Scena przy strumieniu (Szenwald, 1946)/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Szenwald
Tytuł Scena przy strumieniu
Podtytuł Poemat
Pochodzenie Utwory poetyckie
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”
Data wydania 1946
Druk Zakłady Graficzne „Książka”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały poemat
Pobierz jako: Pobierz Cały poemat jako ePub Pobierz Cały poemat jako PDF Pobierz Cały poemat jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IV


Święte gałęzie dębowego boru,
tylekroć wrzaskiem pogwałcone siekier!
Wy, których skórę czas bruzdami porył!
Wy, z których blizn żywiczny sok pościekał!
Lasu ogromne ramiona! Porżnięte
na krokwie, rychło podeprzecie domy!
Oto raz jeszcze piły ostrym łbem tnę
mchem porośnięty pień wasz nieruchomy.

Konary! całe w brunatnych kołtunach!
Sęki! płatami oblata z was łuska.
W korzeni tęgo zaplecionych strunach
sił płynnych potok wiecznomłody pluska.
A w liściach drzemią błękitnawe chłody,
a w korze śpiewy i owadów szelest.

Drzewa! Nie w hołdzie dla waszej urody
ogradza puszczę rdza kłujących żelastw,
nie po to chodzą gajowi po wrzosach,
aby słowiki rozróżniać po głosach,
lecz chodzą strzelby, wymierzone w chłopa,
przez to, że leśną skradając się pustką,

mijając dworski budulec i opał,
ciągnie za sobą wielką gałąź uschłą.

Drzewa! Nadejdzie czas, kiedy w koronie
waszej zaszumią liście wolnym drwalom,
i nim topory was lśniące powalą,
że tak padniecie, jak podcięte słonie,
zanim was tartak chroboczącym zębem
przetrze na wonne, skrzypiące kawały,
przedtem w olbrzymi uderzymy bęben
i podzielimy puszczę na dwa działy.

Technika jedną połowę obejmie,
warkną motory i żelaza szczękną.
Z drugą polową w radosnym rozejmie,
dla wszystkich bujne rozdrzewimy piękno!
Niechaj z bukami sokora się brata,
niech człowiek czerpie z nich zdrowie i szczęście...
Szlachetne drzewa! Żyjcie długie lata
i czuprynami zielonymi trzęście!

Bywa i dzisiaj, że zakipi w borze
płomyk radości — szczery, choć matowy.
Wiatr niesie z polan dziatwy głosy hoże
i dymy ognisk wschodzą nad parowy.
W gałęziach ptactwo pazurkami świeci
i las jagody, gdyby perły, trwoni.
A pośród harców, i sporów, i gonitw,
śmieją się dzieci. Ba! nie wszystkie dzieci.


Ode skib, które kąkol pokrył,
po nieznanych samotnych tropach,
ku dąbrowy głębinom mokrym
zamyślony podąża chłopak.

Czapkę wcisnął głęboko na oczy,
głowę nisko ku ziemi zwiesił,
i po mchu cichym krokiem kroczy,
i zaszywa się w gęstym lesie.


Od czterech godzin Andrzej włóczył nogi
po ciemnolistnych, okwitłych konwaliach,
przez uroczyska, wąwozy, rozłogi,
po kłodach, po korzeniach, w głąb!
Jak wariat,
dłonią tarł czoło i próbował twarzą
darni, czy miękka, i kory, czy szorstka,
patrzał na chrząszcze, jak po liściu łatą,
i jak niszczeje jędrna liścia cząstka
i nagi świeci nerw. Od czterech godzin
z płonącą głową po zieleni chodził
i pojąć nie mógł.

Najpierw były trwożne
spojrzenia, pełne nieufnych światełek,
potem wykrętnych odpowiedzi szereg,
ubranych w słowa chłodne i ostrożne.
Potem już tylko między sobą szeptem,
ukrytą myślą, której nic nie wstrzyma,
lub wymownymi gadali oczyma.
Stali grupami. Kiedy Andrzej szedł tam,

milkła rozmowa, gasł wesoły nastrój.
Tak wiatr jesienny daje znak pierzastej
ciżbie śpiewaków: cyt!

Coraz niechętniej,
coraz wzgardliwiej, zimniej, obojętniej
witali twarz znajomą — i bez przyczyn
wyraźnych, może blaskiem, który mignął
w drzewach, lub ziemi głosem tajemniczym
zaklęci, chłopcy, jak na dany sygnał,
odsunęli się.
Andrzej został w tyle
usiadł i suche począł rwać badyle,
bezmyślnie, potem wstał i poszedł boso
w gęstwinę leśną — gdzie oczy poniosą.


