
— Ja mam ze sobą flaszkę herbaty — zaofiarował się jeden z uczni.
— Dobrze, daj herbatę.
Polewano przeto bohaterowi nieudanego lotu twarz zimną herbatą, co miało ten skutek, że Tomek po chwili otworzył oczy.
— Co się stało? Zemdlałem? Doprawdy? Zdaje mi się, że złamałem nogę.
— Masz się z czego cieszyć.
Zebrana gromadka straciła mocno humor. Zwłaszcza starsze dzieci czuły, że nie powinny były dopuścić do skakania.
— Musimy go wziąć na ręce i zanieść do domu.
Z wielkim trudem wpakowano Tomka na ręce silniejszych kolegów i orszak ruszył, w dużo gorszym humorze, niż przybył. Jeden tylko Tomek nie martwił się jakoś. Fakt złamania jak sądził nogi pozwalał zapomnieć o niepowodzeniu jakiego doznał podczas latania.
— Ale jesteś ciężki Tomku!
— Zanieście mnie tylko do rogu głównej ulicy. Potem sprobuję iść sam, bo mama się przelęknie.
Pójście samemu okazało się jednak zupełnie niemożliwe. Wobec tego zaniesiono Tomka nie do domu, a do apteki, uprzedzając przedtem możliwie jaknajostrożniej jego ojca. Po chwili chłopiec znajdował się już u siebie w łóżku, a wezwany lekarz nastawiał mu nogę, która okazała się nie złamaną, a zwichniętą.
Tegoż dnia, Asia po długim namyśle, zabrała się do pisania listu:
— Kochany Janku!
— Spędzam tu czas jak ci już pisałam bardzo przyjemnie. Jest mi tylko tęskno za Wami. Wuj opiekuje się mną bardzo troskliwie, a po za tem poznałam wiele dzieci i z niektóremi się przyjaźnię.
Ten Tomek o którym ci już pisałam i któremu przysłałeś swój podpis, zwichnął dzisiaj nogę. Piszę Ci o tem bo stało się to podczas „lotu“. Widzisz Tomek wpadł na pomysł aby skonstruować skrzydła własnego wynalazku i chciał przy ich pomocy pofrunąć. Nie wiem czy wierzył w to, że mu się uda, czy też to robił dla samej zabawy. Niekiedy wydawało mi się, że robi to tylko tak sobie dla spędzenia czasu, i dla zaimponowania drugim, a niekiedy wydawało mi się, że on naprawdę myśli, że uda mu się przelecieć chociaż kawałek. Dzisiaj poobiedzie bo dziś niedziela urządził ten próbny lot. Początkowo miał sfrunąć z dachu naszego domku, wiesz tego domku w którym będziemy tu mieszkali, lecz potem namówili go, aby skakał z większej wysokości z drzewa. Tomek jest bardzo ambitny i uparty, zgodził się więc, wlazł wysoko na drzewo i upadł naturalnie. Ma zwichniętą nogę i leży w łóżku. Jak tylko skończę ten list, to zaraz do niego pójdę bo ze wszystkich znajomych właśnie z nim, przyjaźnię się najwięcej.
Ten Tomek jest bardzo zdolny i chciałby coś robić w dziedzinie lotnictwa, może byś ty, Janku, poradził czem się ma zająć, bo tak to wymyśla tylko rozmaite figle i marnuje czas. On ciebie strasznie szanuje i podziwia i napewno by cię posłuchał, gdybyś coś poradził. Bo ze mnie się tylko śmieje gdy mu coś radzę i mówi że jestem tak rozsądna jak jego jedna ciotka. Rozumiesz więc, że ciotki nie będzie słuchał. Proszę cię mój Janku napisz mi, co Ty o tem myślisz. A może miało właśnie sens, że próbował fruwać przy pomocy skrzydeł. Tomek mówi, że czasem najprostsze rzeczy mogą stworzyć coś zupełnie nowego i właściwie ma rację. Więc sama nie wiem jak należy mu poradzić. Tymczasem leży ze zwichniętą nogą. Do domu pisałam wczoraj. Napisz mi obszernie. Całuję cię mocno i pozdrów wszystkich w domu. Twoja

Asia

Napisawszy list, Asia zaadresowała go wyraźnie i wrzuciła do skrzynki.
W kilka dni później nadeszła odpowiedź:
— Moja droga, rozsądna Asiu! Nie wypisuję Ci tu żadnych rad dla Twego nieznośnego Tomka, gdyż jestem w tej chwili bardzo poważnie zajęty. Na pociechę powiem Ci tylko, że zobaczymy się wcześniej, niż przypuszczasz. Zamierzam bowiem odwiedzić Cię w niedalekiej przyszłości. A wtedy poznam osobiście nowego wynalazcę i na miejscu zobaczę coby mu się mogło przydać prócz porcji batów, która mu się rzetelnie po ostatniej zabawie należała.

Całuję Cię mocno.
Twój Janek.

Asia zabrała list ze sobą, idąc odwiedzić chorego Tomka. Tomek leżał jeszcze w łóżku, gdyż oprócz zwichniętej nogi, miał jeszcze porządnie skaleczone plecy i cały był obolały. Na ścianie, nad łóżkiem — wisiały nieszczęsne, czerwone skrzydła.
— Wiesz, dostałam dziś list od Janka.
— O!
— Pisze o tobie!
— O mnie? Nie wierzę ci.
— Naprawdę.
— Przecież on mnie nie zna.
— Już ja cię przedstawiłam.
— Wyobrażam sobie — stęknął Tomek.
— Napisałam mu wszystko.
— I o tej ostatniej historji?
— Też. Zwłaszcza nawet.
— To bardzo nieładnie z twojej strony.
— A, więc sam przyznajesz teraz, że to była głupia dziecinada.
— Możesz to nazywać jak chcesz, powiedz mi lepiej co twój brat pisze.
— Nigdy nie zgadniesz. Pisze, że przyjedzie tu niedługo.
— O jakże się cieszę!
I Tomek zapominając o swej chorej nodze fiknął kozła pod kołdrą.
— Pokaż mi ten list Asiu, błagam cię.
— Masz!
Tomek pochłonął treść listu w mgnieniu oka.
— O; — powiedział tylko, oddając list Asi.
— Przeczytałeś?
— Tak. Wiedziałem, że mnie oczernisz.
— Nie tak bardzo.
— Wiesz Asiu, mam nowy pomysł.
— Znowu — jęknęła Asia.
— Tak. Jak się zapatrujesz na utworzenie kółka lotniczego? Moglibyśmy się kształcić w tym kierunku. Utworzyć jaką porządną bibliotekę. Właściwie to ludzie bardzo mało o tem wiedzą. Nawet dorośli. A raczej młodzież wie o tem coś nie coś, a dorośli nie zawsze. Moglibyśmy wygłaszać referaty, pisać nowele.
— Dobrze, zgadzam się.
— Asiu czy ty chcesz zostać lotniczką-konstruktorką?
— Tak.
— I zostaniesz napewno, bo ty jesteś bardzo stanowcza…
— Wiem, jak twoja stara ciotka.
— Nie, ty jesteś tylko rozsądna, jak ciotka a stanowcza jesteś jak…
— No jak?
— Jak bohaterki powieści, które gdy sobie coś postanowią to zaraz wykonają.
— To widocznie jest u nas rodzinne. Bo Janek jest też bardzo stanowczy.
— Tak to zaraz widać, nawet z jego charakteru pisma. Pokaż ten list jeszcze raz.
Asia podała list.
— A więc Asiu czy chcesz razem ze mną utworzyć takie kółko lotnicze.
— Chcę.
— Kiedy je założymy?
— Tymczasem jeszcze leżysz.
— Ale wstanę pojutrze.
— Wiesz, poczekamy aż Janek przyjedzie. On nam to wszystko zorganizuje.
— Brawo. Czekamy.
— Wiesz Tomku może on przyleci samolotem.
— To byłoby cudownie. Czy myślisz, że zabrałby nas ze sobą.
— Naturalnie polecielibyśmy z nim na spacer.
— Daleko…
— Marzę o tem.
— Ale wiesz co może tymczasem nauczymy się historji na jutro.
— Nie powiem aby mi się chciało, ale trudno. Uczmy się.
Asia przyniosła książkę i przez pół godziny panowała względna cisza w pokoju Tomka. Zaniepokojony tą ciszą, ojciec Tomka zajrzał kilka razy do pokoju.
— Myślałem, że się coś stało — powiedział — Tomek taki cichy, nie chciało mi się wierzyć, ale widzę, że ty jesteś przy nim Asiu.
— Tak proszę pana uczymy się.
— Ja właściwie nauczyłem się już.
— Ja jeszcze nie. To może mi opowiesz Tomku, nauczę się prędzej — poprosiła Asia.
— Świetnie.
Tomek rozpoczął opowiadanie. Okazało się wprawdzie podczas tego, że nie wszystko pamięta, Asia zaś która nie umiała jeszcze, podpowiadała mu z łatwością.
— E, — rozłościł się Tomek wreszcie — umiesz przecież lepiej odemnie.

— Tak — zdziwiła się Asia — to widocznie ty też nie umiesz jeszcze?
Tomek spojrzał na nią z pod oka. Asia sądziła, że porówna ją znowu do rozsądnej ciotki, lecz tym razem chłopiec nic nie powiedział i bez protestu przeczytał raz jeszcze zadaną lekcję.


