Rewolwer/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Rewolwer
Rozdział Akt III
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom X
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Indeks stron


AKT III.
Salon w domu Pameli. Drzwi w głębi i na prawo — po prawej stronie od aktorów, kanapa, przed nią stoliczek, na którym butelka z wodą, szklanki i parę flaszeczek. Przy podniesieniu kortyny Pamela wpół leżąc na kanapie, zdaje się trzeźwić wąchając flaszeczkę, w środku sceny stoi Negri, oczy w górę wzniesione — po lewej stronie sceny, kosz z wiekiem, nazwany chiffonnière.


SCENA I.
Pamela, Negri.
Pamela.

Taką biorę nagrodę za najczystszą cnotą,
Za opiekę nad dziećmi, za me lata złote,
Za to żem się wyrzekła świętych uczuć serca!
Nietylko mnie opuszcza podły przeniewierca,
Ale zagraża oraz memu honorowi,
Bo świat wszystkiemu wierzyć będzie co on powie
A on własnej płochości zwali na mnie winę.
O Boże, z żalu, hańby i ze złości zginę.
Panie Negri.

Negri.

Co Pani?

Pamela.

Proszę bądź tak grzeczny,
Idź, kup mi funt trucizny...

Negri.

Pomysł średniowieczny.

Pamela (płacząc i z czułością.)

Zadam straszną truciznę i jemu i sobie...
I od wiarołomnego wybranej osobie...
I ojcu tej osoby... i Barbiemu razem.

(Zrywając się.)

Nie, nie! Nie chcę trucizny. Chcę się mścić żelazem.
Idź, kup mi dwa sztylety. Cóż stoisz jak skała?
Mówże co!

Negri.

Czekam Pani, byś mówić przestała.

Pamela.

Czyż ja mówię?! Ja płaczę... ja cicho łzy leję.
Powiedz z kim się chce żenić. Daj śmierć lub nadzieję.

Negri.

Rozważywszy rozmowę tak moją jak Pani
Cośmy mieli z Baronem, serce moje rani
Pewność niezaprzeczona, że ten pawian stary...

Pamela (przed siebie.)

O! o! pawian i stary!..

Negri.

Ma podłe zamiary
Wciągnąć w śluby Otyldę moją ubóstwioną.

Pamela.

Córkę Montego?

Negri.

Tak jest. Lecz pierwej me łono
Tysiącem przedrze razów, nim spełni co marzy.
Tylko po moim trupie dojdzie do ołtarzy.

Pamela.

Nie, nie, to być nie może. Baron mało ceni
Osobiste zalety; jeśli się ożeni,
Jeśli zdepce me prawa, nie pomny na Boga,
To tylko dla majątku — Otylda uboga!

Negri.

Powody mi nieznane, lecz znane zamiary.

Pamela.

A w stałość twej kochanki, maszże dosyć wiary?

Negri.

Ach, gwiazdy nie są tak pewne że roziskrzą nieba,
Że je potem rozstąpi wóz ognisty Feba,
Jak ja serca Otyldy. Nie ufać przysiędze,
Byłoby plamić kartę w Odwiecznego księdze,
Posądzać ją o zmienność byłoby tak zbrodnią,
Jak nazwać blask aniołów, piekielną pochodnią.

Pamela.

A ojca jestżeś pewny?

Negri.

Monti człowiek prawy,
Lecz niestety nie umie kierować swej nawy.
Pieniężne huragany uderzając nagle,
Pędzą w morza szalenie, lub zrywają żagle.

Pamela.

O biedna ty Otyldo! Ty może w tej dobie
Pamiętając o ojcu, nie myślisz o sobie.

Negri.

Co za myśl piorunowa!

Pamela.

Widząc go w potrzebie,
Co ma, niesie w ofierze, to jest sama siebie.

Negri.

