Siostra lotnika/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Dromlewiczowa
Tytuł Siostra lotnika
Podtytuł Powieść dla młodzieży
Data wydania 1933
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz Druk. „Floryda“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ CZWARTY

Najbliższej niedzieli wszystkie dzieci w miasteczku z dziwną jednomyślnością przynaglały do podania obiadu. Spożywszy zaś ten obiad, który mniej więcej odbywał się u wszystkich, o jednej porze, przygotowywały się wyraźnie do szybkiego wyjścia.
— Dokąd idziesz? — pytała tego dnia niejedna matka.
Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak samo wszędzie:
— Umówiłam się, lub umówiłem się z kolegami i koleżankami na drodze do rzeczki.
Żadne jednak z zapytywanych dzieci nie powiedziało rzeczy właściwe, dla nich najważniejszych:
— Idziemy na „lot Tomka“.
Lot Tomka był bowiem obwieszczony już od trzech dni. Nietylko klasa trzecia brała w tym locie gorący udział, lecz nawet uczniowie klas wyższych interesowali się niezmiernie niezwykłem przedsięwzięciem, pomimo, że pokrywali to zaciekawienie drwinami i pytaniami, pozbawionemi zdrowego sensu.
Tak czy owak Tomek wyznaczył niedzielę na dzień swego tryumfu lub porażki, miejscem zaś zbornem został mianowany domek rejenta. Wybrano ten domek z dwuch powodów. Przedewszystkiem znajdował się na krańcach miasteczka, zbiorowisko więc dzieci w tem miejscu nie zwracało tak bardzo uwagi, po za tem, jako domek rodziców Asi, stanowił poniekąd jej własność. Domek zaczęto właśnie odnawiać i Asia miała klucz od drzwi wejściowych, które zresztą można było śmiało zostawiać otwarte nic się bowiem jeszcze w mieszkaniu nie znajdowało.
Dzieci zebrały się dosyć punktualnie. Na werandzie domku znajdowała się już Asia, czyniąc honory domu. Tomek zajęty był, wewnątrz domu, wkładaniem na siebie dosyć skomplikowanej maszynerji jaką okazały się jego skrzydła i własnej konstrukcji spadochron.
— Kiedy rozpocznie się to pouczające widowisko? — zapytał któryś ze starszych uczni.
— Za chwilę — odpowiedziała uprzejmie Asia — czując w duszy olbrzymią tremę. Uważała się bowiem poniekąd, za sprawczynię tego wszystkiego, argumenty zaś Tomka oraz jego próby nie utrwaliły w niej wcale wiary w powodzenie przedsięwzięcia. Natomiast Tomek nie doznawał żadnych obaw.
Gdy już przed domem zebrała się dostateczna ilość widzów, Tomek zaś uporał się wreszcie z przygotowaniami rozległo się trąbienie.
Trąbiła Zuzia.
Wszyscy podnieśli głowy ku górze i ujrzeli Zuzię umieszczoną wygodnie na dachu.
— Za chwilę — wołała Zuzia przestawszy trąbić — za chwilę rozpocznie swój próbny lot nieustraszony lotnik i wynalazca. Prosimy o ciszę i skupienie, gdyż eksperyment należy do rzędu niebezpiecznych prób i może spowodować śmierć a conajmniej skaleczenie.
Po tem wezwaniu zapanowała cisza. Potem na dach wydostała się jeszcze jedna, nieco dziwaczna postać. Był to Tomek ubrany w gimnastyczne ubranie. Od ramion powiewały wielkie, czerwone skrzydła, wykrojone z sukienki Asi, ujęte w obramowanie bambusowe i związane na piersiach i plecach chłopca bardzo skomplikowanym systemem sznurków i drutów. W ręku trzymał Tomek coś w rodzaju parasolki. Był to również jedwab, tym razem czarny (ze starej chustki matki Tomka) osadzony na cienko wystruganej lasce i połączony z tą laską również wieloma drutami i sznurkami.
Tomek przeszedł się z tryumfującą miną po dachu, na dole zaś klaskano i śmiano się jednocześnie. Asia miała wielką ochotę aby zawołać:
— Tomku nie błaznuj.
Wstrzymała się jednak przypomniawszy sobie, że ona również brała czynny udział w tych przygotowaniach i że to jej sukienka właśnie zamieniła się na tę parę niezmiernie czerwonych wielkich skrzydeł.
— Czy będziesz skakał z tego dachu? — zawołał jeden z kolegów Tomka.
— Mogę z dachu — odpowiedział ochoczo Tomek.
— Z dachu to nie sztuka — zaoponowano.
— Za nisko!
— Dajcie spokój, za wysoko właśnie!
— Jeszcze chłopak się zabije.
— Przecież on nie będzie skakał tylko właśnie wniesie się w górę.
— A jak mu się nie uda?
