Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wylot? Nie, tylko zakręt wirydarzy
leśnych, gdzie berło klon oddaje olsze.
Tam głowa nurza się w burzliwsze gąszcze
i liście sieką, jak blachy, po twarzy,
pręty kaleczą skórę i na pewno
strzępiastych spodni każdy drobny kosmyk
na wskroś przesiąkły jest wilgocią drzewną.
W kolanach drzazgi, w ustach kory posmak,
dłoń we krwi. Kiedyż objawi się ścieżka?
Czy nigdy słońca wśród zielonej nocy?
Głupcze! Co krzyczysz? Tutaj nikt nie mieszka,
i duch ci żaden nie poda pomocy.
O takich lasach, jak ten, mówią bajki,
że śmierć przy każdym czatuje wykrocie,
a tu wokoło — haszcze i bagniska.
Oko? Na pewno dwie źrenice kocie!
Ach, to jest oko niezapominajki!
W blednącej gąszczy cichy szmer źródliska,
niech pod stopami, a o pierś paprocie
jasne trącają — tak, to światło błyska!
Olbrzymów leśnych potężne zwaliska,
plamy wyrębów, całe w wiórów złocie,
więcej tych plam.

Niebo patrzy błękitnie
na ziemię, która kolorami kwitnie,
a tam najbarwniej kwitnie i najtłumniej,
gdzie po kamieniach rozlewa się strumień.
Fala strumienia dziecinno-świetlana
zwalonym drzewom skacze na kolana
i dalej, dalej, niby ścieżka, wiedzie