Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ku krzakom, które majaczą na przedzie,
a za krzakami słoneczna polana.


Pośród bratków, i malw, i dziewann,
w które wiosna leciutkim tchem
pulsującą błoń przyodziewa,
i piękniejsza jest z każdym dniem,
pośród pąków, i traw, i łodyg,
błoni, malwom i słońcu rad,
pląsa wianek tanecznic młodych
i stopami potrąca kwiat.

Idą koła, wciąż dalsze i szersze,
śpiew to wzleciał, to w liściach znikł.
Muzykanci — borowi świerszcze —
stroją skrzypce i czyszczą smyk.
A flecistki — zielone żabki —
z młodych listków na ziemię buch!
i podniósłszy do góry łapki
naśladują tych dziewcząt ruch.


Była to szkoła, której sznur stuoki,
pod wodzą wiedźmy, strojnej w czarne fioki,
rankiem w pobliżu stacji się przewinął.
Andrzej przyklęknął za nikłą krzewiną
i, jak zaklęty, patrzał na ich skoki
lekkie, wężowe skręty i rozkręty.

Ostatniej doby zamęt niepojęty,
wydarzeń dzikich splot, niby postaci