Pochylają się z góry na dół
setki rdzawych klonowych rąk.
Coraz więcej zgniłych mokradeł,
coraz więcej bagnistych łąk.

Od tych pni, które kołtun porost,
do srebrzystych i wąskich brzóz,
przeskakuje ognik raz po raz,
jakby wiatr lasem gwiazdę niósł.


Mrok się pogłębia, las gałęzie gmatwa.
Czy to głos dzierzby? Zabłąkany promień
umiera w gęstwie i coraz ogromniej
drzew uduszonych rośnie miazga martwa.


Wylot? Nie, tylko zakręt wirydarzy
leśnych, gdzie berło klon oddaje olsze.
Tam głowa nurza się w burzliwsze gąszcze
i liście sieką, jak blachy, po twarzy,
pręty kaleczą skórę i na pewno
strzępiastych spodni każdy drobny kosmyk
na wskroś przesiąkły jest wilgocią drzewną.
W kolanach drzazgi, w ustach kory posmak,
dłoń we krwi. Kiedyż objawi się ścieżka?
Czy nigdy słońca wśród zielonej nocy?
Głupcze! Co krzyczysz? Tutaj nikt nie mieszka,
i duch ci żaden nie poda pomocy.
O takich lasach, jak ten, mówią bajki,
że śmierć przy każdym czatuje wykrocie,
a tu wokoło — haszcze i bagniska.
Oko? Na pewno dwie źrenice kocie!
Ach, to jest oko niezapominajki!
W blednącej gąszczy cichy szmer źródliska,
niech pod stopami, a o pierś paprocie
jasne trącają — tak, to światło błyska!
Olbrzymów leśnych potężne zwaliska,
plamy wyrębów, całe w wiórów złocie,
więcej tych plam.

Niebo patrzy błękitnie
na ziemię, która kolorami kwitnie,
a tam najbarwniej kwitnie i najtłumniej,
gdzie po kamieniach rozlewa się strumień.
Fala strumienia dziecinno-świetlana
zwalonym drzewom skacze na kolana
i dalej, dalej, niby ścieżka, wiedzie

ku krzakom, które majaczą na przedzie,
a za krzakami słoneczna polana.


Pośród bratków, i malw, i dziewann,
w które wiosna leciutkim tchem
pulsującą błoń przyodziewa,
i piękniejsza jest z każdym dniem,
pośród pąków, i traw, i łodyg,
błoni, malwom i słońcu rad,
pląsa wianek tanecznic młodych
i stopami potrąca kwiat.

Idą koła, wciąż dalsze i szersze,
śpiew to wzleciał, to w liściach znikł.
Muzykanci — borowi świerszcze —
stroją skrzypce i czyszczą smyk.
A flecistki — zielone żabki —
z młodych listków na ziemię buch!
i podniósłszy do góry łapki
naśladują tych dziewcząt ruch.


Była to szkoła, której sznur stuoki,
pod wodzą wiedźmy, strojnej w czarne fioki,
rankiem w pobliżu stacji się przewinął.
Andrzej przyklęknął za nikłą krzewiną
i, jak zaklęty, patrzał na ich skoki
lekkie, wężowe skręty i rozkręty.

Ostatniej doby zamęt niepojęty,
wydarzeń dzikich splot, niby postaci

orszak z rozwianym, postrzępionym włosem:
praca, za którą sumieniem się płaci,
jazda pociągiem wśród piachów i sosen,
pośród osypisk i błot; drobne twarze
kolegów, słońce, Bogdan przy filarze,
brzmiąca miedź własnych słów — głowa się kręci!
i znowu: z Czarnym Człowiekiem spotkanie,
uliczka, cienie, kroki, bluszcz na ścianie,
bezsenność, duszny obłok niepamięci,
tułaczka, drogi kołujące mgliście,
zgubione w cieniach i zielonych światłach,
i pnie szczerbate, i gałęzi natłok,
a potem tylko liście, liście, liście,
i krzyk w gęstwinie głuchej: wszystko razem
zalało mózg jak rzeka rozszalała,
nerwy stargało czerwonym żelazem,
i wycieńczyło, i objadło z ciała,
i krew bladymi wysączyło usty,
że Andrzej stał się bezcielesny, pusty,
i był jak wiotka śród pni pajęczyna,
z którą przelotny wiatr igraszki wszczyna,
i śmieje się z niej, i na wylot śwista:
sama — bezbarwna, wątła, przezroczysta;
lecz barwa ognia, godziną śródnocną,
las nasycając odblaskami łuny,
zamienia nitki jej w płonące struny,
na których zagrać — a ptaki się ockną.

