Ramułtowie/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVIII.

Herman zdawał się wskrzeszony do nowego życia... nudy, na które cierpiał znikły bez śladu, humor powrócił... lenistwo go opuściło. Jedna jakaś iskra, która padła na ten palny materyał roznieciła w nim płomień. Co było tą iskrą — trudno było odgadnąć! Sylwana słowo? litość nad nim? ciekawość bliższego poznania Hanny? ukąszenie przez Lubicza? fantazya dla Violi? może wszystko to razem — dosyć, że Herman od kilkunastu dni był zupełnie zmieniony. Sarkastyczna tylko werwa pozostała w nim dawna, jeśli się jeszcze w nim nie powiększyła.
Gdy Sylwan się coraz bardziéj w sobie zamykał i mimo energii charakteru odsuwał od ludzi, myślał odosobnić i wyrzec stosunków, — Herman rzucił się w walkę i płomień z młodzieńczą chciwością wrażeń...
Nikt przecie z najbliższych wytłómaczyć go sobie nie umiał: czego on właściwie pragnął, do czego on dążył? Sam on obecnéj chwili był panem, a pierwszemu wrażeniu posłuszny nigdy się z jutrem nie rachował...
Przy wieczerzy, na która się dostał przez okno, siedziano dosyć długo, dosiedział i on usiłując poić drugich, sam trzeźwy — i podobywać z nich co myśleli. Tak jak czasem pijanym filuci plondrują kieszenie, on mózgi plondrował. Dowiedział się téż dosyć ciekawych rzeczy i odszedł z tego pobojowiska z głową swobodną, śmiejąc się sam do siebie.
Jedną ze zdobyczy tego wieczoru najcenniejszych dla Hermana, był mocno napiły w końcu Dołęga.. Rzadko się trafiało, żeby pan Maryan miarę przebrał, lecz raz obałamucony — szalał. Tak się i teraz stało... Szampan mu wlał w piersi niesłychaną wesołość i niezmierną miłość ludzi... Pokochał Hermana i rozlubował się w jego sarkazmie. Zaczął go ściskać, całować, unosić się nad nim... wodzić się z nim po kątach, opowiadając różne osobliwsze tajemnice, których był posiadaczem.
— Kochany hr... hrabio! wołał — ty nie masz pojęcia jak ja cię kocham! E! dodał, niech tego Lubicza dyabli wezmą! To furfant jest... ja powinienem był ożenić się z twoją matką, a dopierobyś zobaczył jakby u nas było wesoło... To jezuita... to faryzeusz! Wy nie wiecie, szeptał coraz zapalczywiéj Dołęga, przyciskając do kąta Hermana: wy nic nie wiecie. On ma tu stosunek w mieście z córką jednego Niemca... któréj przyrzekł się żenić... bo podobno jest konsolacya... dwuletnia... Jeszcze przy ślubie może być skandal gdy się Niemka dowie... a notabene codzień do niéj chodzi.
— Wielkąbyś mi łaskę zrobił — odezwał się Herman, gdybyś mi dał jéj adres.
— Nic łatwiejszego... Gretchen Frisch, córka urzędnika pocztowego, ulica Mostowa Nr 15... Ale mnie nie zdradź na Boga, mnie nie zdradź!
— Nikogo nigdy nie zdradziłem — odezwał się Herman dolewając mu szampana z blizko stojącéj butelki.
Pocałowali się serdecznie... Dołęga trzy razy pił jego zdrowie... w końcu w fotelu usnął...
Zdobywszy ciekawą i ważną wiadomość o pannie Gretchen, Herman miał w ręku narzędzie do pozbycia się Lubicza; szło tylko o użycie go takie, aby hrabina przekonać się dała, że była oszukana.
Nazajutrz po długich namysłach nie mówiąc nic nikomu, Herman pieszo udał się pod wskazany adres, na ulicę Mostową Nr 15. Dom był mały i niepozorny, stary, a pierwsze pięterko po nad szynkiem, które państwo Frisch zajmowali, miało tylko trzy okna od ulicy. Na dole dowiedział się, że Gotlieb Frisch, stary człek, mieszkał sam z córką... że był wdowcem, i że panna Gretchen właśnie sama była w domu. Poszedł więc na górę... Otworzyła mu drzwi sługa, a na zapytanie o pannę pobiegła się dowiedziéć czy przyjmie gościa... W chwilę potém proszono go przejść do saloniku niemiecką urządzonego modą, z mnóstwem niesmacznych cacek tandetnych po komodach, etażerkach i stolikach. Cały ten przybór zdradzał ubóstwo, które się chciało pozorami elegancyi zamaskować... Po chwili wyszła uśmiechając się, bardzo ładna, pulchna, dosyć pretensyonalnie ubrana blondynka, słusznego wzrostu, zalotnego wejrzenia... która znalazłszy się w obec zupełnie nieznajomego mężczyzny, nagle nasrożyła się niezmiernie. Spodziewała się snadź wcale kogoś innego.
Herman przeprosił ją za to, że choć nieznajomy zmuszony jest w bardzo pilnym i ważnym interesie prosić o chwilę rozmowy.
Panna przyzwalając na to, okazywała jednak wciąż humor jak najgorszy.... a mimo fochów, pięknego chłopca mierzyła oczami ognisto zaostrzonemi. Całe znalezienie się okazywało osóbkę mało wykształconą a rozmarzoną... Po krótkim wstępie górnolotnym i uczuciowym, Herman wyraził jéj, że się przypadkiem pewnéj historyi smutnéj dowiedział, że jako człowiek sentymentów delikatnych, uczuł się w obowiązku, choć obcy, przyjść do niéj z radą i przestrogą. Opowiedział jéj historyę Lubicza, który mając względem osoby tak miłéj jak panna Gretchen obowiązki święte — żenił się z inną kobietą. Panna z razu dzika i gniewna, poczęła się rozczulać, płakać, przyznawać, narzekać i prosić o radę. Nagle ożywiwszy się nawet powiedziała o dziecku, pobiegła je przynieść, a było bardzo ładne, i cała we łzach, dla wspaniałomyślnego obrońcy swéj czci, przyrzekła mu dozgonną wdzięczność.
Herman wchodząc w jéj położenie, grzecznie, zręcznie, nauczył ją, o któréj godzinie i jak ma z dziecięciem na ręku przybyć do hrabiny przyrzekając (nie mówił kto był), że pewnemi wpływy wyrobi jéj posłuchanie. Zalecił przytém, ażeby w żadne nie wchodziła układy i domagała się ślubu, przyrzekając, iż w razie gdyby doń zmusiła uwodziciela, on ze swéj strony dopomoże do — wesela... Panna Frisch nie mogła temu zbawcy niespodzianemu znaleźć dość wdzięcznych wyrazów na podziękowanie... darzyła go najsłodszemi wejrzeniami i najpiękniejszemi uśmiechy, a wychodzącemu ścisnęła dłoń z takiém uczuciem, że Herman o mało z progu nazad nie wrócił.
— Niech pani tylko postąpi z rozwagą i energią, a ręczę za skutek... i jak najwięcéj rozgłosu! to pomoże!
Zatarłszy ręce wrócił z téj wycieczki Herman dosyć rad z siebie. Czuł się już w usposobieniu do czynu, i paląc cygaro a podśpiewując knował dalsze plany. Miał jeszcze przed sobą Sylwana, Lelię, pana Aleksandra, którego myślał żenić, bo mu się to wydawało zabawném, na ostatek Hannę — która mu równie się wydawała ponętną i straszną i — Violę, w któréj się znowu kochał zapamiętale...
Pomimo zakazu jéj bywania bez Sylwana, raz tam już przypuszczony postanowił korzystać z drzwi otwartych... i próbować szczęścia... bez towarzysza.. Poszedł więc wprost do mieszkania Violi.
Niespodziewano się go tam wcale. Cerber siedział przy drzwiach, Herman zobaczywszy go, minę ułożył niewinną, spokojną, obojętną.
— Dzień dobry panu Pawłowi.
— Do nóg upadam pana grafa.
— Jest mój brat Sylwan?
— A — nie ma... o téj porze?...
— Jakto? miał być niezawodnie. — Herman spojrzał na zegarek.
— Miał być? powtórzył Szerszeń głową trzęsąc. Miał być? mości dobrodzieju.
— Miał być, panie artysto — dodał Herman, jestem pewien, że nadejdzie... Gdybym tu mógł na niego poczekać...
— Tu? spytał Szerszeń.
— Spytajcie się panienki, ręczę, że pozwoli... będzie grzeczniejsza od was, rzekł hrabia.
Viola słuchała podedrzwiami, zdawało się jéj śmieszném, tak się obawiać młodego i przyzwoitego człowieka. Uchyliła nieco drzwi i odezwała się:
— Chce pan się tu doczekać pana Sylwana? bardzo proszę... ale czyż być obiecał?
— Niezawodnie! skłamał wchodząc Herman i oczyma pożerając Violę, któréj smutny wdzięk zdawała się słabość i wymizerowanie powiększać. Była to chorobliwa piękność, w któréj się czasem zdrowie kocha — dla praw kontrastu. Czarne jéj oczy w ciemnych obwódkach wychodziły z dziwnym blaskiem jakby dogorywających świateł... cerę miała bladą i jednostajną, prawie przejrzystą — usta tylko różowością malinową odbijały się na niéj ostrym obrysem. Ale na wargach tych, w uśmiechu tyle było wyrazu zagadkowego, tyle wdzięku! Ciemnych włosów warkocze w nieładzie oplątujące głowę téj maseczce marmurowéj barwy, nadawały uroczy koloryt bistru i złota...
Viola weszła, Herman za nią wśliznął się na palcach, a Cerber mrucząc i ruszając zgarbionemi ramionami, stanął pod drzwiami na straży. Pawłowa w takich wypadkach zwykła się była natrętnie kręcić po pokoju.
— Dałem tu Sylwanowi rendez-vous, odezwał się Herman, aby się o zdrowie pani dowiedziéć, i prawdziwiem pani wdzięczen, że mi nie każesz stać na wschodach. Bardzo pragnąłem się tu dostać...
— Aby mnie skompromitować? zapytała Viola — aby powiedzieć przed przyjaciołmi, że bywasz u aktorki?... i aby ci przyjaciele pomyśléć mogli, żeśmy w najczulszych stosunkach? Nieprawdaż panie? spytała Viola chłodno.
— Widać z tych posądzeń, że pani mnie wcale nie znasz, odezwał się Herman; bo ja nigdy w życiu nic dla ludzi nie robię, niczém się nie chwalę, a żyję dla siebie.
— I chwalisz się pan tém tylko?
— Nie — ale się tego nie zapieram... Od pierwszego wystąpienia pani gdym ją w teatrze zobaczył, wzruszyłaś mnie, podbiłaś i — na cóż się będę taił — zakochałem się szalenie.
Viola ramionami ruszyła.
— Pan! pan? hrabiątko takie w Cygance jak ja? cha! cha! Fantazya...
Po chwili dodała Viola, białemi palcami mnąc chusteczkę, któréj końce trzymała:
— Prawda, że my artystki uchodzimy za płoche... żeśmy ubogie i spragnione życia, że wiele z nas się sprzedaje za godzinę rozrywki — lecz panie hrabio, ja jestem wyjątkowo dzika i tak naiwna, że wolę nędzę moją niż upodlenie... Pocóż pan będziesz czas tracił?... Wychowana w nędzy — otrzaskana ze słowy ostremi, nie waham się mówić co myślę... nie jest to wdzięczne, ale pocóż pana będę zwodziła?
Prostota dziecięca, z jaką to sobie wszystko mówiła powoli, zimno... nie rumieniąc się — nadzwyczaj zajęła i wzruszyła Hermana.
— Owszem... zachwycasz mnie pani... tą szczerością — zawołał — ale wywołujesz ją nawzajem odemnie. Nie będę się jéj chwalił, że jestem istotą wyjątkową — powiem tylko, że nigdy nie kłamię, chyba z tymi, co mnie chcą okłamać. Mówię pani żem się w niéj zakochał — to nie jest próżne słowo... Należę do tych ludzi, co gdy się kochają... to na zabój...
— A ja do tych, co gdy słyszą o kochaniu śmieją się, i mam ochotę tego spróbować.
— Stara i zła metoda, droga pani — przerwał Herman: dowiodę tego. Są miłości, co próbę ognia i wody wytrzymają, a prysną potém od prószynki... W próbach gra rolę miłość własna.. Na co się zdało próbować? serce powinno czuć...
— Nic nie czuje! rozśmiała się Viola.
— A ja nie rozpaczam, że się to może zmienić.
— Wątpię... hrabiowie jak pan, kochają się w Cygankach jak ja, dwa tygodnie... dopóki nowe nie przyjadą.
— Nie liczże się pani do tych Cyganek.
— Niestety! gdybym ja nie chciała się liczyć, to drudzy mnie do nich zapiszą.
Herman siadł na kanapie.
— Teraz, rzekł zmieniając rozmowę, rad jestem Sylwanowi, że nie przychodzi... A bardzo ja panią nudzę?
— Mogę wytrzymać!
— Długo?...
Viola nie odpowiedziała... Herman westchnął.
— Ja się pani muszę okrutnym szaławiłą wydawać — ale przysięgam, mam serce, na które rachować można.
Viola uśmiechając się patrzała na niego ironicznie.
— A! miły Boże — poczęła smutnym głosem — jakież to upokarzające dla mnie, co mi pan mówisz! jak mi się chce zapłakać bezbronnéj słysząc te słowa... Powiedz pan? miałżebyś odwagę w salonie pierwszéj lepszéj panience je powtórzyć?
— Gdybym czuł — niechybnie — rzekł Herman.
— A powiedziawszy je, byłbyś związanym.
— Ja się równie czuję niemi związanym względem pani...
Ruszyła ramionami Viola i odwróciła głowę. Szerszeń wszedł coś mrucząc, popatrzał na hrabiego, na aktorkę... ruszył ramionami i wysunął się...
Herman wziął kapelusz.
— Widzę, rzekł, że się Sylwana nie doczekam. Mówmy seryo... Pozwól mi czasem przyjść, przynieść sobie słowo pociechy... Do serca, zajętego może, nie roszczę praw, szanuję uczucie — lecz czemużbym nie mógł być jéj dobrym bratem i przyjacielem?
— Dla tego, że w tę przyjaźń, niestety! nikt nie uwierzy... Wam się nic nie stanie... na mnie powiedzą żem wietrznica... Chcesz że pan, żebym okupowała te miłe chwile wstydem i — obmową ludzką?..
— To prawda! ale gdybyś miała serce litościwe, dobre... a zrozumiała mnie i wierzyła... możebym to pozwolenie uzyskał...
Była chwila milczenia, biednemu dziewczęciu czegoś łza zakręciła się w oku, spojrzała się na Hermana milcząco...
— Tylko mi pan już o żadnéj nie mów miłości! szepnęła cicho — to boli!
— Zgoda — ale mam pozwolenie.
— Czasami... bardzo rzadko... z panem Sylwanem, tak lepiéj... choć — ja się pana nie boję, ja się boję ludzi.
Hrabia poskoczył do jéj ręki, pochwycił ją namiętnie, przycisnął do ust gwałtem i uciekł...
Szerszeń, który całéj téj sceny był świadkiem przez szparę odedrzwi, zamknąwszy drzwi wszedł poważnie do pokoju.
— Jak Boga kocham, mości dobrodzieju — panienko — odezwał się surowo — to już źle. No, jeden ten poczciwy pan Sylwan, człek wytrawny, jak sobie chce... ale już i brat, a potém swat, a potém się ich tu zejdzie cała kopa... To dalipan źle... Już niech panienka mi daruje — że ja to mówię...