— Próbował chyba.
— Głupi, wierzysz w to?
— Pewnie tkwi w tem jakaś sztuczka.
— Tomek przyznaj się, co zamierzasz?
— Jakto, nie rozumiem — obraził się Tomek.
— Będziesz latał?
— Mam zamiar.
— Wypróbowałeś aparat.
— Właśnie teraz wypróbuję.
— Jakto, nie próbowałeś przedtem?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo bardzo często coś udaje się raz a potem już się nie chce udać. Więc w razie gdyby się teraz udało, to chcę mieć świadków, że osiągnąłem co chciałem.
— A jak ci się nie uda?
— To co?
— To się skompromitujesz.
Tomek zrobił lekceważącą minę.
— Nie widzę w tem żadnej kompromitacji.
— A jak zlecisz?
— Skoro narażam moje życie.
— Och, zaraz życie. Z małego dachu zlecisz to jeszcze ci się nic nie stanie.
— Mogę sfrunąć z najwyższego drzewa.
— Nie namawiajcie go do szaleństw.
— Nie, oni mają słuszność. Ten dach jest do niczego. A zresztą gdybym się tu zabił, to byłoby ci może przykro tu mieszkać Asiu.
— Co ty wygadujesz?
— Tak, chodźcie trochę dalej, pójdziemy na polankę i tam spróbujemy.
— Dobrze.
Gromada dzieci podążyła naprzód. Z tyłu szła tryumfalnie Zuzia, trąbiąc od czasu do czasu i Tomek, któremu chłopcy wstępnej klasy pomagali z szacunkiem dźwigać skrzydła.
— Tu.
Stanęli wszyscy na polance i Tomek wskazał wysokie drzewo.
— Dobre to drzewo?
Po chwili Tomek, który był mistrzem w chodzeniu na drzewach, rozpoczął wspinanie się do góry wspomagany dobremi radami kolegów.
— Uważaj.
— Ostrożnie.
— Rozerwiesz te djabelskie skrzydła!.
— Widzisz Asiu, powiedział „djabelskie“, zupełnie jak w średniowieczu.
— Uważaj bo cię jeszcze spalimy na stosie.
— Jeżeli nie my, to rada pedagogiczna.
— I nie za latanie, a za nieprzygotowywanie lekcji.
— Nie przypominajcie mi teraz szkoły.
— Tak ci tam niedobrze?
— Nie powiem, aby było źle, ale teraz, w takiej wzniosłej chwili, gdy mam wznieść ku górze.
— Pokaż sztukę i przefruń nad szkołą.
— Postaram się.
Tomek wspinał się coraz wyżej.
Wreszcie jeden ze starszych chłopców zawołał:
— Dosyć. Jak masz spaść to przynajmniej nie z samego wierzchołka.
Słowa te jednak podraźniły ambicję Tomka, i wszedł jeszcze trochę wyżej.
— No, teraz uwaga — zawołał.
Wyprostował się, wyciągnął przed siebie ręce i rzucił się naprzód, ruchem takim samym, jakim rzuca się pływak z trampoliny do wody.
W chwilę później leżał w miejscu, nie bardzo oddalonem od drzewa, otoczony całą swoją publicznością.
— A jednak jego spadochron się otworzył — twierdziła uparcie Zuzia.
— To prawda.
— Skrzydła też zrobiły kilka obrotów.
— O co to, to nie, przeciwnie zaraz oklapły.
— Nie widziałeś.
Tak czy owak, właściciel czerwonych skrzydeł leżał na środku polanki i rozcierał ręką mocno stłuczony bok.
— Zrobiłeś sobie coś złego? — pytała przestraszonym głosem Asia.
— Nie chyba nie, — wymamrotał Tomek niechętnie.
— Widzisz, należało odbyć próbę — twierdził Wacek uczeń klasy czwartej.
— To właśnie była próba. Jeżeli chcecie mogę zaraz spróbować po raz drugi.
— Ani się waż.
— Zaraz się odważę. Już wiem o co chodzi. Szarpnąłem za silnie i właściwie skrzydła wcale nie działały, tylko spadochron. Rozumiesz?
— Rozumiem, że wystarcza raz popełnić głupstwo.
— Och, Asiu, jak jak nie lubię, gdy ty jesteś taka dorosła. Mówiłem ci, że przypominasz mi wtedy moją ciotkę.
— To skacz sobie.
— Zaraz.
Tomek zamierzał się podnieść. Okazało się jednak, że jest to zupełnie niemożliwe. Skrzywił się z bólu.
— Co się stało?
— Zdaje mi się, że coś sobie zrobiłem w nogę, o nie mogę nią zupełnie ruszyć.
— Słuchajcie, on mdleje, zobaczcie, jaki się zrobił blady — krzyknęła Zuzia.
— Przynieście trochę wody.
