Scena przy strumieniu (Szenwald, 1946)/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Szenwald
Tytuł Scena przy strumieniu
Podtytuł Poemat
Pochodzenie Utwory poetyckie
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”
Data wydania 1946
Druk Zakłady Graficzne „Książka”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały poemat
Pobierz jako: Pobierz Cały poemat jako ePub Pobierz Cały poemat jako PDF Pobierz Cały poemat jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Rozdział V


Po zasiekach, po zaroślach,
gęstwiną, po błoniu płaskiem,
cieniem, blaskiem, cieniem, blaskiem,
przez wężowiska, na oślep,
poprzez czahary i dzikie ostępy,
przez mchu roztopy i przez jagód kępy,
darnią przecieka, piaskiem się przerzyna
biedna ścieżyna, samotna ścieżyna,
i biegnie, biegnie, wciąż dalej i węziej.
Skrzypią gałęzie, chichocą gałęzie,
krzaki skrzydłami czarnymi łopocą,
chwieją się sosny na bezludziu głuchem,
i, wyrzucone szeleszczącą procą,
w dół lecą szyszki.

Andrzej chwyta uchem
stłumione echa tęsknego wołania,
zadziera głowę, ogląda się, zbacza.
Ejże! To w niebie zawieszona kania
kwili, jak pisklę, to był krzyk derkacza!
Las się na drodze jak olbrzym rozkracza!

i z góry się w pas ironicznie kłania,
i pod stopami trzeszczy sucha ściółka.

Andrzej, brnąc tropem leśnego zaułka,
dotarł do miejsca, w którym się odkrywa
alei drzewnej prosta perspektywa.
Zna tę aleję wiatr i latające
z wiatrem w zawody puszyste zające.
Siadem zająca i wilka-przybłędy
i Andrzej kroki swe skierował tędy.

Wkrótce dosięgnął skraju zagajnika,
położonego w niewielkiej kotlinie,
którą cienisty bór z trzech stron zamyka,
a południowy brzeg łamie się, ginie
w obrywach płytkich, kamienistych wzgórzach,
bałwanach piasku i zagonach ostu.
Tam srebrny perz i koralowy burzan
ścielą się wydmom karbowanym do-stóp,
tam, na południu, skwar, powietrza wiele,
a tu, pośrodku, wystraszonym stadem
siadły jałowce, których ciemną zieleń
okala łąki delikatny diadem.
Opodal świerki zamyślone stoją,
szczupłe i ciemne, iglasto-surowe.
W trawie, co kipi zielonością swoją,
Andrzej ułożył skołataną głowę.


Gdy na leśnej leżąc łące,
z dołu wsłuchać się w dzwoniące

ponad głową kiście traw,
kiedy wpatrzyć się w badyle
wyższe od sąsiednich sosen,
pierś ubrudzić w kwietnym pyle,
w piach dyszącym wniknąć nosem
i popłynąć dołem wpław

aż pod miejsce, gdzie korzenie
mają swoje połączenie,
gdzie pulsuje w kłączach treść;
jeśli nabrać w głodne płuca
rozproszonych żywych próchen
i ten rytm, który podrzuca
każdym tajnym serca ruchem,
z rytmem łodyg drżących spleść;

jeśli ból strudzonej głowy
zanurzyć we fioletowy
macierzanki nurt;
gdy się oko zaprzyjaźni
z żukiem, który łapki czyści,
i po morzu wyobraźni,
pod zielonym niebem liści,
wśród kwiecistych burt

pożeglują żywe pszczoły,
i jelonek wklęsłoczoły,
i przejrzysty, cichy szklarz:
wtedy trwoży i oniemia
tętno ożywionych opok.
Wielka i potężna ziemia,

mały i znużony chłopak,
oddychają twarzą w twarz.

Z nastroszonej kępy wzleciały nagle
dwa motyle — ciemne, ciche i duże,
i nad żółtym jaskrem wirują w górze,
skrzydeł aksamitne kołysząc żagle.
W tym locie jest lęk, niepewność, wahanie:
czy kwiaty słodkie? czy warto siąść na nie?
Zapach mówi: nie. I na powój blady
opadły wielkie świecące owady
tak lekko, jak po wiolinowych strunach
melodyjne ręce bezgłośnie idą.
W słońcu zabłysnął łagodny rysunek
składanych, to znów rozkładanych skrzydeł.