ROZDZIAŁ PIĄTY

Wbrew przewidywaniom Asi lotnik Jan Mirski nie przyjechał wcale samolotem, a odbywał podróż jak każdy zwykły śmiertelnik, poprostu, pociągiem.
Patrząc przez okna na mijany krajobraz, brat Asi, pogrążony był w głębokiem zamyśleniu. Przyjeżdżał do Asi, właściwie, celem pożegnania się z nią. Młody lotnik był już całkowicie przygotowany do przelotu przez ocean i wiedział, że w ciągu kilku najbliższych tygodni odbędzie swoją wyprawę. Przygotowania były trzymane w ścisłej tajemnicy i dopiero w ostatnich dniach przed odlotem miał się dowiedzieć świat o tem.
Jan Mirski jechał więc, aby pożegnać się ze swoją siostrą. Teraz jednak zastanawiał się czy powinien to uczynić. Termin odlotu mógł się spóźnić, wszystko jeszcze mogło uledz zmianie, a tymczasem on zakłóci Asi całkowicie spokój, pogrąży ją w nerwowem naprężeniu i niepokoju. Czyż nie lepiej aby Asia dowiedziała się w ostatniej chwili o wszystkiem?
Argumenty te, które sam sobie przedstawiał wydawały mu się słuszne i postanowił postąpić w ten sposób aby nic Asi nie mówić, spędzić z nią poprostu kilka dni i pożegnać się zwyczajnie, jak przed zwykłym odjazdem na czas jakiś.
Lecz wtedy przypominała mu się rozmowa jaką miał z Asią niedawno.
— Powiesz mi napewno? — pytała Asia, a on przyrzekł jej wtedy solennie.
Czyż powinien odlatując, być może na zawsze, widząc ją po raz ostatni, nie pożegnać się z nią prawdziwie? Czyż nie będzie miała słuszności, czując żal do niego, że nie powiedział jej sam o tak ważnej chwili swego życia, że nie wiedziała o niczem i nie życzyła mu powodzenia, że z obcych ust dowie się o wszystkiem, lub przeczyta w obojętnej gazecie.
Jan Mirski nie wiedział przeto jak powinien postąpić. Asia była wprawdzie jeszcze małą dziewczynką, mimo to liczył się z nią poważnie i kochał najmocniej ze wszystkich bliskich na świecie.
— Zobaczę — zdecydował wreszcie — zobaczę jak to się tam wszystko samo ułoży.
Powziąwszy taką decyzję, uspokoił się trochę i niecierpliwie spoglądał na zegarek, oczekując przybycia na miejsce.
Gdy wreszcie przyjechał, Asi nie zastał w domu. Znajdowała się jeszcze w szkole. Przebrawszy się przeto, Jan udał się na spotkanie.
— A to się mała ucieszy — myślał wchodząc na dziedziniec szkolny.
Asia rzeczywiście ucieszyła się niezmiernie. Już z oddali spostrzegła wysoką sylwetkę brata.
— Janek, Janek — zawołała, jakby w obawie, że może jej nie zauważyć.
Potem, bez namysłu, opuściła trzymaną w ręku, teczkę na ziemię i pobiegła ku niemu, zostawiając za sobą zdumionego wielce jej zachowaniem się Tomka.
— Asiu, oszalałaś, — powiedział z wyrzutem, zbierając książki, które wysypały się podczas tego gwałtownego ruchu. Asia jednak nie słyszała, znajdowała się już w objęciach Janka, który nie zwracając uwagi na jej licznych kolegów i koleżanki podniósł ją w górę, jak małą dziewczynkę.
Asia też nie zwracała uwagi na zdziwione spojrzenia.
— Ach jak to dobrze, że przyjechałeś, — mówiła.
— Przyjechałem przed chwilą.
— A gdzie ulokowałeś samolot?
— Nie przyjechałem samolotem, przyjechałem pociągiem.
— O, jaka szkoda!
— Czyś chciała ze mną pofrunąć?
— Ja też, ale zwłaszcza Tomek.
— Ach prawda zapomniałem o tym twoim Tomku. Gdzież on jest?
— O tam, widzisz zbiera moje książki.
Tomek ukończył właśnie czynność zbierania książek.
— Asiu — zaczął przemowę, z wyrzutem.
W tej chwili jednak zauważył, że Asia znajduje się w objęciu obcego, wysokiego pana. Trzeba przyznać, że widok tego pana wywarł na Tomku niemniejsze wrażenie niż na Asi, i objawiło się ono w ten sam mniej więcej sposób. Tomek bowiem szepnął:
— Ach, to Jan Mirski.
i teczka z książkami Asi wysunęła mu się z ręki rozsypując po raz drugi.
— Już dziś, będę chyba przez cały dzień zbierał te książki — wymamrotał Tomek nachylając się niezręcznie. W zbieraniu przeszkodził mu głos Asi:
— Tomku, mój brat przyjechał.
Tomek podniósł do góry zaczerwienioną twarz.
— Strasznie się cieszę, proszę pana — mówił — zawsze marzyłem o tem aby poznać lotnika, a cóż dopiero takiego jak pan.
— Ale słyszałem, że masz zamiar zostać moim kolegą — zapytał Janek.
— I zostanę, z całą pewnością — potwierdził Tomek.
— Ach Janku nie mogę wcale uwierzyć, że to ty.
— Czyżbym się tak zmienił?
— Nie, ale nie myślałam, że przyjedziesz tak prędko.
— Pisałem ci przecież.
— Ale myślałam, że to będzie za kilka tygodni dopiero.
— Czy to prawda, proszę pana, że pan ma zamiar przelecieć ocean?
— Zamiar to mam.
— I poleci pan? — pytał Tomek ciekawie.
— A co, chciałbyś może polecieć ze mną?
Tomek westchnął tylko, lecz westchnienie to było zupełnie wystarczająco wymowne.
— Ach, i jakbym chciał! — powiedział dopiero po chwili.
— A co, Janku, lecisz naprawdę? — zapytała trochę zaniepokojona Asia.
— E, daleko jeszcze do tego — powiedział Janek niedbale i prędko skierował rozmowę na inny temat.
— Mam dla ciebie ważną wiadomość, Asiu; rodzice przeniosą się tu szybciej niż przypuszczali, przyjadą może już za dwa miesiące.
— Naprawdę, to cudownie.
— Widzisz, masz dziś same przyjemności — stwierdził Tomek.
— To prawda?
— Czy mogę przyjść dziś po obiedzie do ciebie? — zapytał z niezwykłą uprzejmością.
— Tak, koniecznie, przygotujemy razem lekcje, jak zwykle.
— Myślałem, że może będziesz dziś zajęta?
— Możesz przyjść śmiało.
— Stokrotnie dziękuję — odpowiedział Tomek z wyszukaną elegancją, potem złożył głęboki ukłon i ulotnił się szybko. Nie chciał przeszkadzać Asi w jej rozmowie z bratem, a po za tem, spieszno mu było podzielić się z innymi ważną wiadomością, że do Asi przyjechał jej brat, słynny lotnik, Mirski i że on, Tomek właśnie, zna go osobiście.
Powtarzał tę wiadomość niezmordowanie wszystkim wokoło, kto tylko chciał i kto nie chciał słuchać. Rozpoczął swój tryumfalny pochód od apteki. Otworzył drzwi z szalonym rozmachem i już z oddali krzyczał:
— Tatusiu, proszę zgadnąć kto przyjechał.
Ojciec zgadywał długo, wymienił wszystkich dalszych i bliższych członków rodziny, potem znajomych, a Tomek wciąż mówił:
— Nie.
— No, to nie wiem — oznajmił wreszcie ojciec zniechęcony.
— Powiem ci — zgodził się wspaniałomyślnie Tomek.
— To ktoś, czyj przyjazd mnie specjalnie cieszy.
— A to już wiem — zawołał ojciec — to napewno brat tej małej, jak ona się nazywa, zapomniałem… Asi…
— A więc widzisz, że zgadłeś — zawołał Tomek uszczęśliwiony. — I wiesz, ja go znam osobiście. Podał mi rękę.
Tomek tryumfującym gestem, wyciągnął rękę, mocno poplamioną atramentem.
— Tego nie znać, — zadecydował ojciec — natomiast widzę, że dużo dziś pisałeś. Proszę cię, umyj jaknajprędzej ręce. A może zechcesz zachować ten uścisk na pamiątkę i będziesz unikał mydła przez czas dłuższy?
— Taki głupi nie jestem — odpowiedział Tomek z godnością. Poczem pobiegł do domu, gdzie powtórzyła się ta sama kombinacja pytań, z tą różnicą, że matka zgadła nieco wcześniej, gdyż Tomek ostatnio całemi dniami opowiadał w domu, o zapowiedzianym przyjeździe Mirskiego.
— Ale, słuchaj, Tomku, żeby ci się czasem nie zachciało przed nim popisywać lataniem.
— Cóż znowu — oburzył się Tomek.
Lecz oburzenie to nie przekonało jakoś matki.
— Jedna zwichnięta noga to chyba dosyć? Może lepiej te skrzydła schować, abyś nie miał pokusy.
— E, nie trzeba, mamo. Gdzież jabym się przed nim popisywał? Nawet na prawdziwym samolocie bym nie śmiał, a cóż dopiero na głupich skrzydłach — westchnął Tomek, który już od dawna uważał swój występ za mocno niefortunny, w tej chwili zaś wydawał mu się poprostu głupim.
Mimo to, gdy nazajutrz Asia z bratem przyszła do nich z wizytą (ojciec Tomka bowiem spotkał Mirskiego i serdecznie zaprosił go do siebie), Tomek po pewnem wahaniu, zdecydował się pokazać ów dowód szaleństwa.
— I naprawdę myślałeś, że uniesiesz się na nich wgórę — spytał Janek.
Tomek milczał dyplomatycznie.
— Materjał jest z sukienki Asi — powiedział po chwili wymijająco.
— To widzę. Wogóle robota staranna. Mógłbyś lepiej zająć się budową prawdziwego modelu.
— Obawiam się, że nie będę miał dosyć cierpliwości.
— W takim razie ja się obawiam zkolei, czy zostaniesz kiedykolwiek lotnikiem?
— Przecież ja chcę zostać pilotem, a nie konstruktorem.
— Powinieneś się jednak znać na tem. A po zatem, jeżeli brak ci cierpliwości na wykonanie nawet tego, co cię bardzo bawi i obchodzi, to wątpię, czy starczy ci cierpliwości na osiągnięcie swego celu.
Tomek poczerwieniał.
— On ma wogóle taki słomiany ogień — stwierdziła z żalem Asia.
— Ach tak, skarżysz się, — oburzył się Tomek — zdradzasz naszą przyjaźń?
— Nic nie zdradzam. Chcę, aby Janek ci pomógł.
— A pan budował samoloty, będąc w moim wieku? — zapytał Tomek, potem, widząc, że Janek chętnie siada w jego pokoju i gotów jest do dłuższej rozmowy, poprosił:
— Proszę, niech pan nam opowie, jak to z panem było, czy pan także chciał zostać lotnikiem?
— Widzisz, wtedy nikt nie przypuszczał jeszcze, że lotnictwo ma przed sobą tak rozległe możliwości. Gdy byłem w twoim wieku uważano to wszystko za eksperymenty. Pamiętam, że odbywał się wtedy popis jakiegoś francuskiego lotnika pod Warszawą. Staliśmy przez pięć godzin zrzędu, wreszcie lotnikowi udało się wznieść w górę. Przefrunął kilkadziesiąt metrów, co było wtedy szalonym tryumfem i popis się skończył.
— Prawda, jak to szybko teraz wszystko się zmienia.
— Tak, ja wtedy też marzyłem o lataniu, nawet w tajemnicy przed wszystkimi, przygotowałem sobie parę skrzydeł.
— A widzisz — zawołał tryumfująco Tomek.
— Nie skakałem jednak. Natomiast studjowałem zawzięcie historję samolotu.
— Proszę pana, kto właściwie był pierwszym lotnikiem?
— Jeżeli cię interesuje rozwój lotnictwa, to mogę ci to krótko opowiedzieć.
— Bardzo proszę.
— Ale pamiętajcie, że to poważny wykład.
— Tem lepiej.
— Od najdawniejszych czasów — rozpoczął Janek — marzono o przypięciu człowiekowi skrzydeł. Było to marzenie, które przez długie lata prowadziło do zdobyczy dzisiejszych. Pierwsze wiadomości, dotyczące przyrządów do latania odnoszą się jeszcze do Ajschylosa, nauczyciela Platona. Ajschylos na 400 lat przed narodzeniem Chrystusa, wynalazł jakoby pierwszy latawiec. Czy wiadomość ta jest ścisłą, trudno powiedzieć napewno, gdyż inne źródła podają jako wynalazcę latawca, nie Ajschylosa, ale generała chińskiego na 206 lat przed Chrystusem.
— Wiem, — zawołała Asia — nazywał się Han Sin.
— W wieku XIII-tym, w Bizancjum zjawia się jakiś „czarodziej“, który usiłuje wobec zebranych licznie tłumów, latać w powietrzu.
— To tak, jak ja — wtrącił skromnie Tomek.
— Zawsze mówiłam, że jesteś cofnięty w rozwoju — szepnęła Asia.
— Następnie w r. 1495 widzimy bardzo ciekawe rysunki i plany Leonarda da Vinci.
— Wiecie kto to był Leonardo da Vinci?
— Tak, to taki słynny malarz.
— Jego rysunki przedstawiają najrozmaitsze aparaty; śmigła, spadochrony, dowodziły one, że Leonardo da Vinci genjalnie przeczuł wszystkie możliwości samolotu i gdyby nauka poszła drogą wskazaną przez wynalezienie latawca i szkice Leonarda da Vinci, to zdobyłaby o wiele szybciej dzisiejsze rezultaty. Nauka jednak zboczyła na inne tory. Zaczęto się, mianowicie, zastanawiać nad stworzeniem ciała lżejszego od powietrza, któreby mogło tem samem unosić się swobodnie w powietrzu. W roku 1766 Anglik, Cavendisch wynalazł takie ciało, lżejsze od powietrza osiem razy. Wykonano szereg prób, które wprawdzie się nie udały, ale zwróciły na siebie uwagę uczonych. Od tej chwili zaczyna się zainteresowanie balonami. Ważnym momentem dla rozwoju balonów okazało się przypadkowe odkrycie Józefa Mongolfier, dyrektora fabryki papieru w Ameryce. Zauważył on, że papier, nie przepuszcza powietrza rozgrzanego, na skutek spalenia słomy. Kleił więc małe baloniki otwarte u dołu, pod któremi spalał słomę. Niektóre z tych baloników unosiły się w górę.
— Muszę także tak spróbować — zawołał Tomek.
— W r. 1782 Mongolfier i jego brat skleili balon o pojemności 12 metrów sześciennych, który wzniósł się aż pod sufit. Ten wzlot papierowego balonu rozpoczął sobą prawdziwy rozwój balonów, był właściwie początkiem aeronautyki. Po roku bracia skonstruowali balon większy i jego wzlot odbył się w sposób niezmiernie uroczysty, na rynku w Ammoney, budząc prawdziwy entuzjazm.
— Wtedy ludzie umieli się jeszcze entuzjazmować — westchnął Tomek, przypominając sobie brak entuzjazmu u swoich widzów.
— Potem Mongolfierowie udają się do Paryża i tam nadal pracują nad udoskonaleniem balonów. Pierwszymi pasażerami nowego balonu byli: baran, kogut i kaczka. Zwierzęta te wylądowały szczęśliwie.
— Ciekawy jestem, jakich doznawali wrażeń.
— Tego nikt nie wie.
— Pierwszym człowiekiem, który wzniósł się balonem, był Pilatre de Rosier. Początkowo zamierzano, aby pierwszym pasażerem balonu był zbrodniarz, skazany na śmierć. Pilatre de Rosier sprzeciwił się jednak temu, twierdząc, że zasługa wzniesienia się nad ziemię, nie powinna przypaść w udziale zbrodniarzowi i sam poleciał.
— Rozumiem go, miał słuszność — zawołał Tomek.
— Oprócz Mongolfierów pracują nad balonem własnego wynalazku, fizyk Chares i dwaj mechanicy, bracia Robert. Balon ich był zrobiony z jedwabiu i napełniony wodorem. Poza tem posiadał klapę, dzięki której zyskano wpływ na unoszenie się i opadanie balonu. Wzloty balonem stają się modne. W r. 1875 zostaje dokonany pierwszy przelot przez kanał La Manche. Przelecieli go Blanchard i Jèffres, którzy zostają przyjęci z szalonym entuzjazmem. Pilatre de Rosier również nie przestaje lotów. Ginie wraz z Romainem na skutek spalenia się balonu podczas przelotu do Anglji.
— Jaka szkoda!
— Ja też polubiłam już tego Pilatre de Rosiera.
— Tak, pierwszy pasażer balonu zginął na stanowisku, swą śmiercią rozpoczynając długi szereg ofiar, poświęcających swe istnienie w imię nauki.
Wzloty odbywają się coraz częściej, a jednocześnie uczeni pracują nad rozwiązaniem zagadnienia kierowania. Pracują Giffard, Dupuy de Lonne, bracia Tissandier. Dużym krokiem naprzód jest balon Renarda w 1885 r. Balon ten posiadał kształt ryby, jego śmiga poruszana była motorem elektrycznym. Balon wzniósł się w Chalais Mendon i powrócił po przelocie do Paryża. Uważano ten przelot za moment prawdziwego opanowania powietrza. Odtąd prace nad balonami dotyczą właściwie tylko ulepszeń. W Warszawie w r. 1784 fizyk Okruszewski puszcza małe balony w powietrze. W Krakowie podobnemi próbami zajmują się Jaśkiewicz i Śniadecki. W r. 1788 przyjeżdża do Polski Blanchard i dokonywa szeregu wzlotów z polskimi pasażerami. Powodzenie i zainteresowanie balonami spowodowały na dłuższy przeciąg czasu przerwę w próbach innego rodzaju. Mniej więcej od r. 1770 pojawiają się znowu projekty skrzydeł, projekty aparatów do latania, cięższych od powietrza. Projektów tych jest bardzo dużo, wreszcie w r. 1891 próby Ottona Lilienthala rozpoczęły nową erę w lotnictwie.
— Jak wyglądał aparat Lilienthala?
— Składał się z dwóch skrzydeł i ogona. Aparat ten nakładał Lilienthal na siebie i skakał z góry pod wiatr. Ten sposób latania przypomina zasadę, obecnie praktykowanych, lotów bez silnika.
— Albo też mój lot — mruknął Tomek.
— W ciągu pięciu lat ulepszał wciąż swój aparat i dokonał kilku tysięcy lotów. Wreszcie, jeszcze raz ulepszony aparat zawiódł i Lilienthal, spadając zginął śmiercią bohatera wiedzy.
W tym okresie, pracują na całym świecie nad aparatami do latania. Najlepsze rezultaty osiągnął inżynier francuski, Ader. W Ameryce pracują bracia Wrightowie. Pracowali oni w największej tajemnicy. W grudniu 1903 r. zastosowali motor automobilowy i przelecieli swym samolotem 260 metrów w 59 sekund. Lot ten wzbudził szalone zainteresowanie, a wynalazcy przez dwa lata pracują nadal w tajemniczy sposób. W roku 1905 odbyli lot 39 klm. w zamkniętym kole bez lądowania. Prześcignęli oni niezmiernie innych wynalazców. W trzy lata bowiem później lotnik Farnah dostał nagrodę 50.000 franków za przelot zaledwie 1 klm. w zamkniętem kole. Poważnym konkurentem braci Wrightów okazał się dopiero wynalazca Bleriot, który zbudował jednopłatowiec o skrzydłach zaopatrzonych w ruchome przedłużenia i wykonał kilkanaście lotów, stosując po raz pierwszy łagodne wiraże. W tym czasie jeden z Wrightów podpisał umowę z komitetem francuskim i pojechał na popisy lotnicze do Francji. Brat jego pozostał w Ameryce.
— Pan pozwoli, że ja również posłucham — odezwał się ojciec Tomka, wchodząc do pokoju.
— Ależ bardzo proszę.
— Prawda, że to nadzwyczaj interesujące, tatusiu — zawołał Tomek, podając ojcu krzesło.
— Właśnie słyszałem poszczególne słowa w drugim pokoju, przyszedłem też się dowiedzieć czegoś ciekawego. Proszę, niech pan sobie nie przerywa.
— Szczęście nie sprzyja pozostałemu w Ameryce Wrightowi. Natomiast pobyt drugiego brata we Francji był pasmem nieprzerwanych tryumfów. Potem stopniowo gwiazda Wrightów zaczęła przygasać. W r. 1912 Wright umarł, nie przypuszczając zapewne, że w parę lat później lotnictwo nabierze takiego ogromnego znaczenia, nie wiedząc również, że do jego rozwoju on właśnie głównie się przyczynił. Od r. 1908 rozpoczyna się moda popisów lotniczych. Muszę wam powiedzieć, że publiczność była niezmiernie wymagająca. Traktowano lotników mniej więcej tak, jak się traktuje zdolnych linoskoczków, zręcznych kuglarzy i t. d.
— Czy to możliwe?
— To fakt, Asiu. W Ameryce, naprzykład, publiczność żądała, aby lotnicy wzlatywali bez względu na pogodę; podobno zdarzały się nawet wypadki strzelania do lotników, którzy wzdrygali się przed lotem w niepewną pogodę. Publiczność uważała wówczas, że lotnik ją oszukuje. W tym czasie każdy niemal pilot był jednocześnie konstruktorem i latał na maszynach własnego pomysłu. Już wówczas budowano jednopłatowce i dwupłatowce. Od r. 1909 zwiększa się wciąż zastęp konstruktorów i pilotów, coraz większą również staje się liczba ofiar ludzi, którzy utracili swe życie w walce z przestworzami.
Asia przytuliła się do brata.
Że też to nie zniechęciło innych — szepnęła.
— Przeciwnie — odpowiedział Janek — zdawać się mogło, że każda ofiara wzmaga zawziętość pozostałych i budzi w nich pragnienie zwycięstwa, zwycięstwa za wszelką cenę. W r. 1913 Pegaud wykonywa pierwszą akrobatykę w powietrzu, akrobatykę, którą wówczas traktowano jako karkołomny, zuchwały popis, a która w bliskiej przyszłości okazała się niezbędną umiejętnością lotnika podczas wojny. Jednocześnie pamiętano o balonach. Projektowali Mesnier, Giffard Renard i Tissandier, Santos Dumont. Budową sterowców zajmowali się także bracia Lebaudy i Renard. Najlepsze i najszybsze rezultaty w dziedzinie sterowców osiągnęli Niemcy. W r. 1910 hr. Zeppelin zbudował wielki, sztywny sterowiec 127 mtr. długości, we wnętrzu powłoki umieścił 17 balonów napełnionych wodorem, tuż pod powłoką, znajdowały się dwie kabiny, a w każdej z nich motor szesnastokonny, poruszający śmigło. Koszt sterowców jest jednak tak duży, że tylko niektóre państwa gą sobie na nie pozwolić. Jak widzicie z tego, jeszcze przed wojną lotnictwo osiągnęło poważne rezultaty. Nie zdawano sobie jednak jeszcze wtedy sprawy, jak ogromne znaczenie będzie miało podczas wojny.
Janek umilkł.
— Proszę pana, a co było z lotnictwem podczas wojny? — zapytał nienasycony Tomek.
— O, to zbyt długie, abym mógł wam tak powiedzieć. Przyślę ci trochę książek, jeżeli cię to interesuje. Mogę wam tylko powiedzieć, że dzięki lotnictwu wojna zmieniła swój charakter: przestała być wojną, prowadzoną tylko na froncie, a stała się walką, rozciągniętą na cały kraj i zmuszającą do udziału w tej walce wszystkich niemal obywateli państwa.
— Dlaczego?
— Bo samolot pokonał czas i przestrzeń. W krótkim bardzo czasie może przelecieć linję frontu i znaleźć się nad jakimkolwiek ważnym punktem, położonym w głębi kraju. Może ten punkt zaatakować, może łatwiej i bezpieczniej zbierać informacje, fotografje, przewozić wywiadowców, dostarczać wiadomości o poczynaniach wrogów. Lotnictwo podzielono podczas wojny na trzy zasadnicze działy, na lotnictwo myśliwskie, wywiadowcze i niszczycielskie. Lotnictwo myśliwskie przeznaczone jest do obrony przed samolotami nieprzyjacielskimi. Lotnictwo wywiadowcze jest właściwie głównym celem lotnictwa; polega na tem, że lotnik bada nieprzyjacielskie siły, obserwuje kierunek marszu, przygotowania, stwierdza zamiary nieprzyjaciela. Czyni to na zasadzie własnych obserwacyj i przy pomocy aero-fotografji. Lotnictwo niszczycielskie jest to lotnictwo bombardujące. Rzuca bomby na ważne punkty, a jednocześnie szerzy tem samem panikę śród ludności.
— To straszne — wzdrygnęła się Asia.
— Jak wielkie znaczenie miało lotnictwo podczas wojny — najlepiej świadczą cyfry: W Anglji przy obronie przeciwlotniczej zajętych było 500.000 ludzi. We Francji w obronie przeciwlotniczej pod koniec wojny brało udział 1.500 oficerów, 4.000 szeregowców, 950 dział, 600 reflektorów, 60 karabinów maszynowych, 1000 balonów zaporowych.
— Jak pan to świetnie umie — zawołał Tomek z zapałem, który rozśmieszył zebranych.
— Opowiem ci kiedyś o środkach obrony, o maskowaniu, o budowaniu sztucznego Paryża, aby zmylić ślad nieprzyjacielskim lotnikom.
— To są strasznie ciekawe rzeczy.
— Nie wszyscy się niemi interesują. Społeczeństwo nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że przyszła wojna będzie przedewszystkiem wojną lotniczą i gazową, nie zdaje sobie sprawy z tego jak ważną jest rzeczą silne lotnictwo dla kraju. Nie, społeczeństwo nie jest jeszcze u nas należycie przygotowane i uświadomione.
— Postaram się uświadomić wszystkich mieszkańców miasteczka — obiecał Tomek z powagą.
— Pamiętaj, pogadamy o tem jeszcze przed moim wyjazdem.
— Czy pan sądzi, że moja praca może naprawdę się przydać.
— Naturalnie — odpowiedział Janek poważnie.
Tomek rozejrzał się dumą wokoło.

