Ramułtowie/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.

Wieczór, który był wyznaczony na benefis dyrektora z Romeo i Julietty Szekspira, nadszedł wreszcie. Viola miała w nim trudną rolę Julii odegrać, od rana w pokoiku jéj czynność była nadzwyczajna... Suknie porozrzucane leżały na kanapie i krzesłach... Pawłowa zbierała zawczasu drobne rzeczy, należące do stroju aby czegoś potém nie brakło, Szerszeń biegał po rękawiczki i różne przybory, które sobie dopiero w ostatniéj przypomniano godzinie.
Viola chodziła z rolą swą po pokoju to odczytując ją, to zamyślona patrząc w głąb ogrodu na zielone drzewa i niebo jasne... wzrokiem osłupiałym, który nic nie widzi. Trwoga jakaś ogarniała ją przed tém wystąpieniem na scenę, daleko większa niż kiedykolwiek; nie żeby pragnęła oklasków i żądną była uwielbień, lecz przez wielkie poszanowanie dzieła, w którém miała występować, które ona pojmowała tak piękném, a obawiała się zobaczyć skarykaturowaném... Repetycye odbyte przerażały ją... Romea w istocie czuć było anyżówką, a przesadzona jego deklamacya zdolną była rozśmieszyć chyba, nie rozczulić. Widziéć i czuć się narażoną na walczenie o własnéj sile przeciwko żywiołom, które całe wrażenie zniszczyć miały — było dla biednéj dziewczyny tak straszném, iż jéj odwagi brakło. Jéj saméj nie starczyło sił by w sobie zamknąć dramat cały, i odegrać go sobą. Ostudzała ją nawet uboga sukienka polepiona tak z ladajakich gałganków by pyszny strój Veroneńskich patrycyuszów córy zdala kłamała...
Teatr był pełen... Viola nie miała odwagi spojrzéć przez otwór w kurtynie na zebraną publiczność, która dopominała się rozpoczęcia sztuki, niecierpliwém tupaniem...
Dyrektor widząc ją tak upadającą i bezsilną sam podprowadził ażeby rzuciła okiem na świetną salę...
Loże na ten raz były pełne, krzesła nabite, parter zasiany głowami, nawet w raiku tłum się nacisnął tak, iż zdało się niepodobieństwem choć jedną więcéj wpuścić jeszcze osobę.
W krzesłach Viola z biciem serca poznała siedzącego Sylwana... osamotnionego zupełnie wśród obcych. W loży na prawo znajdowała się obok siwowłoséj staruszki piękna panna i przy niéj znany Violi dobrze z twarzy pan Herman... W drugiéj siedziała rozmawiając pochylona z niemi młoda pani, któréj łysy towarzyszył mężczyzna i dwóch czy trzech kawalerów. Viola poznała w niéj siostrę Sylwana widzianą z nim w teatrze.
Dla czego Sylwan siedział tak osobno, Viola odgadnąć nie umiała. Całe zresztą znane nam towarzystwo znajdowało się tym razem zebrane w lożach, ażeby widziéć parodyą Szekspira, jak większa część z nich utrzymywała. Wiele z tych panów i pań przypomniało ją sobie na paryzkiéj, londyńskiéj i niemieckich scenach, uśmiech ironiczny błądził po ich ustach... przyszli tylko by ruszywszy ramionami, zdekretować po francuzku, że teatr był bardzo nędzny...
W loży hrabinéj znajdował się nieodstępny teraz Lubicz i para matador, które go protegowały. Sylwana oczy skierowały się parę razy ku Hannie i nie spotkały ani razu jéj wejrzenia. Rozmawiała bardzo żywo z Hermanem, tak, że cały teatr tę jéj dla niego uprzejmość uważał. Jeśli była udaną, to grała ją tak wybornie, iż nawet Sylwan uczuł chłód jakiś w sercu, patrząc na to co sam ściągnął niebacznie. Lelia z każdym dniem też, nie mówiąc o tém niespokojniejszą była, zdawało się jéj, że Hannę znajdowała zmienioną co dzień bardziéj, coraz chłodniejszą, coraz weselszą i obojętniejszą...
