Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


po falach piasku i zagonach ostu,
gdzie srebrny perz i koralowy burzan
ścielą się wydmom karbowanym do-stóp,
gdzie żar pustynny, i powietrza wiele,
i w nozdrza bije ostry piasek suchy,
a potem w nową, niespodzianą zieleń
wpadły jak ptaki, i znikły jak duchy.

Andrzej przystanął. Przed nim w glebie wiązkiej
bierze początek liściasty las młody,
od krzewów aż do podniebnej gałązki,
wciąż wyżej — niby szeleszczące schody.
A brzegiem lasu zieleń się odgina
i piasek trawę ubogą porasta.
A środkiem lasu bieży rozpadlina,
głęboka, stroma, czerwona, gliniasta.
Andrzej naprzeciw niej. A w górze, obok,
stoi luźnych płyt czworobok ponury,
niby szczerbaty kamienny nagrobek,
prosty, sklepiony siłami natury,
spojony pleśnią. U stóp tego wzgórka,
między głazami — jakby wnęka płytka
i z omszonego dna kroplista nitka
źródlanej wody sączy się i siurka
wpadając w krągły basen, który bije
wewnętrznym nurtem i podziemnym warem.
Stąd się strumienia jasna wstążka wije,
muska gliniasty grunt i spływa jarem.

Andrzej pochylił się nad strugą srebrną,
dla warg spieczonych szukając ochłody,