Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ponad głową kiście traw,
kiedy wpatrzyć się w badyle
wyższe od sąsiednich sosen,
pierś ubrudzić w kwietnym pyle,
w piach dyszącym wniknąć nosem
i popłynąć dołem wpław

aż pod miejsce, gdzie korzenie
mają swoje połączenie,
gdzie pulsuje w kłączach treść;
jeśli nabrać w głodne płuca
rozproszonych żywych próchen
i ten rytm, który podrzuca
każdym tajnym serca ruchem,
z rytmem łodyg drżących spleść;

jeśli ból strudzonej głowy
zanurzyć we fioletowy
macierzanki nurt;
gdy się oko zaprzyjaźni
z żukiem, który łapki czyści,
i po morzu wyobraźni,
pod zielonym niebem liści,
wśród kwiecistych burt

pożeglują żywe pszczoły,
i jelonek wklęsłoczoły,
i przejrzysty, cichy szklarz:
wtedy trwoży i oniemia
tętno ożywionych opok.
Wielka i potężna ziemia,