Taki był Andrzej w chwili, gdy nasiąkał
urokiem, który przepływał przez serce,

i w oczach bujna odbiła się łąka,
i szły źrenice naprzeciw tancerce,
naprzeciw owej pierwszej baletnicy,
która na sygnał starej czarownicy,
kołysząc się w dzwoneczki leśne brzdąka.


Przypominasz gwiazdę zaranną,
której blask pała w skroni twej,
a korowód zowie cię Anną,
o tancerko, wodząca rej!
Czyż niemiły ci szum gałęzi,
że nie dzwoni twój śmiech wśród ros?
Czy cię wiedźma okrutna więzi,
że po łące twój nie brzmi głos?

Czemu, póki słoneczna wędka
tak wysoko nad taflą łąk,
ty, jak pręt wiklinowy, giętka,
stąpasz cicho i równo w krąg?
Głupi dzięcioł w lesie nie stuknie,
pająk dureń zapomniał snuć,
kiedy w fałdy układasz suknię...
Echo śpi. Ty słowem je zbudź!


Właśnie ten cichy, jedwabisty spokój
łagodną wstęgą pierś Andrzeja owił,
i światłem olśnił go, i czarem okuł,
że aż nieswojo było Andrzejowi
na myśl, że wszystko to jest prawda żywa.
Odwrócił głowę, rozejrzał się wokół

i — całą ciała szerokością przywarł
do krzaku.

Twarzą oparty o ciernie,
wstrzymując oddech, trwał nieporuszony,
i tylko pragnął, ażeby bezszmernie
biło mu serce.

Puszysty dmuchawiec,
swawolnym wiatrem w krzak zawieruszony,
siadł mu na ustach.

A on patrzał, patrzał
na Annę, która, w promieniach się pławiąc,
stała — tak blisko! że mgiełka najrzadsza
gęstszym welonem przykryłaby rysy,
niż ta odległość mała. Mógłby dłonią
zerwać we włos jej wplecione irysy,
gdyby chciał. Mógłby nawet sięgnąć po nią
i dotknąć haftu, co ją wpół otula,
lecz nie chciał.

Czarno-złocista zazula,
spod pokryw lotne wysunąwszy błony,
na czoło jego spadła i z furkotem
znów odleciała.

A on, urzeczony,
wciąż patrzał, patrzał, i rozmyślał o tem,
jak Anna może, mając taką kibić,
stojąc tak cicho, ledwo drgając stopą,
z powikłanego rytmu się nie wybić?

nie tańcząc, jednak tańczyć? Jakim blaskiem
na palcu jej okrągły świeci opal!
jaka jest w sobie szczupła, wiotka, krucha!
jakie ma piękne trepki!

Nagle z wrzaskiem
zerwał się. Wielka wilgotna ropucha
wskoczyła mu na dłoń, z dłoni na szyję,
do szyi ciałem przyssała się płaskiem,
wreszcie. niezwykłym zgiełkiem przerażona,
na głowę!

Krzak szeleści, serce bije,
Andrzej aż skręca się w zielonym wstręcie.
Wtem — czyjś okropny wzrok. To przełożona!
Błysk złotych zębów. Ratuj się. kto żyje!
Łamanych sęków trzask. Głuche warknięcie.
Andrzej — prysk w bok! Obrócił się na pięcie
i pomknął w las.


Kędy bór się na północ wygiął,
jeśli długo bez przerwy iść,
rozpoczyna się stref a igieł
i zanika pierzasty liść.

Rude pnie, w regularne rzędy,
w rudym świetle rdzawy rój ciem,
jakby skrzydła pożaru tędy
łopotały wieczystym tchem.


Tylko świece zielonych szyszek,
tylko w niebo wtopiony szczyt,
jak chwiejący się w słońcu szyszak
tylko wrzos, który niegdyś kwitł,

jasny mech, gdy stopy ogarnia,
grzyb, pleniący się bujnie na pniach,
budzą myśl, że to nie trupiarnia,
lecz przyrody żyjący gmach,


W alej cienistych milczeniu głębokiem
Andrzej ochłonął po niedawnym wstrząsie
i krocząc równo, prędko, ścigał okiem
rude wiewiórki, jak po sosnach pną się
strącając płaty łuski.

Jeśli przedtem
samotność była nad siły ciężarem,
teraz czuł Andrzej: dobrze się tak włóczyć.
gdy głowa czysta, serce bije szeptem
i ramię słodkim nacieczone żarem.
Resztę zapomniał. Zaczynał się uczyć
nowych, dotychczas niepojętych uczuć,
które oddechem były i oddalą,
pustką i pełnią, słabością i mocą,
które, nie wiedział, skąd przyszły i po co,
lecz wiedział, że są; że są — i że palą!

