Ramułtowie/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIII.

Nazajutrz nie mógł wytrzymać Dołęga, ażeby nie pójść na zwiady po mieście — oburzony był tém, iż się działy rzeczy, o których on nie wiedział. Zagrażało jego dobréj sławie, odbierano mu chleb, bo cóżby robił, z czémby po domach chodził, jakby się wcisnąć, gdzie mu potrzeba, potrafił, gdyby nie miał koszyczka nowin i skandalików na plecach.
Zaręczyny potajemne pana Aleksandra nie dziwiły go tak bardzo... oddawna bowiem przyznawał się do słabości dla wdowy — ale Lubicz, co znaczyło to kompromitowanie się staréj hrabinéj... Dołęga nazajutrz rano wiedział już, że pojechał w karecie z nią do jéj domu, że tam ją odprowadził do salonu, i że około trzech kwadransów bawił jeszcze...
Niespokojny spotkawszy Paprzycę wsypał mu na ucho całą wczorajszą historye hrabinéj, będąc pewny, że go niezmiernie zadziwi. Paprzyca ani drgnął, silnie tylko bardzo ścisnął mu rękę i rzekł.
— Cicho! cicho!... jesteś więc nie wtajemniczony! Mój Boże to są rzeczy ułożone! Prałat miał polecenie hrabinę przygotować... Na tego Hermana rachować nic nie można. Proszę cię, wychowany w najlepszym instytucie u księży Jezuitów, matka taka dobra katoliczka, a to sceptyk! Bóg wié co! Lepiéj niech choć część fortuny idzie w ręce człowieka, którego my jesteśmy pewni. Myśmy go postanowili z nią ożenić... Lubicz est raisonable nie sięga wyżéj niż powinien. Kobieta nie młoda, ale bardzo przyjemna, fortuna znaczna... koligacya piękna... wchodzi w świat nasz przez to małżeństwo...
— A! a! a! zawołał Dołęga — więc się już oświadczył?
— Wczoraj — ale to jeszcze do jakiegoś czasu sekret... Hrabina w nim rozmiłowana do szaleństwa... prawdę rzekłszy, w starym piecu dyabeł pali, niechże się przy tym ogniu pieczeń poczciwa upiecze... Trzeba umieć ze wszystkiego korzystać...
— Mówiono mi — dodał Paprzyca, że coś tam Herman bardzo do Junoszanki się wczoraj przysiadał.
— Bardzo...
— Żal by jéj było dla niego... ale tam wpływy są trudne... ojciec żołądek — tylko... starościna słaba kobieta, a Hanna fantastyczna... Trzeba jednak będzie coś na to radzić... aby... Niedokończył i odszedł.
Sylwan wiedział nazajutrz przez siostrę o wieczorze... do Hermana pytać o to iść nie chciał, Lelia opowiedziała mu i swoje z Hanną spotkanie — i to co słyszéć lub dojrzéć potrafiła. Jéj, mimo przywiązania do Hanny, zdawało się to trochę niebezpieczną próbą.
Sylwan się uśmiechnął.
— Nikt jéj pewnie mocniéj nie kocha nademnie, dodała siostra — ani mocniéj w nią wierzy, ale — doprawdy trwoga mnie brała widząc jak w końcu wieczora byli z sobą poufale, jak rozmowa ich zajmowała tak, że w koło nie słyszeli nikogo... Hanna, czegom nigdy od dawna nie widziała — śmiała się — Herman spoważniał.
— A to dobrze, że się rozerwała! spokojnie odezwał się Sylwan... zmiłuj się — nie trwóż! gdyby Hanna miała być tak wrażliwą i zmienną, nie byłaby tą Hanną którą ja kocham...
Śmiejąc się dokończył rozmowy Sylwan, a że tego dnia miał wiele do czynienia w domu, oczekiwał na Hermana u siebie, sądząc, że mu przyjdzie coś o tym wieczorze powiedzieć. Herman nie przyszedł.
Wieczorem przysłała Viola prosić Sylwana. Tego dnia teatru nie było, przedstawienie Romea zbliżało się, Szerszeń z wielką powagą opowiadał, iż chciała się go jeszcze o rolę poradzić! Sylwan zawahał się nieco, poszedł...
Zastał ją w istocie przy lampce nad książką i całą na pozór zatopioną w niéj, nie wiedząc o tém, że dopiero kroki jego posłyszawszy na wschodach, zajęła to miejsce i przybrała postawę. Biednemu dziewczęciu zatęskniło się... płakała, walczyła i posyłała Szerszenia. Chciała go widzieć choć chwilę — choć głos jego posłyszéć. Zmieszana kłamstwem, które sama sobie wyrzucała, wstała od stolika na powitanie tego, który jéj nie kochał, który kochać jéj nie mógł — a którego ona przestać kochać nie umiała.
— Co pan sobie myślisz o mnie, odezwała się cicho — ja tak niegodziwie jestem natrętna... ja pana ścigam swojém zaufaniem... ale — doprawdy, chciałabym być Julietą o jakiéj marzył Szekspir... a nie umiem.
Sylwan siadł z daleka — smutnym był jakoś.
— Może ta rola jest dla pani przedwczesną, rzekł zwolna — niepodobna odgadnąć namiętności, która wiecznie będąc prawdziwą, tak jak jest odmalowaną w tragedyi — oprócz tego silnie nacechowaną jest naiwnością i kolorytem wieku... Tak dziś już się kochają tylko ci, co w społeczeństwie XIX wieku, jeszcze obyczajem, sercem, pojęciami, przedstawiają wiek XVI...
Viola słuchała...
— Więc serca i miłość starzeją? spytała... i gdyby to była prawda, co pan mówisz w jakim XXII wieku... jużby się wcale kochać nie umiano?
— Nie, droga pani — rzekł Sylwan, ale miłość wyrażałaby się — któż wie? formułą algebraiczną, lub frazesem z telegrafu...
Rozśmiała się Viola...
— Ja tam tego tak głęboko nie pojmuję — rzekła — teraz wszyscy potępiają uczucie... wiele to podobno rozumu i rachunku — lecz powiedz mi pan, czy życie ludzkie warteby było co bez uczucia.
Tak rozpoczęta rozmowa zwróciła się do prostych rzeczy... Pawłowa przyszła suknię Julii pokazać, Paweł wmieszał się do rozmowy także.
— Nasza panienka — rzekł, frasuje się mości dobrodzieju, jak zagra Julię... a możesz ona ją zagrać dobrze, mając przeciw siebie takiego bałwana jak ten Romeo, którego zawsze anyżówką czuć...
Pawłowa swoim zwyczajem poczęła męża strofować i chciała powstrzymać gadanie, Szerszeń może z większą, niż jéj się zdawało przenikliwością, usiłował zostać w pokoju, nie dając się bardzo rozgadywać sam na sam Violi z panem Sylwanem... Małżeństwo kłócąc się z sobą wysunęło się do pierwszego pokoju, gdzie pan Paweł dwie ściśnięte dłonie nastawując na przeciw twarzy swéj małżonki, odezwał się głosem stłumionym...
— Że też ty, stara jakaś, nigdy rozumu mieć nie będziesz! Jakże ty nie pojmujesz, że kiedy ona mnie po niego posyła, toć nie mogę nie iść, — a ich zostawić we cztery oczy, nic potém... Ona w nim rozmiłowana... on o tém ani myśli... Nietrzeba dopuszczać żeby się przed nim jeszcze kiedy wyspowiadała... bo dyabeł nie śpi, jak powiada nasz mistrz...
— Daj ty mi pokój z mistrzem i ze swoim rozumem ofuknęła Pawłowa... dziecko tyle ma pociechy co się z nim rozmówi, a ty jéj i to mieszasz swojém paplaniem.
— Już ty mnie nie ucz, ja wiem co robię — zawołał Szerszeń... a kiedy o teatrze gadają... to ja też o nim coś wiem, i słowo, mości dobrodzieju, niewiasto upośledzona, mogę dorzucić.