Andrzej, widząc to, dźwignął się z murawy,
wstał na kolana, rozprostował stawy,
patrząc w motyle, po kwiatach chodzące,
mówił, a wiatr nosił głosy po łące:

„Motyle! Motyle! Motyle!
Kolorowe dzieci powietrza!
Lotniejsze ode mnie o tyle!
Szczęśliwsze ode mnie o tyle!

Was upaja rosa najbledsza,
pocałunek słońca was karmi.

Słodyczy złodzieje bezkarni,
latacie, fruwacie po darni.

A mnie smutek daremny dręczy,
w sercu tęskny wiosenny klekot,
bo dziewczyna z pary i tęczy
daleko, daleko, daleko!


∗             ∗

Choć obce wam słowa, motyle,
o, nie ulatujcie na dźwięk ich!
Nad wami się cicho pochylę,
rozpalone czoło pochylę,

i zapytam: na skrzydłach miękkich,
wiatrolotne, skąd szybujecie?
na jakim dojrzałyście kwiecie?
i od kiedy wspólnie żyjecie?

Czy po drodze, wśród leśnych spotkań.
nie zdarzyła się wam polana?
na polanie dziewczyna wiotka?
u dziewczyny srebrne kolana?


∗             ∗

Motyle! Motyle! Motyle!
Kiedy wasze odwłoki wątłe

w kwiatowym nurzały się pyle,
gdy tarzały się w kwietnym pyle,

czy we włosy jej wiatr was wplątał?
czy usiadłyście jej na dłoni,
kiedy skroń nad murawą kłoni
i w dzwoneczki liliowe dzwoni?...

Póki słońce, grając na flecie,
gna po niebie obłoczną trzodę,
do dziewczyny miłej polećcie,
ja za waszym pójdę przewodem!“


Motyle drgnęły słysząc tę namowę,
jakby świadome ludzkiego języka,
wyprostowały skrzydła kolorowe,
strzepnęły rosę, która je zamyka,
i cicho, lekko wzbiły się do góry
wlokąc za sobą dwa świetliste sznury.
A za smugami tej nieziemskiej zjawy,
jak niewładnący lejcami woźnica,
którego koni polotność zachwyca,
podążył Andrzej — posłuszny i żwawy.

Przez macierzanki, jałowce i jodły,
przez żwir, co gnąc się, pod stopami skrzypi,
chochliki barwne Andrzeja zawiodły
aż nad grzebienie piaszczystych usypisk,
włóczyły go po kamienistych wzgórzach,

po falach piasku i zagonach ostu,
gdzie srebrny perz i koralowy burzan
ścielą się wydmom karbowanym do-stóp,
gdzie żar pustynny, i powietrza wiele,
i w nozdrza bije ostry piasek suchy,
a potem w nową, niespodzianą zieleń
wpadły jak ptaki, i znikły jak duchy.

Andrzej przystanął. Przed nim w glebie wiązkiej
bierze początek liściasty las młody,
od krzewów aż do podniebnej gałązki,
wciąż wyżej — niby szeleszczące schody.
A brzegiem lasu zieleń się odgina
i piasek trawę ubogą porasta.
A środkiem lasu bieży rozpadlina,
głęboka, stroma, czerwona, gliniasta.
Andrzej naprzeciw niej. A w górze, obok,
stoi luźnych płyt czworobok ponury,
niby szczerbaty kamienny nagrobek,
prosty, sklepiony siłami natury,
spojony pleśnią. U stóp tego wzgórka,
między głazami — jakby wnęka płytka
i z omszonego dna kroplista nitka
źródlanej wody sączy się i siurka
wpadając w krągły basen, który bije
wewnętrznym nurtem i podziemnym warem.
Stąd się strumienia jasna wstążka wije,
muska gliniasty grunt i spływa jarem.

