Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mijając dworski budulec i opał,
ciągnie za sobą wielką gałąź uschłą.

Drzewa! Nadejdzie czas, kiedy w koronie
waszej zaszumią liście wolnym drwalom,
i nim topory was lśniące powalą,
że tak padniecie, jak podcięte słonie,
zanim was tartak chroboczącym zębem
przetrze na wonne, skrzypiące kawały,
przedtem w olbrzymi uderzymy bęben
i podzielimy puszczę na dwa działy.

Technika jedną połowę obejmie,
warkną motory i żelaza szczękną.
Z drugą polową w radosnym rozejmie,
dla wszystkich bujne rozdrzewimy piękno!
Niechaj z bukami sokora się brata,
niech człowiek czerpie z nich zdrowie i szczęście...
Szlachetne drzewa! Żyjcie długie lata
i czuprynami zielonymi trzęście!

Bywa i dzisiaj, że zakipi w borze
płomyk radości — szczery, choć matowy.
Wiatr niesie z polan dziatwy głosy hoże
i dymy ognisk wschodzą nad parowy.
W gałęziach ptactwo pazurkami świeci
i las jagody, gdyby perły, trwoni.
A pośród harców, i sporów, i gonitw,
śmieją się dzieci. Ba! nie wszystkie dzieci.