Herman natomiast, mimo doznanego zmartwienia z powodu oświadczenia Lubicza, był w wybornym humorze i choć dowcipował, sarkazm jego był nierównie łagodniejszy, czuć w nim było jakąś zmianę wewnętrzną. Sylwanowi nawet przywidywało się, że go unikał... Nim się jeszcze podniosła kurtyna, Lelia, która doskonale umiała czytać w twarzy brata, postrzegłszy na niéj głęboki smutek i domyślając się czemu go przypisać należy, pobiegła do Hanny... Na chwilkę siadły obok siebie w kątku loży.
— Na miłość Boga, droga Hanno — szepnęła jéj Lelia — proszę cię, spojrz choć na biednego Sylwana, żal mi go, widzę go tak przybitym, ponurym... a tyś temu wszystkiemu winna.
Ja? spytała Hanna — o! pewno nie, mylisz się... Sylwan się mocno zajmuje jak upewniają wszyscy aktorką, która ma grać rolę Julietty... i to go tak chmurnym czyni.
— Co też ty sobie wyobrażasz, albo co ci to nagadali, droga Hanno! oburzona przerwała Lelia — Sylwan! zajęty aktorką!
— O! to niezawodnie, odezwała się Hanna — ja mu tego za złe nie mam... Tak długo był samotnym: a potém urok artystkom towarzyszący... i mówią, że ma być ładna, dumna i roztropna...
Lelia ruszyła ramionami.
— Moja Hanno!
— Bardzom ciekawa ją zobaczyć, powiem ci moja Lelio... bardzo... boć to przecie — rywalka!
Wyraz z jakim wymówiła to słowo, oburzył doprawdy Lelię.
— Droga moja, widzę, że Sylwana nieznasz... lub zapomniałaś go... nad wyraz mnie to boli...
I wybiegła z loży. Hanna wróciła bardzo spokojnie na miejsce swoje, i przerwaną z Hermanem ciągnęła daléj rozmowę. W lożach też wszędzie grały się maleńkie dramata, oczekując na wielki który miano na scenie odegrać... krzyżowały się spostrzeżenia złośliwe, uśmiechy szyderskie, słowa na pozór nieznaczące a brzemienne namiętnościami skrytemi... Dwoje ich tylko: Lelia zamyślona o bracie, Sylwan na pozór spokojny a przeczuciem jakiemś smutny — wśród tego obcego prawie im świata, gwarnego i ożywionego, wydawali się chłodnymi widzami... choć w jego życiu bólem uczestniczyli...
Wśród szmeru podniosła się zasłona, lecz pierwszy akt, aż do sceny w któréj po raz pierwszy ukazuje się Julia mało obudził zajęcia. Viola miała ten dar szczególny, że gdziekolwiek występowała ściągała i pochłaniała uwagę... oczy zwracano na nią... niesłuchano prawie innych artystów na scenie... obudzało to zazdrość, choć ona wcale się nie starała o pozyskanie tego współczucia publiczności, choć o niem nie myślała.
Romeo tak był podobny do lokaja, iż Sylwan, którego los sztuki wielce obchodził, drżał już zawczasu o los biednéj Violi. Szczęściem hrabinę Capuleti grała nie młoda a wielce intelligentna artystka, która zniszczyła wrażenie jakie ukazanie się Violi uczynić było powinno. Viola potrafiła z siebie uczynić prawdziwe dziecię wielkiego, pańskiego domu, a choć jéj zbywało może na zewnętrznych oznakach, mogących złudzenie powiększyć — postawa, ruchy były tak szlachetne, tak wdzięczne, iż nietylko męzka część widzów ujęta niemi została, lecz arystokracya płci pięknéj zdumiała się temu zjawisku, którego sobie wytłómaczyć nie mogła. To dziecię ludu, ta sierota nieznana... to cyganię, które nędza kołysała, a płacz nauczał życia — cudownym sposobem... odgadło formy świata, którego niewidziało nigdy! Przebaczonoby jéj talent, lecz takie przywłaszczenie monopolu dystynkcyi? To też zagryzano usta, damy ruszały ramionami zdziwione, a Paprzyca tłumaczył na ucho hrabinie, iż chodziła tradycya jakoby Viola była dziecięciem krwi książęcéj! Tym tylko sposobem umiano sobie wytłómaczyć jéj powagę, wdzięk i szlachetne ruchy...
