Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wiatr skonał, zmilkły dalekie wystrzały
i szumi fala leśnego potoku.
Na brzegu Andrzej — drewniany i mały.
Ręce w powietrzu mu się zatrzymały.
Stopy wbiły się w szary piasek zmroku.
Andrzej na brzegu w zupełnym bezruchu,

jak pniak, jak rudy stępor, jak kość drzewa.
Popiół, dymiący w wieczornym cybuchu,
syci milczenie — i tylko przy uchu
lutnia komara cieniutko pobrzmiewa.

Andrzej rozumie, że na skórze głowy
rosną mu liście, a na rękach kora.
Nie Andrzej to już, a krzak orzechowy!

Lecz serce dzieli go na dwie połowy,
a z serca bije krew — ciepła i skora.

Krew wchodzi w sęczki, zarumienia pręty,
wędruje ciałem, wspina się ku uszom,
kluje, szelestem przepływa przez pięty.
Pierwsze nieśmiałe zgięcia boleć muszą!
Nim Andrzej naprzód chwiejnym ruszył krokiem,
minęła chwila. Zdała mu się rokiem.


Nagle rozprężył dłonie. Biorąc rozpęd
skoczył na drugi brzeg. Potknął się. Pobiegł.
I biegł przez kępy, kolcami zarosłe,
i biegł, jak sforą psów ścigany człowiek,
broniący się zamknięciem oczu. Wpadłszy