Ach strasznie i boleśnie! Jej dusza wspaniała
Może w sidła szatańskie uwikłać się dała.
Niechże spełni jak córka, ostatnią ofiarę,
A potem uświęcając zaprzysięgłą wiarę,
Staniemy przed odwiecznym natury obrazem,
I w krater Wezuwiusza rzucimy się razem.

Pamela.

Istne szaleństwo! Nieba nie sięgajmy czołem,
Ale córkę i ojca ratujmy pospołem.
Nie dozwolim Otyldzie spełnić poświęcenia
I Montemu oszczędzim zgryzoty sumienia.
Idź, jedź i nie wchodząc w słowną praw obronę,
Uwieź swoją kochankę jakby własną żonę.

Negri.

To być nie może, ona na to nie zezwoli.

Pamela.

Być musi, choćby nawet pomimo jej woli.
Jak już raz u mnie będzie, poradzimy snadnie.
Z moich ją rąk Pan Baron pewnie nie wykradnie.

Negri.

Ależ nie wiem gdzie Monti, ja go szukam właśnie.
Jak pocisnę Barona, rzecz całą wyjaśnię.

Pamela.

Nie, rzecz całą popsujesz. Gdzie Monti przebywa
Musimy się dowiedzieć... ale myśl szczęśliwa!

Margrabina Belcampo sprzyja mi łaskawie,
Może być nam pomocną w naszej spólnej sprawie.
Lecz w tej wczesnej godzinie nie przyjmuje damy,
Napiszę więc bilecik, wręczysz go jej samej.
Możesz mówić otwarcie, będzie cię słuchała
Bo lubi wszystko wiedzieć i pomódz by chciała.
Przez ogród bardzo blizko, będziesz tam w minucie.
Chodźmy, w Bogu nadzieja.

Negri.

Smutne mam przeczucie,
Że czas tylko tracimy szukając gdzieś rady.
Lżej trafiłbym do końca, ostrzem mojej szpady.

(Odchodzą w drzwi na prawo.)




SCENA II.
Barbi (sam — wsuwa się powoli.)

Dziś jakoś krótsze schody, jakoś wyższe progi...
Nie wiem co to jest — chciałem już wracać z pół drogi.

(Siada na przodzie sceny.)

Trzęsą się łydki moje — zginają kolana,
Po grzbiecie przelatuje jakaś dreszcz nieznana...
A przytém, zdaje mi się, że się trochę boję.
Oby już koniec wzięło to poselstwo moje.

(Po krótkiém milczeniu.)

Na co téż Baronowi te harce wyprawiać?!
Samochcąc szukać guza i drugim nabawiać?!
I cóż Pani Pameli zarzutem się stanie?
O Boże! z Panią Barbi co za porównanie!
Pani Pamela jeszcze jak to mówią jara,
Pani Barbi nie młoda, nawet troszkę stara.
Pani Pamela miła, jeszcze czasem ładna,

Pani Barbi mniej ładna... brzydka... ba szkaradna.
Kształtów Pani Pameli okrągłość nie szpetna,
U Pani Barbi wszystko negacya kompletna.
A jaka nie łagodna... strach!.. nikt nie uwierzy,
Że mnie nawet dalibóg czasem i uderzy.
Sekatura! Co?





SCENA III.
Baron, Barbi.
Baron (chwiejąc się, blady.)

Barbi! Barbi co się dzieje?

Barbi.

Gdzie?

Baron.

Nie uważałeś?

Barbi.

Co?

Baron.

Jakiś zły wiatr wieje.

Barbi.

Sziroko.

Baron.

Jakiś ruch... coś... czego człek się boi.
Chciałem pójść przez most, warta.

Barbi.

Wszak tam zawsze stoi.

Baron.

W bramie miejskiej żandarmy.

Barbi.

Po trzech w każdej bramie.

Baron.

Więcej dziesięciu. Jeden chwycił broń na ramię.

Barbi.

Może przypadkiem.

Baron.

Duszno! Daj mi proszę wody.
Same czoła zmarszczone, śmiejące się brody.
Ten we mnie wzrok szatański topi jakby dzidę,
Tamten staje jak stanę, a idzie jak idę,
Ten wyprzedzając spiesznie, kłania mi się nizko,
Ów stąpa krok w krok za mną a tak blizko, blizko,
Że jego dech piekielny czułem na mym grzbiecie,
Nareszcie... jakoś mi się... ściemniało na świecie,
Zimny pot oblał czoło, zatrzęsły się nogi
I bez woli i wiedzy, wstąpiłem w te progi.

Barbi.

Sekatura! Pan Baron jesteś troszkę chory...
Może z Panią Pamelą ranne rozgowory
Wywarły jakieś nagłe miłośne wzburzenie...

(Baron neguje.)

Lub żołądek popsuty... lub téż zaziębienie.

Baron (przed siebie.)

Wplątał mnie hultaj.

Barbi.

Kto? Jak?

Baron.

Barbi, co się dzieje
Z Salvandorem?

Barbi.

Źle pewnie.

Baron.

Ależ mam nadzieję,
Że się to dobrze skończy.

Barbi.

Ja nie.

Baron.

Być nie może
Aby mnie zabijano że broni nie złożę.

Barbi.

Ależ Panie Baronie, to stan oblężenia.
Podług rodzaju broni kara się odmienia.
Tak, mniej jest karygodne armaty ukrycie,
Jak narzędzi zdradliwych a to mianowicie:
Szpady w lasce, wiatrówki, zwłaszcza rewolwera,
I słusznie, bo to wrota do zbrodni otwiera
By jedni życia drugich po kieszeniach mieli.
Ot, rewolwer jak figa, a sto razy strzeli.

Baron.

Duszno!.. pójdę do siebie...

(Tu spostrzegłszy kosz nie spuszcza z niego oka.)
Barbi.

Ach Panie Baronie,
Kiedy już jesteś w Pani Pameli salonie,
Nie odchodź, jej nie widząc — przykro by jej było.

Baron.

Tak... tak... dobrze, uwiadom zawsze drogą, miłą,
I szanowną Pamelę, że jej sługa czeka.

(Barbi odchodzi w drzwi prawe — Baron wracając, spieszy do kosza.)

Tu wrzucę żar piekielny co mnie wskróś przepieka.

(Kiedy jedną ręką dobywa obwinięty rewolwer a drugą podnosi wieko kosza, Paolo wchodzi niosąc wazon z kwiatem. Baron ujrzawszy go, chowa rewolwer do kieszeni, spuszcza wieko i odbiega w przeciwną stronę aż na przód sceny.)

Niemy! znowu ten niemy — czart w jego osobie.
Ja się boję... sam siebie... nie dowierzam sobie,
Bo mógłbym go... mógłbym go... (robiąc gest pchnięcia nożem) ten, ten, ten to tego...

(Powtarzając gest.)

A mam, mam chęć.. O Boże! zbawże mnie od złego!

(Wychodzi nacisnąwszy kapelusz, a spotkawszy pierwej Paola, który go chce w rękę pocałować, grozi mu pięścią pod nosem.)
Paolo (zadziwiony a potem na migi.)

A to co? to pięknie! mnie, mnie, pięścią grozić...
Ja mu odniosłem co złapałem i t. d.





SCENA IV.
Pamela, Barbi, Paolo.
Pamela (wybiegając.)

Ach Panie Ba!.. Co? gdzie? jak? Czy obelga nowa?
Panie Barbi co to jest?.. spisek, zdrada, zmowa...

(Porywając go za rękę.)

Ja Pana zabić mogę.

Barbi.

Konieczności niema.
Bo to ja, ja mówiłem niech się Pan zatrzyma,
Dobra Pani Pamela, do względów ma prawa...
A on na to — tak, dobrze, szanowna, łaskawa,
Uwiadomże ją proszę, że przyjaciel czeka.

Pamela.

Dlaczegóż ten przyjaciel przedemną ucieka?