Andrzej pochylił się nad strugą srebrną,
dla warg spieczonych szukając ochłody,

potem obiema stopami w nurt webrnął
i poszedł z biegiem śpiewającej wody.


Płynie woda, płynie
poprzez piach, i mech, i żwir,
gubi się, nie zginie,
w płaczącej wiklinie.
Na zakrętach czyha wir,
pod brzegami grząski muł.
Płucze fala drobny zwir
i korzonki młodych ziół,
weseli się, śpiewa
obejmując drzewa
wpół.

Przezroczyste ważki
trącają powierzchnię wód:
cieni rój nieważki!
A na wodzie zmarszczki.
Promień nurka dał pod spód,
wypłynął, i znowu spadł
aż na dno przeczystych wód.
Andrzej brnie, i tak jest rad,
że jak długi parów,
pełen nenufarów
świat.

Przygodne źródełka
zasilają wspólny nurt.
Fala szkli się, pełga,

jak płynące szkiełka.
Dzikie kaczki z wody frrrt!
wyciągają setki szyj.
Bije piana, syczy nurt,
niby zwój świetlistych żmij.
Strumieniu, strumieniu,
po jasnym kamieniu
rwij!


A z brzegu dumnego, gdzie olcha i buk,
i łoza, i wąski liść rokit,
gałęzie do wody pryskają spod nóg,
i ciężkie oddechy, i kroki.

I szczygły spłoszone wzbijają się wzwyż,
i twarze w zielonej tkwią kracie,
i szept bieży nisko przy ziemi jak mysz,
i snują się ciemne postacie.


Na trzcinowej lirze
wiatr wygrywa wodną pieśń.
Brzeg opada niżej,
piana pniaki liże.
Naprzód, falo wartka, nieś!
(Miły stopom złoty piach).
Wietrze, graj trzcinową pieśń!
Źródło, napełń ujścia łach!
Ponad głową istny

dębowy stulistny
dach.


Postacie na brzegu zginają się wpół,
a potem się prężą do góry.
U każdej na grzbiecie garb wielki jak wół,
a w rękach sękate kostury.

Gdy bliżej podejdą, to widać z ich ust,
że ważną czynnością zajęci,
i widać, że garby — to worki na chrust,
pękate od zeschłych gałęzi.


Płynie strumień, płynie.
Wędruje słoneczny krąg
ku zmierzchu krainie.
Kto prędzej dopłynie?
Czy do zmierzchu słońca krąg,
czy też strumień do tych drzew,
do multanek, gajów, łąk,
kędy brzmi dziewczęcy śpiew?
Niebo coraz bledsze.
Przedwieczorny szepcze
wiew.


Ostrożnie, powoli stąpają przez las
kobiety i chłopy, na plecach

dźwigając ładunek ogromny jak głaz,
a cenny, jak ognia szmer w piecach.

A jest paru młodszych i żwawszych w tym tłumie,
deszcz liści im czoła opłakał.
I śmieją się widząc brnącego przez strumień
takiego jak oni chłopaka.

Hula woda, hula.
Kto na drodze? Kępa brzóz!
A każdą otula
Brzeg grzebieniem w pianę wrósł.
(Strumień coraz szybciej rwie).
A u stóp dziewiczych brzóz,
pośród mchów, zdobiących je,
w węzłach kwietnej krajki
— niezapominajki
dwie.

Tu już mgły się po wrzosach ścielą.
Wiatru nie ma: w gałęzie wsiąkł.
Nad zatoką, nad fal kąpielą
Anna pył zmywa leśny z rąk.
Świeci sukni różowa plama
na szuwarów brunatnym tle,
a gdy schylić się, taka sama
suknia plącze się w wodnym szkle.


Głowa Anny zwrócona w stronę,
którą nurtu wskazuje bieg.
Tylko łokcie drżą obnażone
i miecz słońca na karku legł.
Z ramion stacza się włosów pasmo,
kipi mydlin ognisty wian,
pęcherzyki pierzchają, gasną
— i na nowo wir złotych pian!

