Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i ziemski glob wypełnił krąg.
Kamień ciskam z napiętych rąk!
Niech leci w noc, niech liście tnie,
niech sparzy staw o czarnym dnie,
niech meteorem zalśni dla ludzi,
podłych zatrwoży, śmiałych obudzi!

Gdy sokół bił o pręty krat,
wąż wsączył mu do piersi jad
i zatruł serce. Odtąd sokół
po klatce złotej latał wokół,
gnuśnie i sennie. Naraz grom
przez druty spłynął, iskrząc dom,
okrwawił pióra, przepalił żyły —
w piersi sokolej wichry — odżyły!

Tak ja, otruty słodkim czadem,
zbudzony grzmotem, pieśń układam,
i widzę was, i wołam was.
Kochani! Oto urok zgasł
i czas o dzień postąpił wprzód.
Ciąć do dna granatowy wrzód,
co bolejące piersi zasklepia!
Krzywda, jak wrzątek, upiorom w ślepia!

My, którzy znamy głód i chłód,
my — w męce dni poczęty płód,
karmiony błotem, bity do krwi —
nieposkromiony pomiot lwi —
my, których twarz, ciśnięta w mrok,
ku światłu zwraca głodny wzrok: