Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom X.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Słuchałam go gdyś nadszedł i powtórzyć muszę,
Abyś był w stanie pojąć, zrozumieć mą duszę,
Po mém odejściu, zdrajca żalu nie objawił,
Przyjmował jak zwyczajnie, telegram wyprawił,
Mówił z Negrim, z Parolim... tak minęło rano.
W południe jakiś pakiet z poczty mu oddano.
Coś tam było zapewne wielkiego znaczenia,
Bo od tej chwili, inny człowiek: postać zmienia,
Blady, gniewny, na wszystkich groźném rzuca okiem,
Sam ze sobą rozmawia, dużym chodzi krokiem,
Drzwi wciąż na klucz zamyka i znowu otwiera,
Potem zwiedza gmach cały, w każdy kąt zaziera,
Nakoniec wyszedł w cudzym kapeluszu z domu.

Barbi.

Sekatura!

Pamela.

Lecz tego nie powiesz nikomu.

Barbi.

Broń Boże!

Pamela.

Gdyby tu szło o szkody jakowe,
Byłby on z piórem w ręku łamał sobie głowę,
A nie biegł przez mój salon, jak biegun do mety.
O! wierz mi Panie Barbi, nasz Baron niestety
Wplątał się w jakiś spisek.

Barbi (zrywając się.)

A, na miłość boską,
Ciszej!.. ściągniesz nieszczęście, niedorzeczną troską.
Ja wiem wszystko co robi, co robić zamierza.