Kiedy tak w słońca przedostatnim blasku
nieci po wodzie płomieniste pręgi,
można by mniemać, że w brzozowym lasku,
nad obręczami śpiewających węgli,
siadła na trawie piękna morderczyni,
i paląc kości czary dziwne czyni.

Lecz Andrzej tak nie myślał. Andrzej — cały
był jednym serca uderzeniem głuchem,
gestem, porywem, okrzykiem, wybuchem.
Czemuż wahał się?

W głowie mu brzęczały
iskry i lutnie, gwiazdy i sygnały,
a pierś dudniła, gdy puls nią poruszał.
Andrzej wahał się.

Andrzeju, bądź śmiały!


Skądże, u diabła, te głupie świsty ostrzegawcze
w uszach?

Nabrał tchu do płuc.
Naprzódl
Biegiem

— i do brzegu
pryskając pianą

skoczył,
obrócił się dokoła siebie,
jak biegun,

— i stanął

Zapłoniony przed Anną.
Cichy jak łan.

(Nad głowami z furkotem przeleciał ptak).

W gęstniejącym pyle,
w umierającej chwale
dnia —
nagle przechylono dzban:
wysiano mak.


Mierzchną obłoki. Chwila goni chwilę.
Fala goni falę.


Jak obraz lilii, odbity w jeziorze,
czyste zarysy ma i barwy hoże,
dopóki tafla gładka i świecąca;
lecz niech tylko wiatr fale poroztrąca
i szorstką ręką uderzy w powierzchnie,
a wnet się obraz zamąci i spierzchnie,
wydłuży, zmarszczy, postrzępi, pozwija,
jakby nie kwiat to był, lecz wodna żmija:
tak w rysach Anny zachodziła zmiana:
znikła gdzieś czoła pogoda świetlana,
a w kątach oczu, które brew ocienia,
osiadł na moment grymas przerażenia,
blady i śliski; delikatne usta
zadrżały wątle, potem się zacięły,
skrzywiły się, uniosły, i wydęły
w wyraz pogardy, pychy, obrzydzenia,
wyższości, która, nie poznasz, jak pusta!
Z twarzą do góry podniesioną, ręce
trzymając blisko siebie, przy sukience,
jak gdyby bojąc się, że w tym przelocie
zawadzi o brud i skala się w błocie,
uskoczyła w bok, a potem jak strzała
pobiegła w leśny gąszcz i zawołała:
„Proszę pani! Proszę pani! Proszę pani!
Tu jakiś łobuz chodzi i cygani,
brudny, obdarty, ordynarny łobuz!“


Odbił się metaliczny głos od brzegów obu.

Drzewa powtórzyły:
— obdarty...

Woda zaszemrała:
— brudny...

Wiatr załopotał i powiedział głośno:
— ordy-narny!

A echo
rozigrało się po lesie,
po lesie — bezkresie,
i dzwoni, i niesie
ze śmiechem, z uciechą:
— Łoo-buuz! Łoo-buuz! Łoo-buuz!
oo-b-uu... oo-uu... oooo...


Okrzyk
jeszcze
na falach
drżał

i w liściach
szeleścił
tylko,

gdy w puste powietrze
runął
strzał.


Zatrzęsło się wszystko
i zmilkło.


Szumi las, pachnie las...


Gruchnął drugi strzał, i trzeci, a potem
czwarty przeciągłym odpowiedział grzmotem.


Pachnie las, oddycha las...


Chwytając się trzcin, i brzóz, i wierzb,
w promieniach, krwawiących oczy,
wybiega człowiek szary jak zmierzch,
i słania się i broczy.
Na brzegu ruczaju łamie się w pas,
na piasek z łoskotem pada.
A już od tętentu huczy las,
nadciąga chłopska gromada.
Stłoczyli się, obstąpili w krąg,
worki cisnęli o ziemię,
kamień ze sztywnych wydarli rąk,
owinęli szmatami ciemię,
i wodę do bladych sączą ust,
i czoło wilżą wśród wiklin.
A potem, dźwignąwszy rannego i chrust
przebrnęli, pobiegli i znikli.