(Rzucając się na kanapę.)

Spytaj się Pan niemego czy go jeszcze zastał.

Barbi.

O, co to, to nie — będzie rękami mi szastał,
A ja się niemych boję. Migi, figi owe
To przedrzeźnianie djabła, że im odjął mowę.

Pamela
(wzrusza ramionami i mówi z migami do niemego.)

Czy widziałeś Barona? czy ci co powiedział?
Pokaż mi co tu robił — czy chodził? czy siedział?

(Paolo pokazuje na migi, jak wszedł, jak i gdzie stał Baron, udaje jego poruszenia, nareszcie groźbę i odejście. Barbi odwrócony do ściany. Pamela pokazuje niememu że już wie dosyć i każe stawiać wazon między inne kwiaty. Do Barbiego).

Ile mogłam zrozumieć, wyszedł rozgniewany.

Barbi.

Gniewu w nim nie dostrzegłem, lecz był pomieszany,
Był blady... prosił wody...

Pamela.

Pił wodę, był blady...
Ależ on może chory... wyprawię na zwiady.

(Przywołuje Paola i mówi pokazując na migi.)

Idź, patrz, szukaj Barona — patrz czy nie zasłabnie.
Ale zawsze zdaleka...

(Paolo pokazuje że rozumie i powtarza na migi rozkaz Pameli. Pamela dając mu pieniądze.)

Na, masz... spraw się zgrabnie.

Paolo.

Rozumiem, rozumiem, o ja mam rozum i t. d.

(Rozpowiada na migi całą historyę z Baronem, jak płynął, ile ma dzieci etc., dopiero na znak powtórny Pameli odchodzi, chcąc pierwej pocałować w rękę i Barbiego, który się cofa przestraszony. Paolo śmieje się pokazują jego przestrach.)




SCENA V.
Pamela, Barbi.
Pamela (siadając na kanapie)

A teraz, między nami... siadaj... przy mnie... blisko...

Barbi (siadając na krzesełko.)

Całuję rączki.. tu mi dobrze... (na stronie) a tam ślizko.

Pamela.

Umiesz być szczerym?

Barbi.

Umiem jak mnie nikt nie straszy.

Pamela.

Bo szczerościt nam trzeba do rozmowy naszej.
Jesteś druhem Barona... zbyt usłużnym może,
Lecz wiernym... Powiem zatem czém się teraz trwożę.
Kiedym po żwawej scenie do domu wróciła,
Ochłonąwszy cokolwiek jeszczem w błędzie była,
Że związków jak są nasze, łatwo się nie zrywa,
Może on był za przykry, ja za popędliwa,
Lecz i on może czuje cząstkę mej boleści,
Wysłałam więc Maryetkę, po dokładne wieści.
Z Maryetką ma się żenić Barona odźwierny;
Wszystkiego téż com chciała, mam już raport wierny.

Słuchałam go gdyś nadszedł i powtórzyć muszę,
Abyś był w stanie pojąć, zrozumieć mą duszę,
Po mém odejściu, zdrajca żalu nie objawił,
Przyjmował jak zwyczajnie, telegram wyprawił,
Mówił z Negrim, z Parolim... tak minęło rano.
W południe jakiś pakiet z poczty mu oddano.
Coś tam było zapewne wielkiego znaczenia,
Bo od tej chwili, inny człowiek: postać zmienia,
Blady, gniewny, na wszystkich groźném rzuca okiem,
Sam ze sobą rozmawia, dużym chodzi krokiem,
Drzwi wciąż na klucz zamyka i znowu otwiera,
Potem zwiedza gmach cały, w każdy kąt zaziera,
Nakoniec wyszedł w cudzym kapeluszu z domu.

Barbi.

Sekatura!

Pamela.

Lecz tego nie powiesz nikomu.

Barbi.

Broń Boże!

Pamela.

