Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i w oczach bujna odbiła się łąka,
i szły źrenice naprzeciw tancerce,
naprzeciw owej pierwszej baletnicy,
która na sygnał starej czarownicy,
kołysząc się w dzwoneczki leśne brzdąka.


Przypominasz gwiazdę zaranną,
której blask pała w skroni twej,
a korowód zowie cię Anną,
o tancerko, wodząca rej!
Czyż niemiły ci szum gałęzi,
że nie dzwoni twój śmiech wśród ros?
Czy cię wiedźma okrutna więzi,
że po łące twój nie brzmi głos?

Czemu, póki słoneczna wędka
tak wysoko nad taflą łąk,
ty, jak pręt wiklinowy, giętka,
stąpasz cicho i równo w krąg?
Głupi dzięcioł w lesie nie stuknie,
pająk dureń zapomniał snuć,
kiedy w fałdy układasz suknię...
Echo śpi. Ty słowem je zbudź!


Właśnie ten cichy, jedwabisty spokój
łagodną wstęgą pierś Andrzeja owił,
i światłem olśnił go, i czarem okuł,
że aż nieswojo było Andrzejowi
na myśl, że wszystko to jest prawda żywa.
Odwrócił głowę, rozejrzał się wokół