Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i z góry się w pas ironicznie kłania,
i pod stopami trzeszczy sucha ściółka.

Andrzej, brnąc tropem leśnego zaułka,
dotarł do miejsca, w którym się odkrywa
alei drzewnej prosta perspektywa.
Zna tę aleję wiatr i latające
z wiatrem w zawody puszyste zające.
Siadem zająca i wilka-przybłędy
i Andrzej kroki swe skierował tędy.

Wkrótce dosięgnął skraju zagajnika,
położonego w niewielkiej kotlinie,
którą cienisty bór z trzech stron zamyka,
a południowy brzeg łamie się, ginie
w obrywach płytkich, kamienistych wzgórzach,
bałwanach piasku i zagonach ostu.
Tam srebrny perz i koralowy burzan
ścielą się wydmom karbowanym do-stóp,
tam, na południu, skwar, powietrza wiele,
a tu, pośrodku, wystraszonym stadem
siadły jałowce, których ciemną zieleń
okala łąki delikatny diadem.
Opodal świerki zamyślone stoją,
szczupłe i ciemne, iglasto-surowe.
W trawie, co kipi zielonością swoją,
Andrzej ułożył skołataną głowę.


Gdy na leśnej leżąc łące,
z dołu wsłuchać się w dzwoniące