Przystanął. Palcem dotknął rany w drzewie,
tam, gdzie się włókna splatają najmłodsze.
Przyszło mu na myśl, że doprawdy nie wie,

gdzie jest, że pewno zbłądził i nie dotrze
do stacji. Ale nim w zarysach wątłych
wizja kolegów szkolnych mogła powstać,
ogromny smutek Andrzeja oplątał,
i znów nad sercem przepłynęła posiać
Anny, jak chmurka świetlista i wiotka.

Więc dalej szedł i łamiącym się głosem
pytał obłoków, czy jeszcze ją spotka,
i pytał wrzosów i wyniosłych sosen
gdzie się podziała twarz jej smutno-słodka,
gdzie jedwabiste, melodyjne ciało
i głowa z czołem kwiatami obwitem?

Las milczał groźnie i niebo milczało,
własnym bezbłędnym zajęte błękitem.

Tylko w pobliżu nagle, przeraźliwie
zaszeleściło miażdżone igliwie,
jak szelest kości, przewracanych w grobie.

Powietrze drgnęło naprężoną struną
i ciemny kontur szybko się wysunął
z drzew: to był Bogdan. Spojrzeli po sobie.



Andrzej: Używasz nazbyt mądrych wyrażeń i niepotrzebnie zawracasz mi głowę.

Bogdan: Kiedy już przemogłem się i pierwszy wykrztusiłem słowo, nie nastraszysz mnie wydęciem policzków. Draniu! Palcem takich pokazywać! Tfu, powiadam! Wyszło z ciebie świństwo na jaw, jak z żaby, gdy ją nakłuć patykiem. Ale czy wierzyłeś przynajmniej w swoją dziurawą rację? To słodkie rechotanie, czy było naturalnym głosem twojego serca? Co ci przyobiecano, blondasie, w zamian za złamanie walki?

Andrzej: Co ci przyobiecano w zamian za śledzenie mnie? Z drzew wylazłeś, podpatrywaczu, wracajże między drzewa!

Bogdan: Iście drewniane żarty! Aż podziw bierze, skąd w tobie tyle bezczelności? Spacerujesz po lesie, jakby nigdy nic, wzdychasz do wiewiórek, gdy ja miejsca nie mogę sobie znaleźć! Słuchaj, nie będę ci dokuczać, porozmawiajmy szczerze. Dręczy mnie uparta myśl — ot, drzazga, która ugrzęzła w głowie. Boję się, że i moja jest wina. Boję się, że popełniłem fałsz rymując ironicznie krówkę z majówką i świeczkę z wycieczką. Jak często naszym chłopakom trafia się wąchać polny wiatr? Jaką znają kąpiel prócz ścieków i glinianek? Przed nimi otwierały się zielone perspektywy, a ja ich namawiałem, aby gwizdnęli na słoneczną pogodę i poszli się bić. Nieraz chodziliśmy z rozkrwawionymi nosami i nikt by się nie uchylił, gdyby trzeba było jutro. Ale wycieczka wycieczką i dzisiaj święto. Znaczy było tak: ja, zapatrzony we własną gotowość, prześlepiłem pięćset żywych stworzeń, którym inaczej ułożył się obraz świata, niż mnie. Zanadto wysunąłem się naprzód. Dlatego inni pozostali w tyle. Przerachowałem się. Tylko nie myśl, nie myśl, że ciebie zamierzam przez to oczyszczać z winy. Andrzeju! Powiedz, może to mój błąd tak ciebie wzburzył i zaperzył?

Andrzej: Twoje błędy — i zeszłoroczny pył — jedno dla mnie. Jeżeli musisz się wywnętrzyć, weź scyzoryk i na sosnowej korze wyryj listę swoich omyłek! (chce odejść)

Bogdan: Stój! Jeszcze dwa słowa. Andrzeju, byliśmy przyjaciółmi. Najpiękniejsze w życiu moim momenty wiążą się z twoją postacią. Dziś jesteśmy wrogami — chciałeś tego. Dlaczego rozmawiam z tobą? Dlaczego nie pluję ci w twarz? Czy siła wspomnień większa jest niż siła słuszności? Ale tyś podeptał i wspomnienia i słuszną sprawę. Już koniec. Zasmarowałeś naszą przyjaźń i siebie. Masz w tej chwili oczy samobójcy. Andrzeju, bądź dawnym Andrzejem. wróć do nas — bo... bo... nie pozostanie ci nic, tylko... powiesić się w tym głuchym lesie.

Andrzej: Do stu par brodatych baobabów! (ucieka).

Bogdan (sam): A jednak pewien jestem, te przekupiono cię!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Szenwald.