Lecz wody nie było nigdzie w pobliżu.
— Ja mam ze sobą flaszkę herbaty — zaofiarował się jeden z uczni.
— Dobrze, daj herbatę.
Polewano przeto bohaterowi nieudanego lotu twarz zimną herbatą, co miało ten skutek, że Tomek po chwili otworzył oczy.
— Co się stało? Zemdlałem? Doprawdy? Zdaje mi się, że złamałem nogę.
— Masz się z czego cieszyć.
Zebrana gromadka straciła mocno humor. Zwłaszcza starsze dzieci czuły, że nie powinny były dopuścić do skakania.
— Musimy go wziąć na ręce i zanieść do domu.
Z wielkim trudem wpakowano Tomka na ręce silniejszych kolegów i orszak ruszył, w dużo gorszym humorze, niż przybył. Jeden tylko Tomek nie martwił się jakoś. Fakt złamania jak sądził nogi pozwalał zapomnieć o niepowodzeniu jakiego doznał podczas latania.
— Ale jesteś ciężki Tomku!
— Zanieście mnie tylko do rogu głównej ulicy. Potem sprobuję iść sam, bo mama się przelęknie.
Pójście samemu okazało się jednak zupełnie niemożliwe. Wobec tego zaniesiono Tomka nie do domu, a do apteki, uprzedzając przedtem możliwie jaknajostrożniej jego ojca. Po chwili chłopiec znajdował się już u siebie w łóżku, a wezwany lekarz nastawiał mu nogę, która okazała się nie złamaną, a zwichniętą.
Tegoż dnia, Asia po długim namyśle, zabrała się do pisania listu:
— Kochany Janku!
— Spędzam tu czas jak ci już pisałam bardzo przyjemnie. Jest mi tylko tęskno za Wami. Wuj opiekuje się mną bardzo troskliwie, a po za tem poznałam wiele dzieci i z niektóremi się przyjaźnię.
Ten Tomek o którym ci już pisałam i któremu przysłałeś swój podpis, zwichnął dzisiaj nogę. Piszę Ci o tem bo stało się to podczas „lotu“. Widzisz Tomek wpadł na pomysł aby skonstruować skrzydła własnego wynalazku i chciał przy ich pomocy pofrunąć. Nie wiem czy wierzył w to, że mu się uda, czy też to robił dla samej zabawy. Niekiedy wydawało mi się, że robi to tylko tak sobie dla spędzenia czasu, i dla zaimponowania drugim, a niekiedy wydawało mi się, że on naprawdę myśli, że uda mu się przelecieć chociaż kawałek. Dzisiaj poobiedzie bo dziś niedziela urządził ten próbny lot. Początkowo miał sfrunąć z dachu naszego domku, wiesz tego domku w którym będziemy tu mieszkali, lecz potem namówili go, aby skakał z większej wysokości z drzewa. Tomek jest bardzo ambitny i uparty, zgodził się więc, wlazł wysoko na drzewo i upadł naturalnie. Ma zwichniętą nogę i leży w łóżku. Jak tylko skończę ten list, to zaraz do niego pójdę bo ze wszystkich znajomych właśnie z nim, przyjaźnię się najwięcej.
Ten Tomek jest bardzo zdolny i chciałby coś robić w dziedzinie lotnictwa, może byś ty, Janku, poradził czem się ma zająć, bo tak to wymyśla tylko rozmaite figle i marnuje czas. On ciebie strasznie szanuje i podziwia i napewno by cię posłuchał, gdybyś coś poradził. Bo ze mnie się tylko śmieje gdy mu coś radzę i mówi że jestem tak rozsądna jak jego jedna ciotka. Rozumiesz więc, że ciotki nie będzie słuchał. Proszę cię mój Janku napisz mi, co Ty o tem myślisz. A może miało właśnie sens, że próbował fruwać przy pomocy skrzydeł. Tomek mówi, że czasem najprostsze rzeczy mogą stworzyć coś zupełnie nowego i właściwie ma rację. Więc sama nie wiem jak należy mu poradzić. Tymczasem leży ze zwichniętą nogą. Do domu pisałam wczoraj. Napisz mi obszernie. Całuję cię mocno i pozdrów wszystkich w domu. Twoja

Asia

Napisawszy list, Asia zaadresowała go wyraźnie i wrzuciła do skrzynki.
W kilka dni później nadeszła odpowiedź:
— Moja droga, rozsądna Asiu! Nie wypisuję Ci tu żadnych rad dla Twego nieznośnego Tomka, gdyż jestem w tej chwili bardzo poważnie zajęty. Na pociechę powiem Ci tylko, że zobaczymy się wcześniej, niż przypuszczasz. Zamierzam bowiem odwiedzić Cię w niedalekiej przyszłości. A wtedy poznam osobiście nowego wynalazcę i na miejscu zobaczę coby mu się mogło przydać prócz porcji batów, która mu się rzetelnie po ostatniej zabawie należała.