Trwając w swoim uporze Szerszeń, z okularami, rękopismem i książką powrócił do pierwszego pokoju — gdzie mu może Viola nie bardzo była rada. Tu dokumenta złożywszy na stole pod sąd pana Sylwana, poddał kwestyę ważną...
— Proszę pana to są osły! zawołał — oni nieśmiertelnego mistrza śmieją poprawiać i obcinać, bo im się to wydaje długie! Oni! oni! długousi mędrcowie. Najpiękniejsze mości dobrodzieju ustępy oberżnęli i jakże ta sztuka ma być dobrą...
Szerszeń zaczął książkę porównywać z rękopismem... i tak się rozciągnął z dowodzeniami o głupocie układaczy dla sceny, iż dziesiąta wybiła, a Viola z Sylwanem oprócz pierwszych słów i rozmowy oczami, więcéj mówić nie miała zręczności, Szerszeń się odpędzić nie dawał.
Jednakże ten wieczór usposobił Violę, nakarmił i zapewniwszy się, że on ją będzie widzieć w Juliecie, pożegnała go odprowadzając do drzwi, — a we drzwiach jak o jałmużnę prosząc wyciągnęła rękę do niego — i szepnęła — przyjdź pan kiedy — nie proszony!
Upłynęło dni kilka na pozór żadnéj zmiany nie przynosząc z sobą. Sylwan siedział w domu... Lelia codzień go odwiedzała. Od niéj się dowiedział, że w tym krótkim przeciągu czasu Herman był trzy razy u Junoszów, i że w mieście zaczynano mówić o tych odwiedzinach...
— Hanna mnie dziwi — dodała Lelia — najczuléj dopytuje się o ciebie — a doprawdy nadto się poprzyjaźniła z Hermanem.
— O cóż znowu! zaśmiał się Sylwan — mnie więcéj dziwi, że nie przyszedł ani razu do mnie, ale ja dziś u niego być muszę.
Jakoż wieczorem skończywszy roboty, poszedł w godzinie, w któréj prawie pewnym był go zastać. Herman zamyślony palił w fotelu cygaro, na widok brata poskoczył żywo bardzo go uściskać.
— No — spowiadaj że mi się — spytał wesoło Sylwan. Słyszę zewsząd, że ci się wiedzie świetnie...
Zmieszany nieco Herman począł się śmiać. Widzisz mnie zakłopotanym... nie dziwuj się... mam wielką przykrość i dla tego nie byłem nawet u ciebie — mam zmartwienie...
— No i cóż to takiego?
— Bratu nawet wahałbym się powiedzieć, lecz to długo nie będzie tajemnicą. Moja matka wychodzi za mąż. Jest to gorzéj niż omyłka — bo śmieszność. Widzieć tego kogo się kocha okrytym nią — boli...
— Jakto? za kogo?
— Nie pytaj! jest to człowiek mało co starszy od nas, który mógłby być jéj synem...
Herman padł w fotel. Miarkujesz, dodał, że ja nie mogę słowa powiedzieć matce... a serce mi się kraje... Temu zaś nikczemnemu człowiekowi, który dla chleba popełnia podłość, udaje przywiązanie, gra miłość... choćbym policzki otrzepał, co to pomoże? obetrze je chustką i zacytuje co z pisma świętego... a matka mnie wyklnie...
Rozmowa raz na ten przedmiot bolesny zwrócona, już nie mogła przejść na opowiadanie o Hannie i wieczorach starościnéj. Herman tylko dodał w końcu. Wiesz bracie, całą moją pociechą te parę godzin, które czasem spędzić mogę w towarzystwie panny Hanny. Zazdroszczę ci jéj serca — oprócz niewieściego wdzięku, ma tyle umysłowéj wyższości, tyle idealności w sobie.
— Nie zbyt się jednak unoś nad nią! — przerwał Sylwan.
— Ty najlepiéj to czujesz — rzekł Herman — iż zbliżyć się do panny Hanny a nie ocenić jéj, mógłby chyba — głuchoniemy a ślepy...
