Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gdzie jest, że pewno zbłądził i nie dotrze
do stacji. Ale nim w zarysach wątłych
wizja kolegów szkolnych mogła powstać,
ogromny smutek Andrzeja oplątał,
i znów nad sercem przepłynęła posiać
Anny, jak chmurka świetlista i wiotka.

Więc dalej szedł i łamiącym się głosem
pytał obłoków, czy jeszcze ją spotka,
i pytał wrzosów i wyniosłych sosen
gdzie się podziała twarz jej smutno-słodka,
gdzie jedwabiste, melodyjne ciało
i głowa z czołem kwiatami obwitem?

Las milczał groźnie i niebo milczało,
własnym bezbłędnym zajęte błękitem.

Tylko w pobliżu nagle, przeraźliwie
zaszeleściło miażdżone igliwie,
jak szelest kości, przewracanych w grobie.

Powietrze drgnęło naprężoną struną
i ciemny kontur szybko się wysunął
z drzew: to był Bogdan. Spojrzeli po sobie.



Bogdan: Obserwuję cię od pięciu minut. Wyglądasz jak szaleniec albo zakochany. Wahałem się. Nie od razu podszedłem do ciebie. Chcę poznać przyczyny twojego skandalicznego postępku rankiem pod szkołą.