Hanna z wielką ciekawością skierowała ku niéj lornetę, trzymała ją długo wlepioną w aktorkę... od stóp do głów obejrzała... a potém zwróciła oczy ku Sylwanowi, który w téj chwili cały był na scenie. Iskra gniewu przeleciała po jéj twarzy, chłodno jednak szepnęła Hermanowi, który się także na Juliettę zapatrzył.
— Nie dziwuję się, że taką robi furorę między panami dzisiejsza kochanka Romea, jest bowiem w istocie wyjątkowém zjawiskiem... nie tak może piękna jak sympatyczna: twarz i cała postać coś smutnego... jakiś głos miły... co za dystynkcya!
Spojrzała jeszcze raz na Sylwana i zarumieniła się widząc, że bardzo uważnie słuchał... artystów.
Ostatnie wyrazy w końcu aktu, które Julia stosuje do Romea, Viola zdawała się chcieć powiedzieć do tego świata, którego dziecię ukochała... świata, co jéj plemieniowi ubogich tak był wiekuiście wrogiem, jak Montechi Capuletom... Patrzała na Sylwana wymawiając te wyrazy... a wejrzenie jéj nie jedne oczy pochwyciły w drodze...
Gdy zasłona po tym wstępie zapadła... w sali zdania były podzielone, lecz nie mówiono o nikim oprócz Violi... Chwalili ją wszyscy, choć niezbywało na krytykach drobnostkowych, które brzęczą i szczypią, jak komary... zabić nie mogą wprawdzie, a kąsają przecież boleśnie. Paprzyca znajdował, że dziecię proletaryatu zdradziło brak smaku w jakiéjś wstążce nie ortodoksyjnie przypiętéj — admirowano finessę tego postrzeżenia, które cechowało — człowieka wielce wydelikaconego gustu!
Już w ostatnich wyrazach — Viola zdradziła tę czułość, którą w następnych aktach miała okazać z nieporównanym wdziękiem, czułość dziewiczego serca co się jak kwiat na wiosnę po raz pierwszy otwiera...
Scena druga wtórego aktu w ogrodzie Capuletów była prawdziwym tryumfem artystki, chociaż Romeo chcąc być namiętnym stał się przerażająco karykaturalnym... widzowie pochwyceni nie patrzali nań, nie słuchali go... w głębokiéj ciszy poili się muzyką słowa Julietty, która nawet nie dosyć udatnemu przekładowi umiała nadać urok czarodziejski... Nieprzyjaciele i wytworni smakosze co tu przyszli ze wspomnieniami Paryża i Londynu, musieli zmartwieni przyznać, iż Viola miała talent olbrzymi, że to było niesłychane na małéj scenie zjawisko. Ile starych serc pobótwiałych uderzyło ku niéj, ilu śmiertelnie zakochało się studentów — ilu finansistów myślało o kupieniu tego klejnotu... Statystyka tego wieczoru pamiętnego nie zapisała.
Nie podziwiano może tyle przejęcia się rolą, wdzięku z jakim ona była odegraną, jak — nadewszystko to, że Julietta potrafiła być hrabianką Capuleti... będąc w istocie córką ubogiego proletaryusza.
Po lożach to obudzało zajęcie, podziw, domysły różne i złośliwe szyderstwa.
W ciągu scen, które mimo towarzyszących Violi artystów — dość nieudolnych, szły nieźle wcale, Hanna kilka razy rzuciła okiem na Sylwana... i znajdowała go zawsze zatopionym w sztuce... Uczyniła nawet jakąś uwagę z tego powodu panu Hermanowi, który — choć z równém zajęciem wpatrywał się we Violę, uśmiechnął się i spojrzał na Sylwana...
Tragiczny akt piąty... grała artystka tak straszliwie rozpacznie, tak do zbytku prawdziwie, iż najsurowsi nawet sędziowie nie mogli się powstrzymać od chwilowego wzruszenia... Kurtyna zapadła wśród grzmotu oklasków i wywoływań namiętnych Violi... lecz zamiast niéj, po długich krzykach wyszedł tylko sam dyrektor oznajmując ze strapieniem wielkiem szanownéj publiczności, iż ulubiona artystka mocno zachorowała i musiano nawet wezwać do niéj lekarza.