Gdyby tu szło o szkody jakowe,
Byłby on z piórem w ręku łamał sobie głowę,
A nie biegł przez mój salon, jak biegun do mety.
O! wierz mi Panie Barbi, nasz Baron niestety
Wplątał się w jakiś spisek.

Barbi (zrywając się.)

A, na miłość boską,
Ciszej!.. ściągniesz nieszczęście, niedorzeczną troską.
Ja wiem wszystko co robi, co robić zamierza.

Pamela.

Ależ się takich rzeczy i bratu nie zwierza.

(Chwytając za rękę tragicznie.)

Wiesz ty, że w spiskach każdy o północy w masce,
Przysięga tajemnicę na szkieleta czaszce?

Barbi.

Sekatura!

Pamela.

Że z kościotrupem ręka w rękę,
Ślubuje wszystkim zdrajcom najstraszniejszą mękę.

Barbi.

Zgroza!

Pamela.

Wiesz! wiesz!.. nic nie wiesz — chyba żeś sam w spisku.

Barbi.

Ja! ja!

Pamela.

Nie, nie, nie jesteś bo tam niema zysku,
Ale Baron wplątany. Jego pomięszanie...

Barbi.

Straszące.

Pamela.

Bladość...

Barbi.

Straszna.

Pamela.

Niemego zeznanie...

Barbi.

Nie do pojęcia.

Pamela.

Ale cóż tu robił?

Barbi.

Siedział.

Pamela.

Potém?

Barbi.

Pił wodę... i...

Pamela.

Cóż?

Barbi.

Do siebie powiedział:
Wplątał mnie hultaj.

Pamela.

Widzisz! widzisz! sam wyznaje.

Barbi.

Ależ...

Pamela.

O Monti, Monti! Ciebie w tém poznaję!

Barbi.

Monti! Co pani mówisz?

Pamela.

Ten wplątał, ten zgubi,
A za to jego córkę Pan Baron zaślubi.
Bo tego nie zaprzeczysz?...

Barbi.

Nie zaprzeczę Pani,
Nawet powiem że tę myśl mój rozsądek gani,

I żem już Baronowi mówił bez ogródki,
Jakie niebezpieczeństwo, jakie złe ztąd skutki.

Pamela.

Będziem więc działać wspólnie.

Barbi.

Tak, wspólnie w tym względzie,
Tu nie zdradą przyjaźni, lecz usługą będzie.

Pamela (po krótk. milcz.)

Poznajże więc mej duszy i stronę tajemną.

(z westchnieniem)

Pomimo że postąpił tak okrutnie ze mną,
Że nie może swej zdrady uniewinnić niczem,
Że chce splamić mój honor przed świata obliczem,
Honor, który ja zawsze nad me życie cenię,
Panie Barbi... ja kocham, kocham go szalenie.

Barbi.

Sekatura!

Pamela.

Pojmiesz więc, co za świat boleści,
Na całą moją przyszłość jego zamiar mieści...

(Nagle.)

I kiedyż Pan Kapitan córeczkę przystawi?

Barbi.

Monti tu nie przyjedzie i ślub się odprawi...

Pamela (z uniesieniem.)

Ślub!.. ślub się nie odprawi...

Barbi (cofając się.)

Nie odprawi, pewnie.
Ale za co Pani na mnie spoglądasz tak gniewnie?!

Pamela.

Gdzież Monti? — tam pojadę... uprzedzę Barona,
Wszystkich rozpędzę... ja... ja jego przyszła żona...
Albo kogoś wyprawię co temu zaradzi.

Barbi.

Więcej nic nie chcę wiedzieć — niech go Bóg prowadzi.
Ja temu co przyrzekłem, wiernym pozostanę,
Lecz muszę złożyć ciężar, zlecenie mi dane,
A Pani zaś słuchając, chciej mieć wzgląd łaskawy,
Że ja jak Piłat w Credo, wlazłem do tej sprawy.

Pamela.

Cóż chce mój narzeczony, wiedzieć mi przyjemnie.