Nie mówili więcéj, Herman wrócił do domowego nieszczęścia, można je bowiem było nazwać tém imieniem — narzekał na ludzi, którzy potajemnie pomogli do skojarzenia tego poczwarnego związku.
— Czyż niepodobna niczém temu zapobiedz? odezwał się Sylwan.
— Ale jak? dziś rzeczy stoją na tym stopniu, iż matcebym zaszkodził i naraził ją sobie — a nic nie zrobił... Dziwi mnie tylko — dodał, iż Lubicz się nie obawia być moim ojczymem, bo może być pewnym, que je lui ferai la vie dure.
Począł potém rozpytywać Sylwana co on robił.. i czy widział Violę... Ten zbył go niewyraźném omówieniem...
— To dziwna rzecz — rzekł po chwili — widziałem ją znowu w teatrze, parę dni temu i znalazłem bardzo zmienioną... Schudła — zbladła... Kaszlała nawet na scenie — a — czego sobie wytłómaczyć nie umiem — wydała mi się... pospolitszą... Ruchy miała mniéj wdzięczne... Zawsze w niéj jest urok ten, który wywiera smutek, zachwycającą jest i teraz... ale inną...
Sylwan nie odpowiedział nic na to — rozstali się ściśnięciem ręki — Herman przyznał mu się do tego, że wieczorem znowu postanowił być u starościnéj.
Lelia, która baczne zwracała oko na ten osobliwszy stosunek, nie znajdowała dotąd zmiany w Hannie innéj nad te, że się dosyć sympatycznie wyrażała o Hermanie... Nie czyniła jéj z tego wymówek... patrzała i milczała... smutno jéj było jednak. Kobieta czuła może lepiéj niebezpieczeństwo... Niekiedy gorzka myśl jéj przychodziła. — A nuż Hanny miłość dla Sylwana osłabnie — może się jéj Herman z ogłady i dowcipu podoba?... w cóż wówczas obróci się ofiara jéj dla brata?
Mimo tajenia się z tém, Lelia w istocie spełniła dla niego akt poświęcenia, podając rękę Olesiowi, z którym wyżyć mogła ale nigdy być szczęśliwą... Los jakby na szyderstwo stawił przed nią groźbę... ofiary daremnéj...
Otrząsała się z téj myśli bolesnéj.
— A! tak źle nie będzie? Hanna nie zdradzi... Kochają się od dzieciństwa — zna ją a jest spokojny... Nie — to być nie może...
Wśród tych smutnych myśli, Oleś stawał się coraz natrętniejszym, wyrywał się ze swego towarzystwa — wymykał z domu, czatował na ubóstwianą Lelię, ścigał ją w domu i jako zaręczony upominał się o dozwolenie przepędzenia z nią choć kilku godzin na dzień. Niezmierna czułość jaką okazywał, czyniła go tak nieznośnym, a w przyszłości tyle miała jéj do przeżycia Lelia, że teraz zamykała się i płakała po cichu. Oleś szturmował, sługi przekupiał i cisnął się do nóżek swéj pani...
Trzeba więc było przynajmniéj spróbować uzyskać w nagrodę to, czego pragnęła Lelia.
Jednego poobiedzia przyjęła go miléj, serdeczniéj niż kiedykolwiek, pozwoliła mu zapalić cygaro, napoiła wodą sodową... przysunęła swój fotel, oddała na pastwę białą rękę i wśród gorących a coraz gorętszych oświadczeń wtrąciła.
— Nasze szczęście nie byłoby pełném, kochany panie Aleksandrze.
— Mów — Olesiu! wyszeplenił stary.
— Tak mój Olesiu — jeśli chcesz — ciągnęła daléj Lelia — gdybyś z energią miłości twéj dla córki jéj szczęścia téż nie zapewnił.
Oleś zmieszał się... zakrztusił, wyplunął kawałek cygara i oczy w nią wlepił, niby ciekawe, niby się nic nie domyślające.
— Hanna kocha Sylwana — ty to wiesz oddawna.
— Seryo? ona go kocha? ja myślałem, że oni o sobie zapomnieli...
— A! bynajmniéj.
— No — a też tak miłe przyjmowanie pana Hermana?