Oko Hanny padło mimowolnie na Sylwana, który usłyszawszy to wyciskać się zaczął przez tłum i zniknął gdzieś w korytarzu... który zapewne prowadzić musiał za kulisy.
Do powozu towarzyszył jéj Herman, była ponura i milcząca. Ci, którzy nagotowali byli bukiety, musieli z niemi powrócić do domu... Lelia napróżno oczekiwała przy wyjściu na brata... i zmartwiona tém, że się jéj nie pokazał, sama wsiadła do powozu... Sylwan w istocie poszedł się dowiedzieć za kulisy o Violę. Dyrektor, którego spotkał łamał ręce i zdawał się w prawdziwéj rozpaczy. Wystaw sobie pan... ta nieszczęśliwa, niewiem z jakiego powodu... boć jéj przecież tak źle nie jest, a byłoby bardzo dobrze gdyby tylko... Zdaje się, że wzięła ogromną dozę opium i chciała się nią otruć... lekarz ledwie pośpieszył w czas... aby ją ocalić... niebezpieczeństwa niema, lecz musieliśmy ją natychmiast odesłać do domu...
Nie namyślając się Sylwan chwycił także powóz przed teatrem i kazał się wieźć do mieszkania Violi... Zastał oboje państwa Pawłów w rozpaczy tracących głowy... lekarza, który z zimną krwią i przytomnością rozporządzał co czynić a Violę na łóżku w tych jeszcze sukniach które Juliecie do grobu służyły, jakby szukającą niespokojnie oczyma w koło siebie... kogoś spodziewanego... Resztki zażytego opium znać marzeniami sennemi mózg jéj uciskały, mówiła jakby obłąkana... coś czego nikt zrozumieć nie mógł. Na widok Sylwana, podniosła się na łóżku, wyciągnęła ręce i krzyknąwszy: Mój Romeo! padła osłabiona na poduszki...
Lekarz stał zamyślony... szydersko się uśmiechając...
Viola chwyciła rękę przybyłego spazmatycznie usiłując zatrzymać przy sobie. Nastąpiła chwila milczenia...
— Niema niebezpieczeństwa? spytał Sylwan po cichu...
— Już go niema, ale gdyby nie wypadek, który flaszeczką niedopitego laudanum dał wskazówkę... piękna Julia usnęłaby w grobowcu Capuletów na zawsze... rzekł lekarz ciszéj jeszcze. Teraz, potrzeba wypoczynku dla ciała i ducha, bezemnie tu się obejdzie... pan (dodał ironicznie) pozostań... Stara jejmość niech daje lekarstwo...
Viola z głową zwróconą ku Sylwanowi, trzymając jego rękę... wpatrywała się w niego niespokojnie... w czasie téj szeptanéj rozmowy...
— Kochany konsyliarzu — odezwał się Sylwan... nie potrzebuję ci przypominać, że tajemnice łoża chorych są święte... a to czego masz prawo się domyślać... pozorem jest, nie prawdą. Skłonił się młody doktór wychodząc na palcach... Sylwan musiał zostać... Viola zdawała się z trwogą oczekiwać na zasłużony surowy wyrok sędziego...
— Nie pogardzaj mną, rzekła cicho — nie potępiaj mnie biednéj. Ty niewiesz ilem przecierpiała w życiu. Sam Pan Bóg mi to był przebaczył! Dziś umrzeć czy jutro... czyż nie jedno, gdy nic się nie ma do czynienia w życiu, gdy sobie jest człowiek ciężarem, a drugim obojętnym. Żyć mi tak ciężko...
— To są wyrazy dzieciny słabéj — odparł Sylwan... ale dziś nie czas na wymówki... trzeba spocząć dziękując Bogu, że życie ocalił. Nikt niezna swéj przyszłości a każdy na świecie jest potrzebnym, nikt nie ma prawa targnąć się na życie, które jego własnością nie jest...
Viola milczała płacząc schylona ku poduszce.
— Tak! to prawda — ale są takie życia! takie życia są ciężkie i bez kropelki pociechy... Co by to komu było szkodziło, gdybym sobie zasnęła tak na wieki...
A! jaki pan jesteś dobry, że jeden tylko — nie zważając na nic — przyszedłeś do mnie. To było ostatnie pragnienie gdy mi się zdawało, że na wieki usnę, aby ziębnąca ręka Julietty jeszcze twoją dłoń uczuła.