Całuję Cię mocno.
Twój Janek.

Asia zabrała list ze sobą, idąc odwiedzić chorego Tomka. Tomek leżał jeszcze w łóżku, gdyż oprócz zwichniętej nogi, miał jeszcze porządnie skaleczone plecy i cały był obolały. Na ścianie, nad łóżkiem — wisiały nieszczęsne, czerwone skrzydła.
— Wiesz, dostałam dziś list od Janka.
— O!
— Pisze o tobie!
— O mnie? Nie wierzę ci.
— Naprawdę.
— Przecież on mnie nie zna.
— Już ja cię przedstawiłam.
— Wyobrażam sobie — stęknął Tomek.
— Napisałam mu wszystko.
— I o tej ostatniej historji?
— Też. Zwłaszcza nawet.
— To bardzo nieładnie z twojej strony.
— A, więc sam przyznajesz teraz, że to była głupia dziecinada.
— Możesz to nazywać jak chcesz, powiedz mi lepiej co twój brat pisze.
— Nigdy nie zgadniesz. Pisze, że przyjedzie tu niedługo.
— O jakże się cieszę!
I Tomek zapominając o swej chorej nodze fiknął kozła pod kołdrą.
— Pokaż mi ten list Asiu, błagam cię.
— Masz!
Tomek pochłonął treść listu w mgnieniu oka.
— O; — powiedział tylko, oddając list Asi.
— Przeczytałeś?
— Tak. Wiedziałem, że mnie oczernisz.
— Nie tak bardzo.
— Wiesz Asiu, mam nowy pomysł.
— Znowu — jęknęła Asia.
— Tak. Jak się zapatrujesz na utworzenie kółka lotniczego? Moglibyśmy się kształcić w tym kierunku. Utworzyć jaką porządną bibliotekę. Właściwie to ludzie bardzo mało o tem wiedzą. Nawet dorośli. A raczej młodzież wie o tem coś nie coś, a dorośli nie zawsze. Moglibyśmy wygłaszać referaty, pisać nowele.
— Dobrze, zgadzam się.
— Asiu czy ty chcesz zostać lotniczką-konstruktorką?
— Tak.
— I zostaniesz napewno, bo ty jesteś bardzo stanowcza…
— Wiem, jak twoja stara ciotka.
— Nie, ty jesteś tylko rozsądna, jak ciotka a stanowcza jesteś jak…
— No jak?
— Jak bohaterki powieści, które gdy sobie coś postanowią to zaraz wykonają.
— To widocznie jest u nas rodzinne. Bo Janek jest też bardzo stanowczy.
— Tak to zaraz widać, nawet z jego charakteru pisma. Pokaż ten list jeszcze raz.
Asia podała list.
— A więc Asiu czy chcesz razem ze mną utworzyć takie kółko lotnicze.
— Chcę.
— Kiedy je założymy?
— Tymczasem jeszcze leżysz.
— Ale wstanę pojutrze.
— Wiesz, poczekamy aż Janek przyjedzie. On nam to wszystko zorganizuje.
— Brawo. Czekamy.
— Wiesz Tomku może on przyleci samolotem.
— To byłoby cudownie. Czy myślisz, że zabrałby nas ze sobą.
— Naturalnie polecielibyśmy z nim na spacer.
— Daleko…
— Marzę o tem.
— Ale wiesz co może tymczasem nauczymy się historji na jutro.
— Nie powiem aby mi się chciało, ale trudno. Uczmy się.
Asia przyniosła książkę i przez pół godziny panowała względna cisza w pokoju Tomka. Zaniepokojony tą ciszą, ojciec Tomka zajrzał kilka razy do pokoju.
— Myślałem, że się coś stało — powiedział — Tomek taki cichy, nie chciało mi się wierzyć, ale widzę, że ty jesteś przy nim Asiu.
— Tak proszę pana uczymy się.
— Ja właściwie nauczyłem się już.
— Ja jeszcze nie. To może mi opowiesz Tomku, nauczę się prędzej — poprosiła Asia.
— Świetnie.
Tomek rozpoczął opowiadanie. Okazało się wprawdzie podczas tego, że nie wszystko pamięta, Asia zaś która nie umiała jeszcze, podpowiadała mu z łatwością.
— E, — rozłościł się Tomek wreszcie — umiesz przecież lepiej odemnie.
— Tak — zdziwiła się Asia — to widocznie ty też nie umiesz jeszcze?
Tomek spojrzał na nią z pod oka. Asia sądziła, że porówna ją znowu do rozsądnej ciotki, lecz tym razem chłopiec nic nie powiedział i bez protestu przeczytał raz jeszcze zadaną lekcję.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Dromlewiczowa.