— A na dziś wykład skończony — oznajmił Janek wesoło.


ROZDZIAŁ SZÓSTY

Tomek źle spał tej nocy. Śniło mu się, że czerwone skrzydła zamieniły się na dwa wielkie potwory i goniły go poprzez całe miasteczko. On zaś czuł, że zdoła im się tylko wtedy umknąć, jeżeli potrafi wznieść się w górę. Obudził się przestraszony i uspokoił się stopniowo, spostrzegłszy oba skrzydła na swojem miejscu. Nie mógł jednak już zasnąć pomimo, że było bardzo wcześnie i oddał się rozmyślaniom.
Tak, stanowczo, pomysł z skrzydłami i lotem powietrznym był głupi i dziecinny. Tomek, myśląc o całem przedstawieniu, które wtedy urządził, doznawał uczucia wstydu, zwłaszcza od chwili, gdy przyjechał Mirski, prawdziwy lotnik.
— Tak, to jest prawdziwy lotnik — myślał Tomek, i wogóle prawdziwy mężczyzna. Co sobie postanowi, to wykona, umie wszystko, a ja jestem właściwie do niczego.
Przez długą chwilę myślał o niedostatecznych stopniach, które ostatnio otrzymał, o licznych napomnieniach nauczycieli, o zmartwieniu matki, gdy przyniesiono go do domu ze zwichniętą nogą.
— Właściwie tak łatwo możnaby tego wszystkiego uniknąć — stwierdził, pomyślawszy, że wystarczyłoby przeczytać dwa razy zadaną lekcję, posłuchać rady Asi i, zamiast skrzydeł, budować model samolotu, aby nie było tych wszystkich zmartwień. Potem pomyślał o słowach swej nowej przyjaciółki:
— Tomek ma w sobie słomiany ogień.
Tak samo mówiła Zuzia, zresztą on sam wiedział najlepiej, że wszystko robi początkowo z szalonym zapałem, potem zaś obojętnieje mu rzecz cała. To wina widocznie tego, że mam słabą wolę — zdecydował.
Jednocześnie doznawał takiego wrażenia, jakby go ktoś w ważnej walce pokonał.
— Idąc w ten sposób dalej napewno nie stanę się nigdy takim, jak Jan Mirski — pomyślał z żalem.
— Ale czy to moja wina, że mam słabą wolę?
Myślał nad tem przez całe rano i chociaż postanowił nie mówić o tem z nikim, to jednak natychmiast po spotkaniu się z Asią zadał jej to pytanie.
— Czy to moja wina, że mam taką słabą wolę?
— Nie rozumiem cię — odpowiedziała Asia.
— Myślałem dziś dużo i doszedłem do wniosku, że mam strasznie słabą wolę.
— Tak, to prawda — potwierdziła Asia — ty masz słabą wolę.
Tomek zaś, pomimo, że sam doszedł do takiego wniosku, teraz, słysząc to orzeczenie z ust Asi, poczuł się jakgdyby urażony.
— A ty masz silną wolę? — zapytał.
— O, tak, — powiedziała Asia stanowczo — mam.
— Jak to się objawia?
— Gdy sobie coś postanowię, to napewno wykonam.
— Może to tylko upór?
— Nie wiem, — zawahała się Asia — mnie się zdaje, że to jest silna wola, to znaczy, to znaczy…
Przerwała, szukając określenia.
— To znaczy — ponowiła po chwili, że… tak, napewno to nie jest upór, bo ja się nie upieram, można mnie przekonać, że nie mam racji i wtedy zarzucam dany projekt, ale, jeżeli uważam, że coś jest słuszne, to jest, że mam rację, wtedy napewno wypełnię to, co postanowiłam.
Tomek myślał chwilę.
— Tak, ty masz silną wolę — powiedział wreszcie.
— A dlaczego o tem myślisz?
Lecz Tomek nie odpowiedział wprost na pytanie. Oddawał się rozmyślaniom.
— Więc właściwie to wszystko nie jest wcale moją winą, skoro jest spowodowane brakiem woli?
— Wolę można w sobie wyrobić — powiedziała Asia krótko i stanowczo.
— Tak sądzisz?
— Jestem pewna.
— Ale jak?
— Trzeba się ćwiczyć. Postanawiasz sobie coś takiego i musisz to wypełnić, chociażby ci się nie wiem jak nie chciało. Przyrzekasz sobie nawet na złość, coś wręcz odwrotnego, niż miałeś zamiar, po to, by wyćwiczyć wolę.
— I myślisz, że to pomoże?
— Chyba ci to pomoże?
— Ach, Asiu, jesteś stanowczo za rozsądna.
— Kpisz sobie, to się mnie nie słuchaj, i nie radź.
— Wcale teraz nie kpię. Na dowód czego zaraz sobie wymyślę jakieś ćwiczenie woli.
— Ucz się przez tydzień codziennie historji — podsunęła Asia.
Lecz Tomek, ogarnięty szlachetnym zapałem, uznał to za mało wystarczające.
— Nie, poprostu wyrzekam się na korzyść mojej nieposłusznej woli, przyjścia do was popołudniu. Wiem, że mnie będzie strasznie ciągnęło, wiem, że mi się będzie bardzo chciało iść zobaczyć twego brata, ale nie przyjdę.
— Nie przyjdziesz? — zapytała niedowierzająco Asia.
— Nie przyjdę. Zaraz po obiedzie pójdę do lasku i tam będę się uczył.
— Nie wytrzymasz.
— Zobaczysz.
Asia jednak była przekonana, że Tomek naprawdę nie wytrzyma. Wszystkie wolne chwile chłopiec starał się przepędzać w towarzystwie Janka, który go bardzo polubił.
— Zobaczysz, — powtórzył Tomek, — potem zawzięcie pochylił się nad książką, jakby i w tym kierunku postanowił wyćwiczyć wolę.
Rzeczywiście, tego dnia Asia napróżno oczekiwała przyjścia przyjaciela. Zdążyła już przygotować wszystkie lekcje, przejrzała przywiezioną przez Janka książkę i zjadła podwieczorek. Tomek nie przychodził jednak.
— Cóż to się stało z naszym przyjacielem — szalonym Tomkiem — zapytał Janek, przyzwyczajony do codziennych wizyt chłopca.
— Tomek pewnie nie przyjdzie.
— Dlaczego? Posprzeczaliście się?
— Nie. Tomek ćwiczy wolę.
— Co to znaczy?
Asia wyjaśniła bratu całą sprawę.
Janek słuchał uważnie, a pan Jasiński uśmiechnął się.
— Zdaje się, że towarzystwo Asi dobrze wpływa na Tomka, — zauważył — to bardzo zdolny chłopiec, ale wcale nie dba o siebie. Mam tu jego ostatnie wypracowanie. Pokażę ci je.
Pan Jasiński wyciągnął z szuflady zeszyt Tomka i wskazał stronicę pokreśloną czerwonym atramentem.
Janek przeczytał.
— Treść zupełnie dobra. Nawet bardzo dobra, ale spójrz ile błędów ortograficznych, ani jednego przecinka. Tomek uznaje tylko kropki i to też przeważnie zapomina je postawić. Chłopiec jest bardzo zdolny i inteligentny, ale roztrzepany i nie dba o nic. Wciąż ma czem innem głowę zajętą.
— Ale Tomek jest bardzo miły — stanęła w obronie chłopca Asia.
— Bardzo miły — potwierdził Janek.
— Ja go też lubię — powiedział pan Jasiński, — żeby tylko chciał się porządniej zabrać do nauki, zwłaszcza, że mu to może przyjść niezmiernie łatwo.
— Mnie się zdaje, że Tomek zacznie się teraz porządniej uczyć — twierdziła Asia — on sam dziś myślał o tem wszystkiem i nawet się martwił, a on zwykle nie martwi się niczem, nawet gdy nogę zwichnął, to nie był tak bardzo zmartwiony. I właśnie postanowił wyćwiczyć sobie wolę.
— Dotrzymał słowa. Zwykle przebywa o tej porze u nas już od dwóch godzin.
— A żebyś wiedział, jak mu bardzo zależy na tem, aby się z tobą zobaczyć wie przecież, że lada dzień wyjedziesz. To naprawdę jest dowód, że on poważnie o tem myśli — twierdziła Asia z zapałem.
— Uważam, że dosyć, jak na pierwszy raz. Trzeba mu pomóc.
— Ale jak?
— Pójdziemy do niego.
— To świetnie.
— Chodźmy.
— Ja zostanę — powiedział pan Jasiński, — muszę jeszcze poprawić zeszyty na jutro.
— A ty, Asiu, jesteś gotowa?
— Tak. Możemy już iść.
Poszli po chwili do mieszkania rodziców Tomka.
Lecz Tomka w mieszkaniu nie było.
— Wyszedł już dawno — powiedziała służąca.
— Może jest w aptece?
Lecz w aptece także go nie było.
— Nie, wcale go dziś nie było. Myślałem, że jest u państwa.
— Może przyszedł tymczasem — powiedział Janek.
Asia zaczerwieniła się. Zrobiło jej się przykro. Unosili się wszyscy, a zwłaszcza ona nad tem, że Tomek zabrał się poważnie do tego ćwiczenia woli, a tymczasem Tomek pewnie przyszedł.
— W każdym razie wytrzymał dwie godziny — pocieszał ją Janek.
— Poczekaj tu na mnie, pobiegnę i zobaczę — zawołała dziewczynka, biegnąc do domu.
— Jeżeli jest, to się z nim posprzeczam, bo to znaczy, że niema honoru — postanawiała sobie.
Tomka jednak nie było.
— Nie, Asiu, nikt nie przychodził przez ten czas.
Dziewczynka odzyskała natychmiast humor.
— Niema go — oznajmiła bratu.
— Widocznie poszedł do kogoś ze znajomych, albo na spacer.
— Ach, prawda, zapomniałam zupełnie, przecież Tomek powiedział mi wyraźnie, że pójdzie do lasku, aby nie mieć zbyt wielkiej pokusy.
Rzeczywiście Tomek zaraz po obiedzie, ogarnięty został chęcią pójścia do Asi. Od czasu przyjazdu Asi przyzwyczaił się, że razem odrabiali lekcje. Zwykle on przychodził do Asi, w czasie zaś jego choroby Asia przychodziła do niego. Miało to miejsce prawie każdego popołudnia. Od kilku zaś dni, to jest od chwili przyjazdu Mirskiego, Tomek nie opuściłby sposobności spędzenia w jego towarzystwie minuty, za żadne skarby. Teraz żałował niezmiernie, że postanowił sobie coś tak nieprzyjemnego do wykonania.
— Właściwie to było zupełnie głupie — tłumaczył sobie. — Po pierwsze z Asią odrabiam lekcje o wiele lepiej, niż sam. Po drugie, Janek (w myślach nazywał Tomek zawsze Mirskiego, tak jak Asia, Janek) opowiedziałby nam znowu coś ciekawego. To jego ostatnie opowiadanie o walkach powietrznych było poprostu nadzwyczajne. Po trzecie mógłbym zacząć moje ćwiczenie woli dopiero po jego wyjeździe. Lada chwila stąd wyjedzie, a ja głupi tracę możność spędzenia z nim południa.
Usiadł z książką w ręku przy stole, lecz uczyć się nie mógł.
— Niema właściwie żadnego powodu, abym to wypełnił. Również dobrze mogę sobie postanowić co innego. Np… że nie zjem kolacji wieczorem. Będę napewno piekielnie głodny, ale już wolałbym to, niż to siedzenie teraz, gdy wiem, że mógłbym tak świetnie spędzić czas w towarzystwie Asi i Janka.
Przewrócił kilka kartek i znów zaczął intensywnie myśleć nad tem, czy jednak nie należałoby pójść.
— Po za wszystkiem wiem przecież, że Janek chciał mi coś powiedzieć. Mieliśmy postanowić jak zorganizować tu kółko L. O. P. P. To jest chyba ważniejsze, niż taka dziecinada jak kształcenie woli.
Podniósł się.
— Tak, ale Asia będzie się napewno ze mnie śmiała — pomyślał, siadając z powrotem. Przerzucał teraz zeszyty.
— Nie umiem słówek niemieckich, — Asia mogłaby mi pomóc. Trudno muszę przecież przygotować lekcje, pójdę jedynie dlatego.
Zamierzał właśnie wyszukać czapkę i wyjść, gdy do pokoju weszła matka.
— Uczysz się Tomku?
— Tak, mamo.
Pochyliła się nad zeszytem.
— Niemiecki — powiedziała — może ci pomóc, może nie dajesz sobie sam rady.
— Nie umiem przetłomaczyć tego zdania — powiedział Tomek niechętnie.
— Pomogę ci.
Po kwadransie niemiecki był gotów.
— Tak, teraz niema powodu iść do Asi — pomyślał Tomek. — Widzę jak to trudno odzwyczaić się od czegoś.
— A jednak pójdę — postanowił po chwili — pójdę i gdy Asia się zdziwi, powiem jej że ją nabrałem, że nie miałem nigdy zamiaru ćwiczyć woli, tylko tak powiedziałem widząc, że się przejmuje rolą mentorki.
Ten pomysł wydał mu się wyśmienity. Szybko więc złożył książki, wziął ze sobą historję i wybiegł na ulicę. Skręcił w stronę mieszkania pana Jasińskiego. Nagle zatrzymał się.
Jednak Janek by tak nie postąpił — pomyślał.
Stał chwilę w miejscu, zastanawiając się.
Właściwie to żaden prawdziwy mężczyzna, by tak nie postąpił, trudno nie pójdę.
I zrezygnowany poszedł do lasku.
Mały lasek był ulubionem miejscem spacerów Tomka. Ilekroć chłopiec miał poważne zmartwienie, wówczas zawsze uciekał z domu do lasku. Tam leżał przez kilka godzin, wpatrzony w niebo, widoczne ponad wierzchołkami wysokich drzew. Zwykle zmartwienie, lub gniew mijały szybko i Tomek wracał do domu po kilkugodzinnej nieobecności uspokojony i pocieszony.
Teraz także rozłożywszy się pod drzewem, Tomek poczuł przypływ dobrego humoru.
— A jednak wytrzymałem — pomyślał z tryumfem.
Ta myśl dodała mu chęci do nauczenia się historji, położył przed sobą książkę i przeczytał zadany na następny dzień rozdział. Tomek uczył się bardzo szybko, pamięć miał doskonałą, to też po dwudziestu minutach umiał już wszystko.
— Teraz jestem chyba w porządku — pomyślał zamykając książkę. Lekcje umiem. Wytrzymałem, nie poszedłem do Asi. Zanim dojdę do miasteczka minie znowu z dwadzieścia minut, mogę już iść śmiało.
Nie podnosił się jednak. Wiedział dobrze, że rozumowanie jego jest błędne, gdyż rano wyraźnie powiedział Asi:
— Przez całe popołudnie nie przyjdę do was.
Całe popołudnie znaczyło to conajmiej do wieczora. Tymczasem zaś było jeszcze zupełnie jasno. Słońce świeciło jeszcze i nie zamierzało wcale zachodzić.
Wobec tego należało, jaknajszybciej, znaleść jakieś zajęcie, które pozwoliłoby mu zapomnieć na chwilę o tem, że tam w miasteczku, w mieszkaniu nauczyciela polskiego, pana Jasińskiego, znajduje się obecnie mała dziewczynka z Warszawy Asia i jej brat, słynny lotnik Mirski. Należało zwłaszcza zapomnieć o tem, że ów lotnik Mirski polubił prawdziwie Tomka i chętnie opowiadał mu najrozmaitsze historje z życia wojennego.
Lecz wokoło nie było żadnego zajęcia. Wzrok Tomka skierował się na zamkniętą już książkę historji.
— Będę chyba powtarzał historję, aby nie myśleć — pomyślał.
Przypomniał sobie, że już oddawna postanowił powtórzyć całą historję od pierwszego rozdziału, gdyż parę razy nie był dostatecznie przygotowany, a potem zamiast powrócić do zaniedbanej lekcji, uczył się dalej, zapominając o utworzonej luce. Rozpoczął więc na nowo czytanie. Gdy nauczył się całego rozdziału odetchnął głęboko.
— Teraz jestem już chyba w zupełnym porządku.
Czuł ogromne zadowolenie z tego, że udało mu się postawić na swojem.
— A mało brakowało i byłbym jednak poszedł, Asia wyśmiałaby mnie napewno.
Pierwsze ćwiczenie woli zostało wykonane pomyślnie. Tomek leżał na ziemi, patrzył w spokojne niebo i myślał.
— Teraz nawet nie czuję już tak ogromnej ochoty do pójścia, okazuje się, że jednak początek jest najtrudniejszy.
— Jedno ćwiczenie skończone — pomyślał po chwili. — Jakie będzie drugie?
Bawił się książką, podrzucając ją do góry i widok książki podsunął mu nowy plan.
— Będę pierwszym uczniem w historji — postanowił nagle — nauczę się wszystkiego, co jest w tej książce na wyrywki. Będę ją całą umiał poprostu na pamięć.
— Tomku, Tomaszu — usłyszał nagle wołanie.
Tomek odwrócił się natychmiast i potem zerwał się gwałtownie. Na brzegu lasku ujrzał bowiem Asię, która biegła w jego stronę, a tuż za nią podążał Jan Mirski.
— O! — zawołał Tomek ucieszony.
— Jak to dobrze, że poszłaś tędy na spacer — powiedział po chwili.
— Przyszliśmy cię poszukać — stwierdziła Asia — Janek mówił, że popołudnie już się kończy, zresztą ćwiczenie woli polegało na tem abyś ty nie przyszedł, myśmy przecież przyjść mogli.
— Jakto, powiedziałaś mu o wszystkiem — szepnął Tomek, zamierzając się rozgniewać i mając już przygotowaną uwagę o gadulstwie dziewcząt.
— Naturalnie, pytał się przecież o ciebie?
Tomek zapomniał o gniewie.
— Pytał się o mnie? Naprawdę?
— Naturalnie, że naprawdę a nie na żarty. Bardzo mu się podobało, żeśmy wymyślili to ćwiczenie woli.
— Jaka szkoda, że przestałem pisać pamiętnik — pomyślał Tomek — mógłbym dziś zanotować: Słynny lotnik Mirski pytał dziś o mnie, pamięta mnie i przyszedł mnie odszukać ponieważ nie przychodziłem.
Ponieważ jednak nie pisał pamiętnika musiał się zadowolić powiedzeniem:
— Ach Asiu, gdybyś wiedziała, jak mnie to cieszy!
— Co cię cieszy? — zapytał Janek, siadając pod drzewem.
— Czy panu tu będzie wygodnie? troszczył się Tomek, czyniąc honory domu.
— O mój drogi jestem przyzwyczajony do trochę większych niewygód.
— Niech nam pan coś opowie z wojennych czasów, bardzo pana proszę — poprosił jak zwykle Tomek.
— Dobrze, znalazłem dziś fotografję dobrego mego znajomego, niemal przyjaciela, który zginął, mogę wam o nim opowiedzieć.
Asia usadowiła się wygodnie, opierając rękę o kolana brata.