— To fikcya — to komedya — to rzecz ułożona aby innych odegnać.
— Nie może być! zawołał pan Aleksander... ale zlituj się... cóż to ludzie powiedzą, gdy my się tak poplączemy w pokrewieństwa? Ja nawet nie wiem czy kościół na to pozwala — a w każdym razie zostawmy to czasowi... my się pobierzemy wprzódy — oni mogą poczekać...
Spojrzała Lelia na niego.
— Poczekać — lecz niechże mają tę pewność, że przeszkody nie doznają, że się na to zgodzisz.
— Ja, przerwał nagle Oleś — ale to do mnie nic a nic nie należy! ja się zupełnie zrzekłem moich praw na starościnę — ja tu jestem neutralnym.
— Popierać możesz przynajmniéj...
— A no — jeśli Hanna zażąda, jeśli koniecznie sobie tego życzyć będzie — jeśli...
Tu przerwał nagle.
— Ale Lelio, moja droga — zostawmy to czasowi! Ja — ja niewiem czy to jest związek stosowny. Z bardzo wielu a wielu względów, stosunków, okoliczności... niewiem? no — prawdziwie niewiem czy to przyszłości ich nie grozi?
— Ja mam jeszcze nadzieję, że Sylwan i ona najlepiéj o tém sądzić mogą. Oni się kochają... zostawmy im swobodę...
— No — tak dajmy czas... niech się wzajem przekonają... ja nie mówię — rzekł Oleś, ale królowo moja, powtarzam ci, że to głównie od babci i Hanny zależy, ja się mieszać nie będę, ja się mojéj ojcowskiéj władzy wyrzekłem...
Napróżno Lelia chciała coś z niego więcéj i bardziéj stanowczego wydobyć, Oleś bardzo zręcznie chował się za panią starościnę.
— Bardzo dobrze, odezwała się w końcu — będziemy więc około starościnéj zabiegali, ażeby zmieniła swą opinię o Sylwanie, bo co do Hanny jestem jéj pewną, — ale ty mi daj słowo i rękę, że się zgodzisz na to?
Zmieszany Oleś chciał się zbyć ogólnikiem, na co Lelia niedozwoliła nagląc.
— Słowo i ręka?
Wyciągniętéj dłoni niepodobna było odepchnąć i słowa, które już tylko prostą stanowiło formalność, odmówić — Oleś nałykawszy wyrazów niejasnych, rękę musiał podać i dał coś nakształt słowa niezrozumiałego.
Lelię to uspokoiło...
— To rzecz Hanny! dodał — ona powinna sama o swéj przyszłości stanowić ja się jéj woli sprzeciwiać nie będę.
Nadejście Sylwana, którego Oleś powitał bardzo serdecznie, chcąc go sobie ująć, aby mu za złe nie wziął odwiedzin u siostry, bo niewiedział i wątpił czy jest o zaręczynach uwiadomionym, przerwało rozmowę drażliwą. Sylwan wszedł pochmurny i poważny jak zawsze — z Olesiem przywitał się grzecznie, ale chłodno i zaczęto mówić o rzeczach obojętnych.
— Na starych przyszła pora jakaś odmładniania, wszak to wiecie państwo, odezwał się Oleś, — hrabina Ramułtowa matka pana Hermana za mąż wychodzi. Lelia śmiać się zaczęła. — Za kogo?
— O! niech się pani nie śmieje! za bardzo młodego i rozumnego człowieka, za pana Lubicza...
— Ale! to nie może być! to być nie może, śmiała się ciągle Lelia — Sylwan milczał, nie potwierdzał, ale się nie dziwił. Spojrzawszy na brata domyśliła się, że coś już o tém wiedziéć musi.
— Przewidziéć łatwo — dodał pan Aleksander, iż często ją spotka w towarzystwie miłe zapytanie — w którém mąż jéj za syna będzie brany.
Pan Aleksander żartując sobie z hrabinéj, wcale tego wiedziéć nie chciał, iż sam był w położeniu podobném, bo Lelia za córkę jego téż uchodzić mogła.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.