Wiatr skonał, zmilkły dalekie wystrzały
i szumi fala leśnego potoku.
Na brzegu Andrzej — drewniany i mały.
Ręce w powietrzu mu się zatrzymały.
Stopy wbiły się w szary piasek zmroku.
Andrzej na brzegu w zupełnym bezruchu,

jak pniak, jak rudy stępor, jak kość drzewa.
Popiół, dymiący w wieczornym cybuchu,
syci milczenie — i tylko przy uchu
lutnia komara cieniutko pobrzmiewa.

Andrzej rozumie, że na skórze głowy
rosną mu liście, a na rękach kora.
Nie Andrzej to już, a krzak orzechowy!

Lecz serce dzieli go na dwie połowy,
a z serca bije krew — ciepła i skora.

Krew wchodzi w sęczki, zarumienia pręty,
wędruje ciałem, wspina się ku uszom,
kluje, szelestem przepływa przez pięty.
Pierwsze nieśmiałe zgięcia boleć muszą!
Nim Andrzej naprzód chwiejnym ruszył krokiem,
minęła chwila. Zdała mu się rokiem.


Nagle rozprężył dłonie. Biorąc rozpęd
skoczył na drugi brzeg. Potknął się. Pobiegł.
I biegł przez kępy, kolcami zarosłe,
i biegł, jak sforą psów ścigany człowiek,
broniący się zamknięciem oczu. Wpadłszy

w gąszcze, przyczaił się, przystanął, patrzy:
przed nim, półkolem drzew obramowana,
cała w paprociach, ściele się polana,
pc której Anna z orszakiem rówiennic
wodziła tańce — o, chyba przed laty!

Gdzie są tancerki? Gdzie jest wdzięczny wieniec
pąków? Gdzie malwy, dziewanny, bławaty,
głóg? Prysła magia barw i wszystko tonie
w jednym szkarłatnym jednostajnym tonie,
który oznacza, że oto zapadło
za horyzontu brzeg — dnia tego słońce.

Polana w cienkiej z gałęzi koronce
wygląda niby płomienne widziadło.
Wkoło bór takim gęstym zwarł się pasem
i tak wysoko sięgły drzewne głowy,
że skrawek nieba, widny ponad lasem,
jest sino-szary, zimny i surowy.
A dołem noc przewiewa już i chce na
zaroślach welon rozciągnąć uroczny.

Więc jeden świat ogromny był i mroczny,
a w głębi drugi świat jak teatralna scena —
pełny krwawej urody.

Wtenczas gniew powstał
w Andrzeju. Drobną pięść, twardą i prostą
podniósł do góry i wyszeptał głucho
trzykrotną klątwę.



∗             ∗

Ostatni słońca umilkł dźwięk.
Jest chwila przejmującej ciszy,
gdy ucho chrzęst owadzich szczęk
i huk rosnących łodyg słyszy.

Ostatni promień słońca zgasł.
Szeleści szary liść dębowy.
Oddycha sinym zmierzchem las.
Nietoperz wstał. Polują sowy.

Prędzej, bo rychło przestrach drogi pogmatwa!
Prędzej, na stację dziatwa, na skrzydłach dziatwa!

Kołyszą się od kroków polne ukosy,
po alejach się młode skrzykują głosy,

trzeszczą suche gałęzie, łamią się osty,
powietrze bije w nozdrza i wiatr jest ostry.

A kiedy przed budynkiem białej stacyjki
zgromadzili się chłopcy, głodni jak wilki,

kiedy resztki zapasów przez mgnienie powiek
znikły w przepastnych gardłach zdyszanych uczniów,

na peron wszedł wysoki w cylindrze człowiek,
z nim wyorderowany młody porucznik.

Cywil wygłosił płynnie dwa przemówienia,
oficer nastrój chłopców i sprawność bada,


mierzy, zagląda w zęby, sprawdza, ocenia,
czwórkami! równaj! zachodź! aść! defilada!


Cześć! na wpół ironicznie, na wpół z powagą.
Dosyć... Zapach matiolki płynie powietrzem...
Do dyspozycji szkoły oddano wagon
pusty — na osiemdziesiąt kilka pomieszczeń.
Załadować!
Ładują.
Napór na deski!
Niesamowity tumult uderza w uszy.
Za pięć minut nadjedzie pociąg podmiejski,
przykotwiczy ten wagon, gwizdnie i ruszy.


