Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w kwiatowym nurzały się pyle,
gdy tarzały się w kwietnym pyle,

czy we włosy jej wiatr was wplątał?
czy usiadłyście jej na dłoni,
kiedy skroń nad murawą kłoni
i w dzwoneczki liliowe dzwoni?...

Póki słońce, grając na flecie,
gna po niebie obłoczną trzodę,
do dziewczyny miłej polećcie,
ja za waszym pójdę przewodem!“


Motyle drgnęły słysząc tę namowę,
jakby świadome ludzkiego języka,
wyprostowały skrzydła kolorowe,
strzepnęły rosę, która je zamyka,
i cicho, lekko wzbiły się do góry
wlokąc za sobą dwa świetliste sznury.
A za smugami tej nieziemskiej zjawy,
jak niewładnący lejcami woźnica,
którego koni polotność zachwyca,
podążył Andrzej — posłuszny i żwawy.

Przez macierzanki, jałowce i jodły,
przez żwir, co gnąc się, pod stopami skrzypi,
chochliki barwne Andrzeja zawiodły
aż nad grzebienie piaszczystych usypisk,
włóczyły go po kamienistych wzgórzach,