Zofia Dromlewiczowa - Siostra lotnika after page 112.png

— Opowiedz, — poprosiła.
Janek zamyślił się, jakgdyby wspomnieniem oddalił się w przeszłość. Po chwili zaczął mówić.
— Było ich pięciu kolegów — przyjaciół: Jaś, Jerzy, Fred, Franek i Andrzej. Uchodzili za świetnych, nieustraszonych lotników i rzeczywiście dokonywali prawdziwych cudów. Znajdowali się zawsze razem. Razem się bawili, razem pracowali. Nazywaliśmy ich „wierną eskadrą“. Każdy z nich gotów był uczynić wszystko dla pozostałych. Mimo to różnili się bardzo usposobieniem i zachowaniem. Najmłodszy był Jaś, którego nazywano szalonym Jasiem. Ten śmiał się zawsze i śmiejąc się opowiadał, że umie czarować przestworza, że ujarzmia chmury, zatrzymuje pęd oszalałego wiatru i zmusza promienie słoneczne, by świeciły oświetlając mu powietrzną drogę. Jaś zginął pierwszy. Umiał czarować chmury, nie umiał jednak czarować nieprzyjacielskich kul. Trafiony jedną z nich w samo serce szalony Jaś umarł natychmiast i nie wiem czy zdążył pomyśleć z dumą, że oto umiera wybraną przez siebie już oddawna „śmiercią lotnika“.
Janek przerwał, zamyślił się. Może widział przed sobą śmiejącego się, szalonego Jasia, może przeżywał jeszcze raz tę chwilę gdy dowiedział się, że Jaś już nie żyje. Tomek i Asia milczeli, słuchając uważnie. Po chwili Janek ciągnął dalej:
— Drugi zginął Jerzy. Był zawsze poważny i aż ponury. Ożywiał się tylko wtedy, gdy mówiono o walkach powietrznych. Wtedy z powagą wymieniał cyfrę, strąconych przez siebie samolotów nieprzyjacielskich. Przy zmianie tematu wpadał znów w posępną zadumę, jakgdyby wciąż, jakgdyby zawsze widział przed sobą długi rząd zwyciężonych samolotów, które w bezładnym przestrachu leciały w dół, ku swojej nieuniknionej zgubie. Może już wtedy widział w tym bezładnym szeregu samego siebie. I rzeczywiście śmierć jego była podobna do tej, którą tak często sam zadawał. Ogarnięty szaleństwem płomieni, palącym krzykiem protestu przeniknął samolot przestworza, swym blaskiem i zabójczym ogniem, oświetlając Jerzemu nagłą tajemnicę bohaterskiej śmierci.
Janek znów zatrzymał się na chwilę, jakgdyby było mu ciężko opowiadać o śmierci swoich przyjaciół. Zdawał się nie zwracać zupełnie uwagi na obecność dwojga zasłuchanych dzieci.
— Potem jednego dnia zginęli Fred i Franek. Byli to dwaj nierozłączni bracia, obaj mistrze awiatyki akrobatycznej. Obaj byli spokojni, systematyczni i zawsze zadowoleni. Tego dnia, tak samo jak każdego innego, podziwiali wszyscy ich misterne ruchy. Wznieśli się spokojnie w górę. Lecz po jakimś czasie gdy Fred już wracał zerwała się lotka z jego samolotu. Biały płat w nierównym chaotycznym ruchu zlatywał jak zwiastun nieszczęścia. A po chwili w ślad za nim, w ostatnim śmiertelnym loopingu spadał samolot. Gdy wydobyto Freda z pod szczątków rozbitej maszyny, żył jeszcze. Resztkami sił sklejał oderwane zdania, wydawał ostatnie polecenia, usiłował żyć jeszcze trochę, aż do powrotu Franka.
Lecz Franek nie wrócił już za życia Freda, nie wrócił także po jego śmierci. Oczekiwano go napróżno przez wiele godzin, ze słabnącą wciąż nadzieją i wreszcie zrozumiano, że nie wróci już nigdy. Pochłonęły go na zawsze podniebne przestrzenie. Nie dowiedział się nikt jak zginął, w jaki okrutny sposób przychwyciła go zdradziecka śmierć. Poprostu nie wrócił więcej, połączył się jakoś z Fredem i nierozłączni, jak zawsze odeszli razem.
— Jakie to smutne — szepnęła Asia czując łzy nabiegające do oczu.
— Ale jakie to piękne — ośmielił się odezwać Tomek, patrząc na poważną, zasmuconą twarz Mirskiego.
— Z całej piątki pozostał tylko Andrzej. Dawniej był spokojnym, wesołym chłopcem. Teraz jego spokój zmienił się w głęboki smutek, jego odwaga w szaleństwo. Wciąż był nieustraszonym asem, tryumfującym zwycięzcą. Liczba szczęśliwych walk wzrastała z dniem każdym.
— Czy ty myślisz Janku — powiedział mi kiedy, że ich naprawdę niema? Zginęli, każdy z nich zginął prostą śmiercią lotnika, ale — niema ich tylko na ziemi.
— Nie rozumiem cię — szepnęłem trochę zmieszany, gdyż wydało mi się, że jest niezupełnie przytomny.
Widocznie zrozumiał moje myśli gdyż się uśmiechnął.
— Wiem co mówię, — powiedział. — Gdy wznoszę się w przestworza czuję ich obecność, wśród powietrznych fal płyną ich cienie, wiem zawsze, że z za mgły wynurzy się natychmiast moja eskadra.
— Co ty mówisz Andrzeju? — przelękłem się.
— Tak, leci zawsze ze mną razem moja wierna eskadra — powtórzył — eskadra zabitych, których jestem wodzem. Oni mi pomagają, oni walczą ze mną razem. Oni czekają na mnie abym połączył się z nimi.
Mówił to wszystko gorączkowym szeptem, a ja nie oponowałem, bo widziałem, że wierzy głęboko w to co mówi i że ta wiara pozwala mu żyć po śmierci przyjaciół i pracować.
A w kilka dni później Andrzej zginął. Zginął po zwycięskiej walce z trzema nieprzyjacielskiemi samolotami, które przedtem pokonał. Jak to uczynił sam jeden pozostało dla wszystkich niewytłomaczoną zagadką. I mimowoli myśląc o tem wszystkiem zadawałem sobie pytanie czy nie dodała mu siły myśl, że oto tuż obok niego walczy jego wierna eskadra, może widział oczyma wyobraźni cień samolotu szalonego Jasia kołyszącego się na brzeżku chmury, może sądził, że pędzi mu na pomoc płatowiec Jerzego, że lecą z podniebnej wysokości, w misternych zygzakach Fred i Franek. Może myślał, że w bojowym szyku, w posłusznej karności zgrupowali się tak samo jak dawniej. Może niewidoczne pociski wzmagały siłę jego uderzeń. Nieistniejące ręce uczyły go mądrości uniknięcia ciosu, wskazywały mu cuda powietrznych zawrotów, kazały mu nacierać z całej siły, nie ustępować i nie lękać się niczego. I myślę, że gdy zwyciężył nieprzyjaciela, gdy poczuł wszystkie zadane mu podczas walki rany, gdy umierając, zamykał oczy, wówczas napewno ostatnim spojrzeniem ujrzał, że samolot leci do jego wiernej eskadry i że krótkim meldunkiem: „Zginęłem śmiercią lotnika“, obejmie nad nią dowództwo na zawsze.
Janek zamilkł. Dzieci milczały także. Wreszcie Tomek odezwał się pierwszy.
— To byli bohaterzy, — prawda proszę pana?