— Już o tém nie mówmy — rzekł Sylwan, potrzeba spocząć... i trzeba się poprawić...
Viola westchnęła... Sylwan wyrwać chciał zwolna dłoń z jéj rąk, ale go nie puszczała.
— Chwilkę jeszcze — rzekła cicho. Któż to wié, ja może umrę... a może jutro widzieć mnie nie zechcesz... Jeszcze chwilkę...
Sylwanowi wyraz tęskny jéj głosu wycisnął pół łzy z powieki... W téjże chwili około domu na wschodach usłyszano szmer głuchy, potém... stłumioną mowę i podnoszący się coraz głos Szerszenia, który zdawał się bronić przystępu... Pawłowa niespokojna poszła się dowiedzieć co by to było... Kilkudziesięciu młodzieży i najzapaleńszych admiratorów Violi, dowiedziawszy się o tragicznym wypadku, przypadli aż pod dom pytać o jéj zdrowie. Niesiono stosy bukietów, które Pawłowa zabrać musiała... Na czele oblegających był Herman, który choć tego nie pokazał po sobie w czasie przedstawienia, mocno był przejęty grą artystki... a przerażony wiadomością, która już po kurytarzach obiegała... Odprawiwszy od powozu panie, pobiegł prawie mimowolnie do mieszkania Violi... Tu wszelkiemi możliwemi środkami chciał przekupić cerbera Pawła, który rozkrzyżowawszy się we drzwiach przysięgał na mistrza, iż nikogo wewnątrz nie wpuści.
Głos Hermana poznawszy brat, wstrzymał się, aby z nim i z innemi nie spotkać... Viola usłyszawszy szmer chwyciła się tego pretekstu by go prosić, ażeby przy niéj pozostał. Usiadł więc Sylwan przy łóżku, a Viola nie puszczając jego ręki, jakby odżywiona podniosła się nieco na łóżku, bladym uśmiechem ciesząc się z téj pomocy losu...
Na Szerszenia spuścić się było można, iż progu nie da przestąpić. Jakoż po żwawéj utarczce z panem Hermanem, przepuściwszy tylko bukiety, Paweł wytrwał na stanowisku i drzwi na klucz zatrzasnął.
— Ale tego bądź pewnym, zawołał mu Herman odepchnięty nad uchem, że ja nie ustąpię, siadam na wschodach i będę do rana czuwał.
— Siedź sobie pan i cały tydzień... mości dobrodzieju, panie grafie, rzekł Szerszeń — gdybyś był i dziesięć razy panem grafem... to ja cię tu nie puszczę... to darmo!
Sylwan napróżno chciał się wymknąć, musiał, rad nie rad zostać w tém krześle przy choréj, któréj twarzyczka blada śmiała się szczęściem. Pan Paweł palce kładąc na ustach, cichutko się zbliżył do niego.
— Ja dopilnuję tego jegomości, rzekł, wszyscy się rozeszli — przecie i on tu nocować nie będzie. Niech pan spokojnie posiedzi.
I wrócił do wchodowych drzwi... Otworzywszy je pomalutku... zajrzał, zobaczył plecy Hermana, który cygaro zapaliwszy po ciemku na wschodach oparty o ścianę zajął stanowisko — i — prędko znowu przymknął.
Próby te powtarzały się kilkakrotnie w przeciągu pół godziny — Herman siedział. Wreszcie znudzony Szerszeń ze świecą wyszedł próbować na upartym siły wymowy i argumentu.
— Jakże pan u kaduka, mości dobrodzieju, panie grafie — odezwał się — możesz nawet żądać do choréj panny gwałtem wejść o północku?
— Muszę się dowiedzieć co się z nią i z moim bratem dzieje, bom pewny, że on tu jest...
— Zkąd pewność? spytał Szerszeń... Jest lekarz tylko...
— Ja potrzebuję natychmiast widzieć brata, powtórzył Herman... mój brat jest tu! musi być...
Szerszeń zmilkł... zafrasowany...
W téj chwili przypomniał sobie boczne wschodki, którémi go mógł wypuścić, zamknął wnijście mrucząc... poszedł do Sylwana i gwałtem go prawie oderwawszy od Violi, któréj pogroził, spuścił się z nim po cichu do ogrodu...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.