Jak gdyby pogrążeni we śnie,
przez błoń, przez mglisty mrok wieczoru,
choć z różnych stron, lecz równocześnie,
Andrzej i Bogdan ciągną z boru.

Andrzej zasępił brew i czoło,
jak gdyby snuł zawiłe plany.
Bogdan przygięty i złamany,
stąpa powoli, niewesoło.

Na stopień weszli równocześnie,
tak, że zetknęły się kolana.
I tylko koło warg Bogdana
drgnęły nerwowo drobne mięśnie.



Nauczycielstwo daje znak: zacząć chóry.
Buchnęła z setnych piersi marszowa nuta
i wzbiła się srebrzystym drzewem do góry.

Sześćdziesiąt srebrnych sekund — grzmiąca minuta

Ucichło. Potem znowu z dzwoniących gardeł
wydarł się śpiew i wzleciał i załopotał,
rozerwał się pocisków lśniących miliardem,
zajęczał milionami zgonów w okopach,
i dudnił kanonadą i drżał po szkliwie,
i tętnił, jak na moście dzwon końskich kopyt,
a ilekroć z obłoków na peron opadł,
łamał się, chrypł, fałszował, rzęził płaczliwie,
dławił się w młodych piersiach i wiązł we krtaniach,
lepił się, bladł, chorował, aż zamarł, zanikł.

Kto struną syczącą kaleczyć śmie hymn?
Kto pieśń śmiercionośną uśmierca?
Kto iskrę, świecącą przez tuman i dym,
przerzuca od serca do serca?

Kto buntu zarzewie rozdmuchał i płomień
z popiołów obudził i podjął?
To Andrzej obiema zagasić marsz dłońmi
i nową wybucha melodią:


„Koledzy! Oto urok zgasł!
postąpił naprzód gniewny czas

i ziemski glob wypełnił krąg.
Kamień ciskam z napiętych rąk!
Niech leci w noc, niech liście tnie,
niech sparzy staw o czarnym dnie,
niech meteorem zalśni dla ludzi,
podłych zatrwoży, śmiałych obudzi!

Gdy sokół bił o pręty krat,
wąż wsączył mu do piersi jad
i zatruł serce. Odtąd sokół
po klatce złotej latał wokół,
gnuśnie i sennie. Naraz grom
przez druty spłynął, iskrząc dom,
okrwawił pióra, przepalił żyły —
w piersi sokolej wichry — odżyły!

Tak ja, otruty słodkim czadem,
zbudzony grzmotem, pieśń układam,
i widzę was, i wołam was.
Kochani! Oto urok zgasł
i czas o dzień postąpił wprzód.
Ciąć do dna granatowy wrzód,
co bolejące piersi zasklepia!
Krzywda, jak wrzątek, upiorom w ślepia!

My, którzy znamy głód i chłód,
my — w męce dni poczęty płód,
karmiony błotem, bity do krwi —
nieposkromiony pomiot lwi —
my, których twarz, ciśnięta w mrok,
ku światłu zwraca głodny wzrok:

za zbrodnie katów, za jęki braci
bez drgnienia ręka nasza zapłaci...

Koledzy! Śpiew nie zgłuszy łkań,
bo kruchy głos, i słaba krtań,
i jak przekrzyczeć wiatru szum?
Do walki, druhy! Jest nas — tłum!
Gdziekolwiek wieje tuman dróg,
gdziekolwiek stopy rani bruk,
w ogniu wystrzałów, w huku powodzi —
przyszłość w ramionach niesiemy — młodzi!“


Pociąg drgnął i ruszył
wypluwając ogień z trzew.
Dymem się napuszył,
zagrzmiał, a nie zgłuszył.
Łomot kół, i takt, i śpiew,
po nasypach lecą w dal.
Noc pożera kształty drzew.
Zanim świt, powstały z fal,
rozepchnie wierzeje —
w pąkach serc dojrzeje
stal.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Szenwald.