Barbi.

Idź do Pani Pameli — rzekł — oświadcz odemnie...

Pamela.

Nie mógłże sam oświadczyć?

Barbi.

Mógł... mógł bez wątpienia,
Na honor wielka prawda.

Pamela.

Mów, słucham zlecenia
Cóż?.. No!..

Barbi (coraz nieśmielej.)

Oświadcza... najprzód... najprzód swe ukłony...

Pamela.

Potem?

Barbi.

Najniższe...

Pamela.

Potem?

Barbi.

Że jest przymuszony...
Wstąpić w śluby małżeńskie. (Pamela wstrzymuje się w złości, Barbi kończy prędko) Jeśli Pani zatem
Nie zechcesz mu przeszkadzać... skarżyć się przed światem,
Jeśli na wieś wyjedziesz cicho i spokojnie,
On, zapis zaraz zwróci, wynagrodzi hojnie.

Pamela.

Barbi!.. jesteście łotry — oczy ci wyłupię,
A potem, jak Pan Baron, hojnie je wykupię.

Barbi.

Ależ łaskawa Pani, wszak Pani wiesz przecie
Żem niewinny... jak nowo narodzone dziecię.

Pamela.

A prawda!.. Zapomniałam o naszej przyjaźni.

Barbi.

Sekatura!

Pamela.

Wszystko to tak mi nerwy draźni,
Że bić kogoś, coś szarpać mam chęci ogromne,
Nie bierz mi więc Pan za złe, jeśli się zapomnę.

Barbi.

Merci!

Pamela.

A Baronowi odpowiemy razem.
Proszę. (Podając mu rękę.)

Barbi (na stronie.)

O Boże!

Pamela.

Jednym dam mu ją wyrazem.





SCENA VI.
Pamela, Barbi, Negri.
Negri.

Margrabinym nie zastał.

Barbi (na stronie odwracając się do ściany.)

Znowu ten brodaty!

Pamela (do Negrego.)

Już wiemy gdzie jest Monti... jedź bez czasu straty...
Panie Barbi, gdzie Monti?

Barbi.

Powiedz Pani wprzódy,
Że zdradzając Barona, mam zacne powody.

Pamela.

Powiem, powiem... lecz prędko, gdzie Monti?

Barbi.

W Modenie.

Negri.

Ale nas zgubić może moje oddalenie,
A przyjaciel Barona może w tym zamiarze,
Zamiast na zachód, na wschód jechać mi dziś każe.

Pamela.

Nie, nie... ręczę za niego.

Negri.

Co rozkażesz zrobię,

(do Barbiego.)

Ale jeżeli zdradzisz, pamiętajże sobie,
Że jak Boa Konstryktor życie twe obwinę,
Boleściami okolę każdą twą godzinę;
Że jak piekielna mara na twych piersiach siędę,
I jak Wampir niesyty krew twoją pić będę.

Barbi.

To nie jedź! Sekatura! Co Pan masz za prawo
Straszyć mnie, trwożyć, grozić jakąś zemstą krwawą?
Ja jestem obywatel, mam dwa domy w mieście,
Opłacam z nich podatek... mam syna nareszcie.

Pamela.

Skończcieże śmieszną sprzeczkę, nie na czasie wcale.
Panie Negri, idź spiesznie.

Negri.

Idę... idę (do Barbiego grożąc) ale!..

(Odchodzi.)




SCENA VII.
Pamela, Barbi.
Barbi.

Boa Konstryktor!... Wampir!... Wiem że to czcze słowa,
Lecz od nich serce bije i kręci się głowa,

I będę przez sen krzyczał, widząc węże wszędzie,
I Pani Barbi znowu za nos ciągnąć będzie.

Pamela.

Chodźmy. Ktoby tam zważał na poety słowa?!

Barbi (odchodząc z Pamelą.)

Boa konstryktor!.. Wampir!.. gorączka gotowa.

KONIEC AKTU TRZECIEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.