— Tak, to byli prawdziwi bohaterzy — potwierdził Jan Mirski poważnie.


ROZDZIAŁ SIÓDMY

W dwa dni później siedzieli znowu w tym samym lasku. Tem razem jednak Janek nie opowiadał dzieciom swoich przeżyć wojennych. Dawał im ostatnie polecenia przed wyjazdem. Miał bowiem następnego dnia rano wyjechać.
— A więc Tomku nasza sprawa jest ułożona.
— Tak proszę pana wykonam wszystko.
Poprzedniego bowiem dnia Janek ułożył plan stworzenia kółka lotniczego.
— Wiesz, co jest zadaniem kółka?
— Wiem uświadomienie społeczeństwa o znaczeniu lotnictwa na wypadek wojny.
— Tak, u nas niestety społeczeństwo nie orjentuje się wcale, jak bardzo ważnym czynnikiem jest obrona przeciwlotnicza i przeciwgazowa.
— Postaram się uświadomić całe miasteczko — obiecał Tomek z powagą.
— A po za tem będziecie mieli dużo ciekawszą i pożyteczniejszą rozrywkę, niż pochłanianie powieści kryminalnych. W twoim pokoju Tomku, widziałem też jakąś straszliwą książkę detektywną.
— O, ja się tem nie przejmuję — zapewnił Tomek — raz tylko przez tydzień zamierzałem zostać słynnym bandytą, lub słynnym detektywem.
— Tak, ale są chłopcy którzy biorą to na serjo.
— Wciągnę kogo będzie można do naszego kółka.
— Ja wam prześlę potrzebne broszurki, książki i materjał na budowę modeli.
— A wiesz Janku, ja postanowiłam sobie zbierać książki lotnicze. Mam już cztery, dwie Meissnera, Garczynskiego i jeszcze jedną.
— Dobrze, odemnie dostaniesz piątą.
— Jak często mamy robić zebrania? — zapytał Tomek.
— Nie za często, tak aby wam to nie przeszkadzało w nauce. Najlepiej raz na tydzień, za każdym razem u kogo innego.
— Jaka szkoda, że pana tu nie będzie z nami!
— Jeżeli mi się uda to będę do was przyjeżdżał od czasu do czasu, żeby sprawdzić jak wam idzie, czy nie potrzebujcie wskazówek i pomocy.
— Jak będzie co trzeba, to napiszę do ciebie, — obiecała Asia.
— A teraz, Asiu chciałbym z tobą także pomówić.
— A ja troszeczkę się przejdę, zmęczyło mnie siedzenie — zawołał Tomek, chcąc pozostawić ich samych.
Odszedł rzeczywiście po chwili. Brat i siostra siedzieli przez kilka minut w milczeniu. Janek obserwował napozór fruwające w górze ptaki. W rzeczywistości jednak zastanawiał się nad tem czy powinien powiedzieć dziewczynie o zamierzonym przelocie. Asia także była dziwnie milcząca.
— Patrz Asiu — zawołał Janek wskazując ręką — żórawie lecą.
Dziewczynka spojrzała w górę. Klucz żórawi leciał szybko naprzód.
— Lecą daleko, za morze — szepnęła dziewczynka.
— Tak, Asiu, a na wiosnę znowu powrócą.
— A ty, Janku, — zapytała nagle Asia — czy powrócisz?
— Jakto? — zdziwił się Janek.
— Przecież chcesz także polecieć daleko, za morze?
Janek milczał chwilę.
— Naturalnie, że powrócę, moja mała, niemądra siostrzyczko. Przynajmniej tak mi się zdaje.
Oczy Asi napełniły się łzami.
— Co to, to nie, — zawołał Janek wesoło — płakać ci nie wolno pod żadnym pozorem i wogóle niema do tego żadnego powodu.
— A jednak tylu lotników zginęło — szepnęła.
— Tak, ale już kilku przeleciało przecież ocean, to już nie jest żadna sztuka.
— To poco lecisz?
— Bo żaden polski lotnik nie przeleciał jeszcze. Mówiąc poetycznie, chciałbym wznieść tak wysoko i daleko sztandar mego kraju.
Mówił żartobliwie, lecz Asia czuła, że właśnie tak myśli, a żartem i uśmiechem kryje powagę słów.
— Janku, czy ty wrócisz?
— Wiesz, czuję, że wrócę, że mi się powiedzie i nic mi się złego nie stanie. Pomyśl jaka będziesz ze mnie dumna i jak nam będzie przyjemnie.
— Tak, ale…
Oczy Asi znowu napełniły się łzami, a głos jej się załamał.
— Nie myślałem nigdy, że jesteś taką beksą, Asiu.
— Ja nie jestem beksą.
— To wytrzyj oczy i porozmawiajmy poważnie.
Asia sięgnęła do kieszeni.
— Nie mam chustki.
— Widzisz, chodzisz bez chustki, a chcesz rozprawiać o poważnych rzeczach — żartował Janek, wyciągając własną chustkę z kieszeni i wycierając nią troskliwie oczy siostry.
— Już, teraz dobrze. Ale, jak je jeszcze raz namoczysz, to ja wycierać nie będę.
— Już dobrze.
— A więc przedewszystkiem nie lecę przecież jeszcze jutro, aby była chwila odpowiednia do płaczu.
— A kiedy lecisz? — zapytała szybko Asia.
Janek zawahał się i wahanie to dziewczynka zauważyła.
— Nie wiem jeszcze dokładnie — odpowiedział wymijająco.
— Powiedz, Janku — prosiła dziewczynka. — Mówisz, że nie jutro, ale może pojutrze?
— Nie, pojutrze też nie — uśmiechnął się Janek.
— No, to może za tydzień. Powiedz mi dokładnie, czy to będzie prędzej czy później za kilka tygodni, czy za kilka miesięcy. Przecież obiecałeś, że mi powiesz prawdę.
— Bo nie myślałem, że jesteś taka beksa.
— Już nie jestem.
— A więc za kilka tygodni zapewne.
— I chciałeś polecieć, nie żegnając się ze mną.
— Pożegnalibyśmy się przecież jutro.
— To nie jest to samo.
— Widzisz, Asiu, nie powinnaś płakać, bo mnie to osłabia, odbiera mi wiarę w powodzenie, martwię się waszem zmartwieniem i nie mogę dostatecznie skupić wszystkich myśli i pragnień tylko na jednem. Rozumiesz mnie?
— Tak.
Dlatego nie chciałem nikomu nic mówić aż do ostatniej chwili.
— Ja już nie będę ci przeszkadzać — zapewniła Asia.
— Dobrze, pamiętaj o tem, a ja natomiast nie będę nic ukrywał przed tobą.
— Dobrze, Janku — powiedziała Asia poważnie i z wysiłkiem połknęła łzy, które zamierzały znowu popłynąć do oczu. Janek udał, że tego nie zauważa.
— Myślę, że mi się uda polecieć za kilka tygodni.
— Janku, czy będziesz mógł przyjechać jeszcze do mnie?
— Nie wiem, czy mi się to uda.
— A czy ja mogłabym przyjechać przed twoim odlotem do Warszawy?
— Teraz w ciągu roku szkolnego?
— Przecież dam sobie radę sama. Wuj mnie odprowadzi na stację. Nic mi się nie stanie napewno.
— A dlaczego chcesz pojechać?
— Bo ja jednak jestem tu zupełnie sama. Tam w domu, będzie mi się wydawało, że jestem bliżej ciebie.
— Ale może rodzice już się tu sprowadzą do tego czasu.
— Tak, jeżeli już tu będą, to inna sprawa. Ale wtedy przyleciałbyś do mnie choć na jedną chwilę.
— Tak, Asiu, postaram się.
— To dobrze.
— Ale pamiętaj coś mi obiecała.
— Pamiętam. O, Tomek już wraca.
Rzeczywiście Tomek się zjawił.
— Czy nie przeszkadzam? — zapytał.
— Nie, nie, zresztą już wracamy. Muszę zapakować rzeczy Janka — powiedziała Asia, odwracając oczy, aby Tomek nie widział, że są zaczerwienione.
Tomek jednak spostrzegł odrazu, że Asia płakała.
— Co się stało, proszę pana? — zapytał cichutko, korzystając z tego, że Asia poszła o kilka kroków naprzód.
— Nic wielkiego, Asia martwi się trochę tem, że wyjeżdżam.
— Bo ona myśli, że pan przeleci przez ocean.
— O to przecież nic wielkiego.
— A pan naprawdę przeleci?
— Naprawdę, lecz proszę cię, nie mów o tem z nikim. Nawet z Asią. Niech nie myśli o tem zbyt często.
— Dobrze, będę się nią wogóle opiekować.
— Liczę na to — powiedział Jan Mirski poważnie.
I Tomek poczuł prawdziwą dumę przy tych słowach.
Tegoż wieczora zresztą Asia sama poinformowała Tomka o swojem zmartwieniu.
— Wiesz Tomku, Janek pewnie przeleci ocean.
— To pysznie.
— Tak, łatwo ci to powiedzieć. A jeżeli zginie?
— On nie zginie napewno.
— Tak mówisz, jakby można było coś wiedzieć.
— Ale można w coś wierzyć. Przecież Janek także mówi, że głęboka wiara w coś dopomaga w zwycięstwie.
— To prawda!
— Widzisz, więc tylko się nie martw.
— Nie będę się martwiła. Obiecałam Jankowi.
— Janek jest wspaniały. Jaka szkoda, że ja jestem jedynakiem, — westchnął Tomek żałośnie. — Gdybym miał brata toby może ten brat był lotnikiem.
— Gdyby — roześmiała się Asia — gdyby ciocia miała wąsy byłaby wujaszkiem.
— Tak, śmiejesz się bo ci dobrze — mruknął urażony Tomek. — Masz dwóch braci i to jednego takiego, że cały świat mógłby ci pozazdrościć.
— To prawda.
— A widzisz, a ja nie mam nikogo. Wprawdzie mam rodziców i ciotkę, ale to nie to samo, bo to są dorośli ludzie.
— Janek jest też dorosły.
— E, ale u niego się tego nie czuje.
— Jeżeli chcesz — powiedziała Asia wspaniałomyślnie — to mogę ci zastąpić siostrę.
Tomek parsknął śmiechem.
— Jak nie, to nie.
— Ale owszem, tylko powiedziałaś to tak patetycznie.
— A wiesz, Tomku, ja pewnie wyjadę do Warszawy przed Janka lotem.
— Dlaczego?
— Obiecał mi solennie, że mnie sprowadzi.
— To doskonały pomysł.
— Prawda? A Janek zawsze dotrzymuje obietnicy.
— Wiesz, Asiu, ja chyba pojadę z tobą.
— Ty?
— Tak.
— Nie puszczą cię.
— Puszczą napewno.
— A co powiesz?
— Muszę się tobą opiekować.!
— Żartujesz chyba?
— Nie. Mówię poważnie.
— Chyba ja tobą będę się opiekować.
— A właśnie że obiecałem Jankowi, więc muszę wypełnić obietnicę.
— Jeżeli Janek chce tego, to nie mogę ci zabronić — oznajmiła Asia, gotowa tego dnia do daleko idących ustępstw.

— Ale teraz muszę iść do domu, na kolację.
Nazajutrz rano Jan Mirski wyjechał. Patrząc przez okno przez długą chwilę widział dwie machające chusteczkami figurki. Była to Asia i Tomek. Janek uśmiechnął się do znikających postaci i z pewnem wzruszeniem spojrzał na półkę, gdzie leżały skrzydła, pokryte czerwonym fularem. Był to podarek Tomka, który na pamiątkę ofiarował lotnikowi trofeum swego nieudanego przedsięwzięcia.