Viola zaczęła płakać, Szerszeniowa przystąpiła do męża, aby go pohamować.
— Upośledzona istoto, mości dobrodzieju — idź sobie odemnie — zawołał Paweł — ja mam poczucie świętych obowiązków... Ja tego hrabiątka nie lubię... i jak powiada nieśmiertelny nasz mistrz...
Wyjście Violi, która się schroniła do drugiego pokoju — przerwało potok przygotowanych słów Szerszenia. — Poczęło się małżeństwo kłócić z sobą.
Herman, któremu się udało nareszcie zbliżyć do Violi — wyszedł bardzo szczęśliwy... Wszystko mu się udawało... wesół był i nie mógł usiedzieć na miejscu... popędził do Sylwana...
Tu zastał nad spodziewanie jakby przygotowanie do drogi... Lelia smutna i blada siedziała na kanapce. Zbierano papiery, wiązano książki... chłopiec zwijał się po pokojach.
— Co to jest? zawołał wchodząc Herman.
— Jeszcze nic — ale chcę być gotowym do drogi — rzekł Sylwan, i módz wyjechać gdy mi znak będzie dany, że mają wypędzić.
— Niech-no pani Sylwanowi doda otuchy — rzekł Herman witając się z Lelią. Nadto widzi czarno świat cały.
— Czarny on jest, wyszepnęła Lelia.
— Nie... Dla kliki czarnéj a brudnéj, która nam go chwilowo zasłania? o! nie! Sylwan... od czasu jak panna Hanna się rozkaprysiła...
Lelia spojrzała na niego złośliwie.
— A pan nie przyczyniłeś się do tego jéj rozkapryszenia? spytała cicho.
— Ja? — bardzo wątpię — odparł Herman; ale za to pani ręczyć mogę, że ja się panny Hanny boję...
— I nic więcéj? spytała Lelia.
— Myślisz pani żem się zajął! rozśmiał się Herman... A zaciekawiłem się... ale — zakochać? Jabym się z nią na śmierć zanudził... Idealna jest, ale postawiwszy ją na postumencie, okadziwszy go i pokłoniwszy się, trzeba gdzieindziéj szukać życia i serca.
— Chociaż Hanna zadała mi cios bardzo bolesny, odparła wdowa wstając, ale powiem żeś pan niesprawiedliwy dla niéj... Hanna ma wiele dumy, Hanna jest poważna — lecz w piersiach jéj bije serce, a w głowie żyje myśl... Bojaźliwość dziewczęca osłania oboje przed oczyma ludzi.
— Może to być — kłaniając się rzekł Herman; ale ja... ja się jéj boję...
Lelię to wyznanie rozweseliło: wielki ciężar spadł jéj z serca...
— Przyznam się panu, że tam na pana już rachują. Nie Hanna, ale rodzina i łaskawi opiekunowie dobrowolni... Gdy zobaczą, że hrabia o niéj nie myślisz, rozpoczną się dopiero wyścigi...
Herman ruszył ramionami.
— Ja pani powiem jedno: nigdy się nie ożenię dla pieniędzy, stosunków i imienia — za to ręczę. Z miłości choćby niedorzeczność popełnić — ha! no! przynajmniéj wiem, żem brylant choć raz miał w ręku... którego drudzy szukają nadaremnie.
Co się tycze Sylwana — począł po chwili — ponieważ pani abdykujesz, on rozpacza... pozwólcie mnie pochodzić w tym interesie, mam wiele śmiałości, a czasem dużo szczęścia...
Sylwan się odwrócił, bo stał pakując książki, i począł się śmiać ująwszy w boki, śmiechem suchym i niewesołym.
— Herman moim plenipotentem!
— Wiesz, że szalonym się powodzi! — Kto wie, jabym jeszcze mógł wszystko połatać.
— Ja rzeczy połatanych nie lubię — zamknął Sylwan.
— A ja tylko o jedną rzecz proszę: — nie śpieszcie się.
To mówiąc odprowadził Lelię na bok, coś z nią poszeptał i wyniósł się bardzo prędko.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.