ROZDZIAŁ ÓSMY

Najbliższe dwa tygodnie minęły w ciszy i w spokoju. Tomek dotrzymał słowa. Z historji odpowiadał dwa razy i obydwa razy otrzymał piątkę.
— O, dziś umiałeś doskonale — przyznał nauczyciel.
— Widzisz, moje ćwiczenia woli jakoś mi się udają — szepnął Tomek Asi. Postanowiłem sobie, żeby tam nie wiem co, codzień powtórzyć rozdział historji, albo przeczytać sobie dalszy.
— I robisz tak?
— Robię, raz tylko opuściłem, wiesz, podczas wycieczki szkolnej, śpieszyłem się. Ale wieczorem, gdy wróciłem do domu, tak mi jakoś było nieswojo, jakbym zapomniał o czemś bardzo ważnem. I wiesz, Asiu, sam się wstydzę do tego przyznać, ale leżałem już w łóżku, byłem bardzo zmęczony i wtedy wyszedłem przed zagaszeniem światła z łóżka, wzięłem książkę i jednak przeczytałem jeden rozdział. Wprawdzie oczy już mi się kleiły, ale postawiłem na swojem. Widocznie trzeba się tylko przyzwyczaić.
— Wiesz, — postanowiła Asia — jeżeli ty będziesz pierwszy z historji, to ja też muszę być w czemś pierwsza.
— A w czem?
— Wybieram sobie polski.
— E, polski to dla ciebie nic trudnego.
— Dlaczego? — oburzyła się Asia — może myślisz, że wuj mi stawia z polskiego lepsze stopnie, dlatego, bo jestem jego siostrzenicą. To się bardzo mylisz, mój drogi. Przecież onegdaj dał mi trójkę z gramatyki.
— Wcale tak nie myślałem, wszyscy wiedzą, że pan Jasiński jest bardzo sprawiedliwy i od ciebie wymaga tego, co od wszystkich.
— Więc dlaczego nie mam sobie obrać polskiego?
— Bo ty jesteś mocna w tym przedmiocie. Świetnie piszesz wypracowania, dużo czytasz i wogóle bardzo lubisz polski. Ja to co innego, nie lubiłem właśnie historji, specjalnie nie znosiłem dat, dlatego wybrałem sobie właśnie historję. Inaczej nie byłoby wcale powodu do ćwiczenia woli.
Asia nie lubiła ustępować, tym razem jednak przyznała Tomkowi słuszność.
— Tak, to prawda, — powiedziała — wobec tego wybieram niemiecki. Nie znoszę niemieckich słówek.
— To co innego. Jak to dobrze, że ja nie mam z tem do czynienia.
— Niewiele by ci to pomogło. Bobyś mnie nie prześcignął.
— O, jaka jesteś pewna siebie.
— Sam powiedziałeś, że jestem stanowcza.
— Jesteś stanowcza, ale nie trzeba przesadzać. Mówię ci, że dałbym sobie z tem radę, tak samo, jak ty.
— Łatwo ci mówić, bo mnie nie przekonasz.
— Dobrze, w takim razie oświadczam ci Asiu, że podejmuję się uczyć świetnie także niemieckiego. — Nie wiem, czy mi się uda odrazu odpowiadać dobrze, ale napewno nie będę umiał gorzej niż ty.
— Zobaczymy.
Wprawdzie tego samego dnia Tomek żałował gorzko, że dał się unieść ambicji i głośno wypowiedział podobne postanowienie, tem niemniej jednak siedział wieczorem przez całą godzinę nad niemiecką książką, co mu się nigdy nie zdarzało. Następnego dnia odpowiadali na lekcji oboje i Asia i Tomek. Otrzymali jednakowe stopnie — czwórki i zdziwione spojrzenie nauczycielki, gdyż dotychczas żadne z nich nie odpowiadało lepiej, niż na trójkę.
Zachęciło ich to do dalszego współzawodnictwa. Teraz każdemu z nich zależało na tem, aby otrzymać piątkę.
Jednocześnie Tomek zajmował się poważnie organizowaniem kółka lotniczego. Któregoś dnia, po ukończeniu lekcji wezwał wszystkich, aby pozostali przez chwilę jeszcze w klasie.
— Wyobrażam sobie, co powiesz mądrego — zawołała Zuzia, która czuła się obrażoną, gdyż podczas pobytu Janka, mimowoli Asia i Tomek odosobnili się od reszty znajomych.
Tomek nie zwracał na nią uwagi. Stanął na katedrze i wygłosił płomienne przemówienie, które sobie przygotował, razem z Asią, poprzedniego dnia.
— Słuchajcie, — wołał — chciałbym stworzyć u nas w szkole, a przedewszystkiem w naszej klasie, kółko lotnicze. Czy wiecie, co to jest samolot?
— Domyślamy się — odpowiedział jakiś głos z boku, a Zuzia roześmiała się głośno. Tomek jednak niezrażony tem wcale mówił dalej z zapałem.
— Samolot powstał ze snów marzycieli, którzy pragnęli człowiekowi przypiąć skrzydła.
— Znałam takiego jednego, ale zleciał na ziemię bardzo prędko — przerwała znowu Zuzia.
— Cicho tam, — przywołał ją do porządku niezrażony mówca. — Słuchajcie lepiej, co mówię.
— Powiedz tylko co mądrego.
— Samolot sfrunął z kart fantastycznych powieści i czarodziejskich bajek.
— No, niezupełnie! — zawołał jakiś głos.
— Cicho! — oburzyła się Asia, martwiąc się, że te wszystkie, tak pracowicie ułożone przez nich zdania nie są w dostatecznej mierze ocenianie przez słuchaczy.
— Fruwający dywan z bajki zamienił się w wysoko unoszący ponad ziemią areoplan, — deklamował Tomek, — tak wysoko, że wielu ludzi zajętych swemi przyziemnemi sprawami nie zauważa go wcale.
— Albo to prawda — zawołał Stefan, wysoki chłopiec, jeden z lepszych uczni — ktoby tam nie zauważył samolotu, gdy motor warczy i turkocze.
— To przecież przenośnia — powiedziała Asia z gniewem.
— Nie chcę, abyście należeli do tych przyziemnych ludzi — wołał Tomek.
Lecz teraz Stefan mu przerwał.
— Mów po ludzku, Tomek, czego chcesz od nas?
Tomek milczał chwilę, zastanawiając się czy należy się obrazić, czy też dalej recytować przygotowaną mowę. Wreszcie zdecydował się na rzecz trzecią.
— Chcę od was, abyśmy utworzyli kółko lotnicze — powiedział poprostu.
— To dlaczego nie powiesz tak odrazu?
— Co będziemy robili w takiem kółku?
— Czy to będzie coś ciekawego?
Tomek zaczął wykładać swój program. Myśl o wspólnych czytankach, pisaniu referatów, nie zachwyciła tak bardzo zebranych. Natomiast wielkiem powodzeniem spotkała się myśl wysyłania modeli na konkurs samolotów do Warszawy, oraz projekt zbierania się co tydzień u kogo innego.
— Wybierzemy sobie zarząd, — mówił Tomek — urządzimy może wycieczkę do Warszawy, gdy nastąpi tydzień L.O.P.P.
To podobało się również.
Po dłuższej przeto rozmowie, klasa trzecia doszła do wniosku, że kółko założyć należy i został omówiony i wyznaczony termin pierwszego zebrania.
W kilka dni później Tomek przesłał szczegółową relację Jankowi, donosząc, że na pierwsze zebranie przybyło czterech chłopców i dwie dziewczynki. Prosił o przysłanie materjału na budowę modeli, gdyż, jak twierdził, zainteresowaniem do nowej rozrywki, zachęci ich się do dalszej, już poważniejszej pracy.
List został niezwłocznie wysłany i dopiero po wrzuceniu go do skrzynki, Tomek przypomniał sobie, że zapomniał zupełnie o przecinkach.
— Zamierzałem postawić je po napisaniu wszystkie odrazu i zupełnie o nich zapomniałem.
— Zadepeszuj — radziła Asia.
— Zrobiłbym to z przyjemnością.
— Tak, już dawno nie robiłeś nic szalonego.
List jednak, pomimo, że był pozbawiony przecinków, został przyjęty niezmiernie życzliwie i już w trzy dni później Tomek otrzymał odpowiedź, w której Janek zawiadomił go o wysłaniu potrzebnych materjałów.
Materjały te rzeczywiście nadeszły i stanowiły przedmiot obrad następnego zebrania. Każdy chciał teraz pracować, każdy zamierzał zostać w przyszłości konstruktorem. Asia wyznaczała robotę i tego dnia niejedno dziecko w miasteczku zasypiało z nadzieją, że zdobędzie nagrodę na konkursie modeli samolotów.
Następnego dnia Tomek wpadł jak bomba do pokoju Asi.
— Asiu, Asiu!
— Co się stało?
— Czy czytałaś gazetę?
— Nie.
— Jest tam o twoim bracie przedruk z gazet warszawskich.
— O Janku?
— No przecież, że nie o Zygmusiu.
— A co takiego?
— Podobno w tych dniach rozpoczyna swój lot. Prawda, mam gazetę w kieszeni. Tomek wyjął gazetę i razem czytali obszerną wzmiankę o locie Janka.
— Dlaczego nic nie mówisz Asiu?
— Przelękłam się. Czyżby Janek zapomniał o swej obietnicy? Miał mnie przecież wezwać do Warszawy.
— Albo tu przyjechać. Może jeszcze przyjedzie. Janek nie przyjechał jednak. Nie zapomniał też o swojej obietnicy. Następnego dnia, pan Jasiński otrzymał obszerny list od rodziców Asi, z prośbą by wyekspedjował dziewczynkę do Warszawy.
Asia pakowała właśnie swoje rzeczy, gdy drzwi otworzyły się i hałas, jaki powstał w całem mieszkaniu świadczył dobitnie, że Tomek przybył z wizytą.
— Hurra! — wołał Tomek.
— Co się stało?
— Niech żyje Jan Mirski!
— Co się stało, Tomku?
— Niech żyje Asia!
— Oszalałeś!
— Niech żyje Warszawa!
— Może się uspokoisz nareszcie.
— Nie mogę tak odrazu.
— Usiądź!
— Daj mi trochę zimnej wody, to może ochłonę.
Asia przyniosła posłusznie szklankę zimnej wody, którą Tomek wypił natychmiast.
— Niech żyje Warszawa! — krzyknął po chwili znowu.
— Widzę, że ci woda nie pomogła, może ci przynieść lodu na głowę?
— Kpij sobie, kpij, a ja wiem swoje.
— Może i ze mną podzielisz się tą wiadomością?
— Owszem.
— A więc, słucham cię.
— Jutro jedziesz do Warszawy, Asiu.
— Tak, właśnie chciałam ci to powiedzieć.
— Wiem bez ciebie.
— Kto ci powiedział?
— Wiem i już.
— I dlatego się tak cieszysz? — zapytała Asia wyrzutem.
— Dlatego.
— Dziwna przyjaźń.
— Bo ja jadę z tobą.
— Jakto?
— A tak.
— Wmawiasz sobie, że pojedziesz.
— Ależ Asiu, daj mi dojść do słowa. A więc…
— Mówiono ci tyle razy, że nie zaczyna się zdania od słowa „a więc“. To bardzo złe przyzwyczajenie.
— A więc kto przerywa?
— Mów już.
— Mówię. Twoi rodzice napisali do moich rodziców, aby pozwolili mi przyjechać z tobą na kilkanaście dni do Warszawy.
— Jak to wspaniale!
— Cudownie! Jednym słowem jestem zaproszony do twoich rodziców. Czuję, że to twój Janek zrobił.
— A twoi rodzice zgodzili się?
— Z początku trochę oponowali, mówili, że mi to przeszkodzi, ale przekonałem ich ostatnią piątką z historji i czwórką z niemieckiego. Zwłaszcza tatuś był skłonny, aby mi uledz. Wiedzą przecież jak bardzo chciałbym pojechać do Warszawy! Cieszysz się, Asiu?
— Bardzo się cieszę.
Nazajutrz przeto dwoje dzieci z niezwykłą powagą zajmowało miejsce w wagonie.
— Tomku proszę cię, nie szalej po drodze, — upominała matka Tomka. — Czuję, że wylecisz z okna, albo coś podobnego.
— Ależ, mamo, napewno nic mi się nie stanie.
— Tak, mówisz, a ostatnio, jakeśmy jechali, wyleciałeś podczas biegu pociągu.
— Ależ, mamo, wtedy byłem małem dzieckiem. To zupełnie co innego.
— Proszę cię Asiu, moje dziecko uważaj, aby ten szalony chłopiec nie popełnił jakiego głupstwa.
— Będę uważała, proszę pani.
— Prawda, zapomniałem, że jedzie ze mną rozsądna Asia, która nie pozwoli, abym wypadł z wagonu.
— Śmiej się, śmiej ze mnie.
— Naturalnie, bo przecież to ja będę się właśnie tobą opiekował.
— Ja opieki nie potrzebuję.
— Ja też nie.
— To się dopiero okaże.
— Wprawdzie kusi mnie niewymownie ta rączka hamulca — oświadczył Tomek. — Coby to było, gdybym nagle podczas jazdy zatrzymał pociąg w pełnym biegu.
— Nic wielkiego. Zapłaciłbyś dużą karę i wątpię czy dojechałbyś tak spokojnie do Warszawy.
Tomek westchnął.
— Bądź spokojna mamo, nie zatrzymam pociągu. Poczekam na jakiś odpowiedni a niezwykły wypadek.
— Chroń was Boże od wypadku — zawołała matka przestraszona.
— Przecież nie znaczy to, że wypadek się zdarzy. Ale gdyby nas przypadkiem napadli bandyci, to zatrzymałbym pociąg w mgnieniu oka, nie straciwszy zimnej krwi.
— Doprawdy Tomku jesteś nieznośny.

Nastąpiły ostatnie pocałunki i pożegnania. Potem Tomek i Asia zajęli przykładnie miejsca naprzeciwko siebie. Oboje siedzieli przy oknie. Po chwili pociąg ruszył.


ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

— Czy myślisz, że uda im się wydostać z niebezpieczeństwa? — zapytała Asia cicho Tomka.
Tomek był tak zajęty, pochłanianiem akcji, rozgrywającej się na ekranie, że nie odrazu usłyszał pytanie.
— Co mówisz? — zapytał z roztargnieniem.
Asia powtórzyła.
— Ależ naturalnie, jestem przekonany, że w ostatniej chwili Tom Mix zjawi się i ich uratuje. O widzisz, już jest.
Rzeczywiście, po chwili już słychać było po całej sali, tętent kopyt końskich i z za drzew ukazał się Tom Mix, pędzący na swym wspaniałym koniu.
— Ach, jak on jedzie! — szepnął Tomek zachwycony.
Tom Mix jeździł rzeczywiście wspaniale. Bez wahania przeskakiwał wszelkie przeszkody. Jednym susem przesadził wielki rów, napełniony wodą, wspinał się na wzgórza, zjeżdżał stromą ścieżką. Wydawać się mogło, że dla niego i dla jego konia nie egzystuje nic trudnego na świecie.
— Widzisz, za chwilę ich uratuje — szepnął Tomek.
Asia patrzyła uważnie. Przejmowały ją żywo losy jasnowłosej bohaterki, którą przed chwilą schwytali bandyci, usiłując dowiedzieć się od niej, gdzie jej ojciec przechowuje pieniądze, przeznaczone na wypłatę dla robotników.
— Ale czy da sobie radę? — powiedziała z powątpieniem — przecież on jest jeden, a ich kilku.
— O, bądź spokojna, jakoś to będzie, — odpowiedział Tomek, nie wiedząc wprawdzie w jaki sposób bohater wybrnie z ciężkiej sytuacji, ale mając niezłomną pewność, że napewno nie zginie.
Już po chwili zresztą okazało się, że Tomek ma słuszność. Tom Mix walczył za dwóch, za czterech, za dziesięciu, zarzucił lasso na szyję koniom, strzelał z dwóch rewolwerów jednocześnie, wskakiwał na dach, zeskakiwał w najmniej spodziewanej chwili, aż wreszcie bandyci, poddali się bez wahania, a jasnowłosa bohaterka znalazła się w jego objęciu.
Jeszcze chwila i Tom Mix wjeżdżał tryumfalnie do rodzinnego miasteczka.
— Bardzo ładny obraz — westchnęła Asia.
— Pyszny jest ten Mix — zachwycał się Tomek. — Chciałbym być takim cowboyem.
— O, zbyt prędko zmieniasz upodobania — zauważyła Asia.
— Nie zmieniam wcale, ale to musi być bardzo przyjemnie cwałować na takim pięknym koniu, przez lasy i stepy, ratować nieszczęśliwych, zwyciężać złych.
— Przecież to nie jest naprawdę, a tylko w filmie.
— Tak, to prawda.
— Chodźmy już, Tomku.
— Chwileczkę jeszcze. Chciałbym rozejrzeć się po kinie. Wiesz Asiu, to bardzo ładne kino.
— Bo to jedno z najładniejszych kin Warszawy.
— Wogóle bardzo mi się podoba ta Warszawa — westchnął Tomek.
Było to zdanie, które w ciągu ostatniego tygodnia powtarzał Tomek bardzo często.
Znał wprawdzie Warszawę, był już dwa razy, ale miało to miejsce przed kilku laty i Tomek nie przypominał sobie miasta dokładnie. Teraz zaś zachwycało go wszystko.
Pierwszego wieczora, gdy dzieci przyjechały oczekiwała na nie cała rodzina Asi, obecny był nawet mały Zygmunt. Przez chwilę Tomek czuł się zmieszany. Widział czułe powitanie Asi z rodzicami i z braćmi i poczuł się jakgdyby obcy i niepotrzebny. Lecz już po chwili, Janek zajął się z nim na dobre. Wziął go pod rękę zupełnie jakgdyby miał do czynienia nie z uczniem trzeciej klasy, a z dorosłym kolegą. Po przybyciu zaś do domu zajęto się nim równie troskliwie jak z Asią i już po godzinie, siedząc przy kolacji, Tomek czuł się swobodnie jak we własnym domu.
Państwo Mirscy zaopiekowali się chłopcem jak synem, a Asia podwoiła uprzejmość, jakby czując, że u niej w domu, Tomkowi należy się więcej względów niż zwykle, Tomek nawet zwrócił na to kilkakrotnie uwagę:
— Strasznie coś jesteś elegancka Asiu, zupełnie jak dorosła dama.
— A cóż ty myślisz, właściwie ja jestem już zupełnie dorosła.
— W takim razie ja także jestem już dorosły.
— O nie, chłopcy to zupełnie co innego.
— Wmawiasz sobie moja mała — obraził się Tomek.
— Wcale nie, to przecież dowiedzione, że dziewczynki są o wiele inteligentniejsze i doroślejsze od chłopców w tym samym wieku.
— Ciekawym bardzo kto ci to powiedział?
Asia jednak przypomniała sobie, że ma do czynienia z gościem, ustąpiła więc szybko:
— Może mi się zresztą wydaje — powiedziała łagodnie — w takim razie oboje jesteśmy już dorośli. Chodź Tomku mama zostawiła dla nas na podwieczorek ciastka z kremem.
— Wiesz, wobec tego wolę nie być dorosłym. Dorosłym nie wypada zajadać się tak ciastkami jak ja to czynię.
— A widzisz!
Zaraz następnego dnia po przyjeździe, Asia i Janek zabrali się do oprowadzania Tomka po Warszawie. Zwłaszcza Asia, gdyż Janek był bardzo zajęty przed odlotem, który miał nastąpić za kilka dni. Nie mówiono o tem wiele w domu, czuło się jednak, że wszyscy tylko o tem myślą.
Mimo licznych zajęć znalazł jednak Janek kilka godzin czasu i zaprowadził swego małego przyjaciela na lotnisko, do instytutu aero-dynamicznego, do Ligi Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej i poszedł z nim na długi spacer do Łazienek.
— Coście robili w Łazienkach? — spytała go Asia po powrocie, gdyż Janek i Tomek poszli we dwójkę, Asię zabrała na spacer matka, która chciała z nią pomówić o jej życiu w miasteczku.
— Łazienki są cudowne — powiedział Tomek z zapałem.
— A co mówił Janek, czy rozmawialiście o jego odlocie?
— O, nie mówił nic specjalnego — odpowiedział Tomek i szybko zmienił temat rozmowy:
— Zwiedziliśmy zamek. Strasznie mi się podobał.
W rzeczywistości jednak Janek rozmawiał z Tomkiem bardzo długo właśnie o swoim locie.
— Myślę, że powrócę szczęśliwie — powiedział. — Gdyby jednak, gdyby mi się coś stało…
— Nie, nie, panu się nic nie stanie — zawołał gorąco Tomek.
— Ja też tak myślę, ale musimy jednak przewidzieć i tę ewentualność. Więc gdybym nie wrócił…
— Pan wróci, jestem pewny, że pan wróci.
— Gdybym jednak nie wrócił, to proszę cię, Tomku, zaopiekuj się Asią, nie pozwól jej się za bardzo martwić. Nie zostawiaj jej samej.
— Dobrze — odpowiedział Tomek drżącym głosem.
— Tak, ale widzę, że ty już martwisz się na zapas — żartował Janek, widząc, że oczy chłopcy napełniają się łzami.
— O, jabym tego nie zniósł, żeby pan nie wrócił! — wykrzyknął chłopiec.
Janek uśmiechnął się. Uścisnął rękę chłopca.
— Proszę cię, przyrzeknij mi, że w razie czego postarasz się, aby Asia nie pogrążyła się w rozpaczy.
— Obiecuję to panu — wyszeptał Tomek, wstrzymując z trudem łzy i usiłując się uśmiechnąć.
— Bo widzisz, ja ze wszystkich bliskich na świecie najbardziej kocham tę małą. Wiesz, gdy Asia była zupełnie malutka i płakała to wystarczyło, abym wszedł do pokoju i natychmiast się uspakajała.
Janek zamyślił się, jakgdyby wspominając te chwile gdy był chłopcem, któremu nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Tomek milczał także, starając się uspokoić. Prośba Janka wywarła na nim ogromne wrażenie. Nie dlatego, że poczuł się, jakgdyby doroślejszym przez to okazane mu zaufanie, a dlatego, że po raz pierwszy właściwie zdał sobie jasno sprawę z grożącego Jankowi niebezpieczeństwa. Dotychczas nie myślał jakoś o tem. Wiedział wprawdzie, mówił nawet na ten temat, ale nie czuł tego. Teraz dopiero zrozumiał, że Janek mógł poprostu nie wrócić więcej. Odlecieć za kilka dni, jak to było postanowione, a potem zaginąć. Tak łatwo przecież można zmylić drogę, zabłądzić, może zabraknąć benzyny, burza może przeszkodzić dalszemu lotowi, wyczerpanie może uniemożliwić przybycie do celu!
Tak, Tomek dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę z szeregu niebezpieczeństw, które groziły Jankowi. Wiedział o nich wprawdzie przedtem także, lecz jakoś ich nie odczuwał. Teraz zaś siedział obok Janka nieruchomy, w milczeniu, przejęty swemi myślami, zatrwożony o los swego dorosłego przyjaciela.
— Widzisz Tomku — usłyszał głos Janka. — Powiedział raz Napoleon, że jeżeli chce się osiągnąć swój cel, to przeszkody nie należy uważać za przeszkodę. Zrozumiałeś?
Tomek skinął potakująco głową. Bał się odpowiedzieć, gdyż czuł, że przy pierwszych słowach głos mu się załamie i wybuchnie płaczem, jak dziecko, a nie jak dorastający chłopiec, któremu Janek powierzył pieczę nad swoją ukochaną siostrą.
Przez ten cały dzień Tomek był milczący i nieswój, aż Asia zauważyła z przekąsem:
— Widzę, że Łazienki źle na ciebie podziałały.
Nazajutrz jednak Tomek obudził się wesoły i swobodny jak zwykle. Słońce świeciło tak jasno, Janek był w tak świetnym humorze, że wydało mu się niepodobieństwem aby mogło wydarzyć się coś złego.
— Dzisiaj ja cię oprowadzam po Warszawie — zadecydowała Asia.
Zwiedzili więc razem Stare Miasto, i Muzeum Narodowe. Wszystko przejmowało Tomka prawdziwym zachwytem i Asia, która znała to wszystko dobrze, patrzyła teraz jakby innemi oczyma, zauważając szczegóły, na które nie zwracała uwagi, a które teraz uwydatniał zachwyt Tomka.
Następny dzień dzieci spędziły w Ogrodzie Zoologicznym.
— Strasznie lubię zwierzęta — oświadczył Tomek karmiąc zwierzęta przez kratę.
— Zobacz Asiu, te niedźwiadki są naprawdę rozczulające.
— Mnie się podoba najbardziej tygrys.
— Mnie też, ma takie wspaniałe, zagniewane spojrzenie.
— Pomyśl coby się stało, gdyby mógł się wydostać.
— Wolę o tem nie myśleć.
Potem zkolei zachwycił ich ryś.
— O, ten ryś jest zupełnie bezpieczny — wyjaśnił dozorca — można się z nim bawić jak z kotkiem, a ten drugi jest bardzo złośliwy i zły.
— To tak jak u ludzi, jeden dobry a drugi zły — powiedział Tomek, a Asia roześmiała się.
— Widzę Tomku, że filozofujesz.
— Trzeba się niekiedy zastanowić nad życiem — oświadczył Tomek z powagą.
Po chwili jednak zapomniał o swem postanowieniu, śmiejąc się do rozpuku nad niezgrabnemi ruchami niedźwiedzia i podczas sztuk słonia.
— Asiu, to była pyszna zabawa! — powiedział, gdy wychodzili śpiesząc się do domu.
— Pyszna!
— Mam wrażenie, że to są wakacje i muszę przyznać, że prawdziwych wakacji nie spędziłem tak przyjemnie.
— Ojciec obiecał, że nas jutro zabierze do cyrku.
— Wiesz, Asiu, gdybym nie był na ulicy, to fiknąłbym kozła z radości.
Tomek nie fiknął wprawdzie kozła, jego rozradowana mina jednak świadczyła wyraźnie o świetnym humorze.
Po cyrku nastąpiła jednodniowa przerwa spowodowana wiadomością, że może Janek pojedzie o dzień wcześniej niż zamierzał.
— Co dziś robimy Asiu? — zapytał tego dnia Tomek.
— Zwiedzimy katedrę i pomodlimy się za szczęśliwy powrót Janka.
— Doskonale! Za chwilę będę gotowy.
Tego samego dnia jednak okazało się, że odlot Janka nastąpi dopiero za kilka dni. Następnego dnia zatem Asia i Tomek poszli do kina.
— Tak Asiu, — mówił Tomek, wychodząc z kinematografu na ulicę — bardzo mi się tu podoba. Nie dam sobie teraz rady w naszem miasteczku.
— Chciałbyś stale mieszkać w Warszawie?
— Naturalnie, — odpowiedział w pierwszej chwili Tomek, potem jednak zamyślił się i dodał:
— Właściwie, to nie. Chciałbym tylko przebywać w Warszawie kilka miesięcy w roku. Kilka miesięcy chciałbym spędzać u nas w miasteczku, bo jednak tam jest bardzo przyjemnie. Las tak blisko, woda, takie zabawne wąskie uliczki, nasza apteka…
Tomek zamyślił się i nagle poczuł lekką tęsknotę.
— Tak, tu jest bardzo ładnie, ale jednak jestem przyzwyczajony do tamtych stron.
— A gdziebyś spędzał pozostałe miesiące? — zapytała Asia.
— Jakie miesiące?
— Powiedziałeś kilka miesięcy tu, kilka miesięcy tam.
— Razem mogłoby ich wprawdzie być dwanaście — roześmiał się Tomek, — myślałem jednak o tem, że resztę spędziłbym na wspaniałych podróżach. Podróżowałbym po całym świecie. Wiesz, Asiu, chciałbym polować na słonie w Afryce, pojechać na walkę byków do Hiszpanji.
— Walka byków, fe, to obrzydliwość!
— Tak, ale jednak chciałbym zobaczyć. Pojechałbym do Włoch, chciałbym zwiedzić Japonję.
— Jednem słowem, wszystko cały świat!

— Tak Asiu, cały świat!


ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Asia obudziła się nagle. W jadalnym pokoju zegar wybił godzinę trzecią i Asia spostrzegła ze zdziwieniem, że poprzez szybę w drzwiach, wpada do pokoju światło. Widocznie w gabinecie ojca paliła się jeszcze lampa.
— Może zegar źle wybił — pomyślała dziewczynka i spojrzała na swój mały zegarek, leżący na stoliku nocnym. Lecz ten także wskazywał godzinę trzecią.
— Ach, prawda, — pomyślała nagle Asia — przecież to Janek odleciał.
Podniosła się na łóżku i przypomniała sobie wszystko. O godzinie piątej nastąpił odlot Janka. Janek, otoczony kolegami, uśmiechał się zadowolony i radosny, jakgdyby nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Wydawać się mogło, że nikt wokoło nie myślał o niebezpieczeństwie, wszyscy byli podnieceni i uradowani. Nawet ojciec, który przecież tak bardzo kochał Janka, nawet matka, która też kochała go jak rodzonego syna. Nikt jakoś nie okazywał niepokoju. Nawet Asia podczas tych długich chwil spędzonych na lotnisku, czuła tylko dumę i podziw dla odwagi brata. A najbardziej cieszył się Tomek. Teraz nie myślał wcale o łzach i wzruszeniu. Janek wydawał mu się bohaterem, któremu nic złego wydarzyć się nie może, który musi zawsze zwyciężyć.
— Ach, Asiu — powtarzał Tomek bez przerwy — jak ja mu zazdroszczę, jak jabym strasznie chciał być na jego miejscu.
Starał się teraz być jaknajbliżej Janka, aby jeszcze raz usłyszeć od niego jakieś miłe słowo, aby jeszcze raz ujrzeć jego promienny uśmiech przed odlotem. Pomimo wczesnej pory, lotnisko było przepełnione tłumami ludzi. Janek otrzymał mnóstwo kwiatów, fotografowano go, filmowano.
— Jak prawdziwego bohatera — poczuła Asia z dumą.
Janek rozmawiał, uśmiechał się, nie okazywał najmniejszego niepokoju, chętnie udzielał dziennikarzom informacji, mówił co zabiera ze sobą, ile ma benzyny, jak długo powinien lot trwać o ile nie zajdzie nic nieprzewidzianego. Nie znać było po nim ani śladu zdenerwowania. Spoglądał jedynie często na zegarek, jakgdyby pragnął przyspieszyć chwilę odlotu.
Wreszcie orkiestra zagrała hymn narodowy i Janek zaczął się pośpiesznie żegnać z rodziną. Teraz też nie było czasu na rozczulenie się. Wprawdzie Asia szepnęła kilka razy:
— Janku, ty przecież wrócisz.
Lecz sama była zupełnie przekonana, że nie może stać się inaczej, Janek musi powrócić.
Zresztą, nie było czasu na wzruszenia i na długie pożegnanie. Jeszcze raz Janek całował rodzinę, nie wyłączając uszczęśliwionego Tomka. Potem musiał zwrócić się w stronę kolegów, którzy oczekiwali na pożegnanie.
W chwilę później Janek był już wewnątrz samolotu i unosił się w górę. Powiewały ku niemu chusteczki w rękach wszystkich obecnych. Tomek zaś trzymał rękę wysoko w górze najdłużej. Ludzie zaczynali się już rozchodzić, a on wciąż powiewał swoją chustką, przekonany, że Janek go widzi, lub domyśla się, że to on właśnie stoi.
Patrzyli długo, aż do chwili, gdy samolot znikł zupełnie, rozpłynął się w oddali, wtedy powoli wrócili do domu. Przed bramą lotniska stało kilku fotografów i ci pośpiesznie sfotografowali wychodzących.
W następnych godzinach dnia wciąż jeszcze nie było czasu na smutek. Przedewszystkiem, we wszystkich gazetach porannych ukazały się obszerne artykuły o locie Janka. Niemal wszędzie były także umieszczone fotografje i jego biografja. Nie zawsze ścisła, nie wszędzie jednakowa, ale mniej więcej opisywano życie Janka i ważniejsze z niego epizody. Tomek pobiegł na ulicę i przynosił wszystkie możliwe pisma. Rodzice, Asia, Tomek i nawet mały Zygmuś, wszyscy siedzieli w jadalnym pokoju i czytali po kolei każdy artykuł. Teraz Asia też czuła tylko dumę i ta duma nie pozwalała smutkowi zapanować w sercu dziewczynki. W jakiś czas później ukazały się dodatki nadzwyczajne, opisujące szczegółowo odlot Janka. Te dodatki zajęły specjalnie Tomka i Asię, gdyż opisywały sprawy, przy których byli obecni. Znaleźli tam też swoje własne fotografje, raz w chwili pożegnania, a drugi raz już po odlocie.
Rodzina Jana Mirskiego opuszcza lotnisko — brzmiał napis pod fotografją.
— Widzisz, Asiu, — zawołał Tomek uradowany — zostałem zaliczony do rodziny.
— Ja mam ciągle takie wrażenie, że należysz do rodziny — przyznała chętnie Asia, a to napełniło Tomka jeszcze większem rozradowaniem.
— Nie wiedziałem wcale, że tyle ważnych osobistości znajdowało się na lotnisku — zawołał po chwili chłopiec, odczytując listę osób.
— Ale Janek był dziś chyba najważniejszą osobą.
— Poczekaj, jutro będzie dopiero najważniejszą.
— Jutro — westchnął ojciec — chciałbym, aby już było to jutro.
Wtedy po raz pierwszy poczuła Asia lekki cień niepokoju, lecz cień ten minął szybko, gdyż matka zaczęła nawoływać, aby ubrała się prędzej. Poszli wszyscy na nabożeństwo, które odprawiano na intencję szczęśliwego lotu Janka. Gdy wrócili do domu, rozległy się wołania na ulicy, niezwykle tego dnia ożywionej.
— Dodatek nadzwyczajny, dodatek nadzwyczajny! Szczegóły lotu Jana Mirskiego!
Tomek w mgnieniu oka znalazł się na ulicy i po sekundzie powrócił, powiewając białą płachtą gazety i wołając na całe gardło:
— Janek leci szczęśliwie. Tymczasem leci z rekordową szybkością, jeżeli tak dalej pójdzie, to przeleci w ciągu dwudziestu sześciu godzin.
— On marzył o dwudziestu pięciu.
— A czy nie grozi jakaś burza — zapytała matka, która od rana obserwowała mimowoli barometr, jakgdyby pogoda w Warszawie mogła mieć wpływ na podróż Janka.
— Nie, tymczasem sygnalizują pogodę.
Asia wyjrzała przez okno i zobaczyła, że tłumy ludzi otaczają chłopców, sprzedających dodatek nadzwyczajny.
— Zobacz Tomku, — powiedziała — jak wszyscy interesują się lotem Janka. Janek jest chyba najważniejszą dziś osobą w Warszawie.
— W Warszawie? — oburzył się Tomek — chciałaś chyba powiedzieć w całej Polsce.
— To prawda!
— Na całym świecie interesują się jego lotem. Czytałaś przecież w gazetach przedruki z pism zagranicznych.
— To prawda — powiedziała Asia i znowu uczucie dumy stłumiło możliwość lęku. Wieczorem ukazały się znowu dodatki nadzwyczajne. Janek przeleciał szczęśliwie nad Azorami i rzucił wieniec w miejscu śmierci Idzikowskiego.
A jednak tamten zginął — przypomniała sobie z przerażeniem Asia.
— Tak, ale widzisz Janek przeleciał szczęśliwie.
— Ach, tyle ma jeszcze drogi przed sobą — westchnęła dziewczynka.
— Chodź, Asiu, przejdziemy się trochę — namawiał Tomek — zobaczymy, co się dzieje na mieście.
Wyszli więc. Ulice były gwarne i ożywione, przed redakcjami zbierały się grupy ludzi oczekujących na jakichkolwiek wiadomości. Wewnątrz redakcji telefony działały bez przerwy, pytano wciąż o szczegóły lotu Mirskiego.
— Spójrz, spójrz Asiu, — zawołał nagle Tomek, wskazując na afisz przed kinem.
Dziewczynka spojrzała.
— Zdjęcia odlotu Jana Mirskiego.
— Jak prędko!
— Wiesz, Asiu, chodźmy zobaczyć. Obejrzymy tylko ten nadprogram i zaraz wrócimy do domu.
— Nie mamy przy sobie pieniędzy.
— Ja mam kilka złotych. Chodź, chciałbym strasznie zobaczyć teraz Janka.
— Ja też.
Weszli do kina. Program miał się właśnie za chwilę zacząć i ledwo Asia z Tomkiem usiedli, ściemniło się i na ekranie ukazało się lotnisko.
— Jakie to dziwne — szepnęła Asia.
Widzieli teraz przed sobą Janka, który w rzeczywistości leciał oddalony od nich olbrzymią przestrzenią. Widzieli go wyraźnie przed sobą, jego uśmiech, jego promienne spojrzenie. Przeżywali jeszcze raz chwilę pożegnania. Oto Janek spogląda na zegarek niecierpliwym wzrokiem, oto ściska serdecznie dłoń swego przyjaciela, także lotnika.
— O patrz Tomku, to my.
Rzeczywiście na ekranie ukazała się teraz grupa przedstawiająca rodzinę Janka. Asię uchwycono w chwili, gdy całowała się z Jankiem.
Potem samolot wzniósł się w górę i jeszcze raz przeżyli tę chwilę, gdy Janek oddalał się od nich, uciekał, znikał wysoko w górze.
— Chętnie zobaczyłbym to wszystko poraz drugi — powiedział Tomek.
— To niemożliwe, musielibyśmy przesiedzieć na całym programie.
— Właściwie nie mamy nic do roboty. A tak to prędzej czas minie.
— Nie powiedzieliśmy przecież w domu, że wychodzimy tylko na chwilę. Zresztą mogą przez ten czas ukazać się jakieś wiadomości o Janku.
— To chodźmy — zgodził się Tomek.
W domu zastali rodziców siedzących przy radjo. Nadawano ostatnie wiadomości z przelotu Janka, opowiadano o nim rozmaite szczegóły.
— Żyjemy dziś pod znakiem Mirskiego — entuzjazmował się Tomek. — Ach Asiu, jak ja ci zazdroszczę, że masz takiego brata.
Potem, przed późną kolacją, przybyła jeszcze jedna wiadomość. Janek leciał szczęśliwie wybraną drogą, widziano go z okrętu.
— Bogu dzięki, wszystko idzie szczęśliwie — odezwała się matka. — Połóżcie się spać dzieci, wcześniej. Od piątej jesteście przecież na nogach.
Lecz dzieci zaprotestowały. Jedynie Zygmuś, któremu oczy zamykały się ze zmęczenia, położył się spać, jak mówił, na chwilkę i zasnął natychmiast. Asia i Tomek natomiast usadowili się po kolacji na balkonie i patrzyli w gwiaździste niebo, jakgdyby mogli ujrzeć jeszcze niknący w oddali samolot Janka. Teraz, gdy uspokoił się trochę całodzienny gwar i ruch, gdy umilkły stopniowo głośniki radjowe, gdy ciemna noc zwyciężyła jasność dnia, dziewczynka poczuła lekki niepokój. Niepokój ten wzmagał się.
— Niedługo wypuszczą znowu dodatek nadzwyczajny — pocieszał ją Tomek.
Dodatek ukazał się rzeczywiście. Wiadomości jednak zawarte w nim nie były wcale pocieszające.
Wbrew przewidywaniom przepływające okręty nie widziały samolotu. Sygnalizowano natomiast burzę po drodze.
— Ach, Boże, — zawołała Asia — może Janek zmylił drogę.
Tomek poczuł także przerażenie, pragnął jednak uspokoić Asię.
— Jeżeli nawet zmylił to napewno, gdy burza przejdzie, poleci właściwie.
— Ależ Tomku, czy nie rozumiesz tego, że może wtedy zabraknąć benzyny.
Tomek rozumiał to świetnie, udawał jednak beztroskę i spokój.
— Jestem pewny, że wszystko pójdzie dobrze. Napewno lada chwila zatelefonują nam z redakcji, że mają wiadomość.
W redakcji bowiem „Kurjera“ obiecano panu Mirskiemu, że natychmiast zatelefonują, jeżeli nadejdzie jakakolwiek wiadomość. Minęła jednak godzina jedna, potem druga, a żadnej wiadomości nie było.
— Może telefon zepsuty — powiedział Tomek i podnosił słuchawkę. Telefon działał jednak prawidłowo.
— A może zapomnieli poprostu zadzwonić.
— Połączył się przeto z wielkim trudem, gdyż telefon był wciąż zajęty z redakcją.
— Nie, nie mamy żadnych wiadomości. Zachodzi obawa, że coś się wydarzyło Mirskiemu podczas burzy.
Te ostatnie słowa zachował Tomek dla siebie, powtórzył tylko drżącym trochę głosem:
— Nie, niema jeszcze żadnych wiadomości, oczekują lada chwila.
Asia rozpłakała się nagle.
— Asiu, kochanie uspokój się, nie płacz. Napewno za chwilę dowiemy się, że Janek leci szczęśliwie — uspokajała ją matka.
Dziewczynka jednak nie przestawała płakać. I podczas tego płaczu, zmęczona zasnęła widocznie, w każdym razie nie pamiętała, co się z nią stało. Teraz obudziła się, słysząc bicie zegara. Leżała w różku, widocznie matka rozebrała ją i położyła.
— Ach Boże, spałam tyle godzin i nic nie wiem, co się dzieje, napewno były już jakieś wiadomości od Janka.
Zapaliła lampkę i szybko zaczęła się ubierać. Tomek widocznie też nie spał, gdyż po chwili otworzyły się drzwi i zajrzała głowa chłopca:
— Nie śpisz Asiu? — zapytał cicho.
— Obudziłam się przed chwilą. A tyś spał, Tomku?
— Spałem trochę, ale już nie śpię od godziny, usłyszałem, że się poruszasz, więc przyszedłem.
— Tomku, czy była jakaś wiadomość?
Chłopiec potrząsnął przecząco głową.
— Tomku, powiedz mi czy to znaczy, że Jankowi stało się coś złego?
— Nie, chyba nie, — odpowiedział niepewnym głosem.
Może motor się zepsuł?
— W takim razie opuściłby się na wodę.
— Może nie zdążył wyrzucić benzyny.
— Nie wierzę w to. Janek jest taki przytomny.
— A jeżeli nawet zdążył, to może zginąć bez żadnej pomocy.
— Ależ Asiu, jakiś okręt by go spostrzegł.
— Zapomniałeś, że Hausner widział osiemnaście przejeżdżających okrętów, a żaden go nie zauważył.
Tomek milczał. Przez chwilę mignęła mu w wyobraźni postać samotnego Janka, oczekującego nadaremnie pomocy.
— Ale jednak wyratowano koniec końców Hausnera — zawołał po chwili z tryumfem i Asia musiała uznać ten argument za nieodparty.
— Przejdźmy do gabinetu, może dowiemy się czegokolwiek. W gabinecie czuwali rodzice. Jedynie Zygmuś spał tej nocy.
— Niema żadnej wiadomości — szepnął ojciec, nie zdziwiwszy się wcale, że dzieci weszły ubrane.
— Przecież to niemożliwe, napewno nad ranem nadejdzie jakaś depesza — zawołał Tomek.
Ojciec nie odpowiedział. Być może, przypominał sobie podobną noc, gdy rodzina Idzikowskiego, w swoim czasie, oczekiwała zapewne z podobną niecierpliwością jakiejkolwiek wiadomości, a zamiast niej ujrzała nazajutrz w gazecie jego nekrolog.
Asia usiadła w głębokim fotelu i przymknęła oczy, udając, że drzemie. Nie spała jednak wcale, nie chciała tylko rozmawiać z nikim, nawet z Tomkiem. Wydawało jej się w tej chwili, że tylko ona jedna może zdać sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie zawisło nad głową Janka. Wydawało jej się, że widzi go zawieszonego między życiem a śmiercią, między niebem a wodą. Daleko, gdzieś w nieznanem nikomu miejscu, znajdował się Janek. Zewsząd czyhała na niego śmierć, zewsząd groziło niebezpieczeństwo.
Wydawało się Asi, że słyszy pluskot fal, że widzi ciemne, spienione wody. Może burza targała teraz samolotem, może wicher strącał go z drogi. Cóż stało się z Jankiem? Gdzie znikł? Czy żył jeszcze?
Wydawało się Asi, że ocean olbrzymieje, że rośnie, wzmaga się, że nigdy Janek nie zdoła go przelecieć, nigdy nie dotrze do celu.
— Asiu, Asiu! — usłyszała czyjś zatrwożony głos.
— Co się stało? — zapytała, otwierając oczy. Matka nachylała się nad nią.
— Coś ci się widocznie przyśniło, bo krzyknęłaś.
— Krzyknęłam, to dziwne, nie słyszałam wcale.
— Krzyczałaś przez sen.
— Nie spałam przecież.
— W każdym razie krzyknęłaś.
— Wydawało mi się, że Janek wzywa pomocy.
Nikt nie powiedział teraz ani słowa. Wszyscy myśleli o tem samem, że może tam, w nieznanej dali, Janek rzeczywiście napróżno wzywa pomocy, a oni wszyscy, pomimo miłości, jaką czują do niego, niczem mu nie mogą pomóc, nic na to poradzić.
Mijały godziny.
— Już piąta — szepnęła matka, słysząc bicie zegara.
I wszyscy pomyśleli jednocześnie, że wczoraj o tej godzinie Janek uśmiechnięty i radosny wznosił się w górę.
Mijały godziny. Przyniesione przez Tomka gazety poranne stwierdzały zgodnie brak wszelkich wiadomości o Janku i zawiadamiały o burzy, która przeszła na jego drodze.
Asia siedziała nieruchomo w fotelu. Była już godzina siódma.
— Asiu, połóż się trochę — szepnął Tomek — rozchorujesz się.
— Nie mogę, nie chcę. Tomku, Jankowi napewno stało się coś złego.
Tomek nachylił się nad nią. Niezręcznym ruchem pogłaskał po ręce. Przypomniał sobie tę chwilę, gdy Janek siedział obok niego w Łazienkach, słyszał jego głos:
— Zaopiekuj się Tomku Asią.
— Niewiadomo Asiu, — szeptał, — może go nie zauważono, może wybrał inną, gorszą ale krótszą drogę. Przecież dopiero minęła doba.
Śród ciszy, która nastąpiła po tych słowach, nagle zabrzmiał telefon.
Ojciec chciał podnieść słuchawkę, ale zadrżała mu ręka.
— Przyjmij ty, Tomku — szepnął.
Asia zrozumiała, że obawia się, że usłyszy teraz złą wiadomość.
Tomek zrozumiał to także i głos mu się załamał, gdy wypowiedział niewyraźnie:
— Proszę!
— Redakcja mówi — zawołał po chwili. — Słucham!
Potem nastąpiła chwila milczenia, chwila króciutka wprawdzie, lecz wszystkim w gabinecie wydawało się, że nigdy się nie skończy.
— Co się stało? — zawołał Tomek i Asia zauważyła, że chłopiec zbladł przeraźliwie. Stanęli wszyscy obok telefonu, jakgdyby mogli słyszeć rozmowę z tamtej strony.
Tomek wypuścił z rąk słuchawkę. W oczach miał łzy, lecz usta uśmiechały się radośnie.
— Janek doleciał — zawołał drżącym głosem. — Janek doleciał. Wylądował w New Yorku w rekordowym czasie.
— Czy napewno, Tomku, czy jesteś pewny, że ci właśnie to powiedziano?
— Nie jestem przecież szalony — roześmiał się Tomek, — ale teraz napewno oszaleję z radości.
W godzinę zaś później, wszędzie, na całym świecie tłumy ludzi czytały w dodatkach nadzwyczajnych o zwycięstwie Jana Mirskiego,— polskiego lotnika.

KONIEC





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Dromlewiczowa.