Pułkownik/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pułkownik
Pochodzenie Z mazurskiej ziemi
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1884
Druk R. Zamarski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


XI.

Pani Laura, jak zwykle, koło południa ukazała się w salonie, ubrana w biały, powłóczysty negliż, obszyty mnóstwem koronek.
Przejrzała się w kilku lustrach, ziewnęła kilkakrotnie, poczem w malowniczej pozie ułożyła się w fotelu — i wziąwszy ze stołu dźwięczny, srebrny dzwonek, zadzwoniła kilkakrotnie.
We drzwiach ukazał się służący.
— Czy pan już nie śpi? — zapytała.
— Jaśnie pan wstał dziś bardzo rano...
— Bardzo rano?
— Tak jest, proszę jaśnie pani, już o godzinie szóstej jaśnie pan był ubrany i gotowy do drogi.
— Wiec pojechał?
— Tak jest, proszę jaśnie pani, o wpół do siódmej rano.
— Wiesz dokąd?
— Jaśnie pan mówił że do *** (tu służący wymienił nazwę miasta gubernialnego).
— Niepodobna!... a kiedy wraca... nie powiedział?
— Owszem, jaśnie pan kazał mi oświadczyć jaśnie pani, że panowie powrócą trzeciego dnia na noc, a jeżeli się w projekcie co zmieni, to jaśnie pan zatelegrafuje natychmiast.
— Nie rozumiem... powiadasz że... panowie powrócą za trzy dni — jacyż to panowie?
— Wszyscy... jaśnie pan, pan Alfred i pan rządca.
— Pojechali więc we trzech?
— Tak. Wczoraj właśnie pan Alfred był u naszego pana bardzo długo. Wszedł tam zaraz po kolacyi, gdy jaśnie pani udała się już do swego pokoju i rozmawiał z jaśnie panem do godziny drugiej w nocy.
— Do drugiej?
— Tak, proszę jaśnie pani, ja byłem jak zwykle w przedpokoju, nie kładłem się spać, sadząc że może będę potrzebny, bo teraz gdy jaśnie pan jest cierpiący, często woła mnie w nocy, więc nie spałem.
Pani słuchała ze zdumieniem relacyi służącego, który ciągnął znów dalej:
— O drugiej usłyszałem znów dzwonek, zerwałem się więc i wszedłem do gabinetu. Zastałem panów obydwóch zajętych odczytywaniem jakichś papierów. Panowie byli bardzo zatrudnieni, gdyż nie zauważyli nawet żem wszedł; — o ile mi się zdaje robili jakieś rachunki, musiałem udać kaszel, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jakoż rzeczywiście kazał mi pan Alfred żebym zaraz obudził stangreta i uprzedził go, żeby na szóstą rano miał gotowy powóz i konie do drogi i żeby się wybrał na kilka dni; oprócz tego kazano mi iść do pana rządcy, obudzić go i poprosić żeby zaraz do pałacu przyszedł.
— W nocy? po co? cóż za pilny interes?
— O to samo zapytał mnie pan rządca, gdym się do oficyny dobijał — i nawet, przyznam się jaśnie pani, że nie bardzo grzecznie mnie przyjął, zapewne ze snu tak...
— Mniejsza o to, ale mów dalej — wiec w nocy wezwano rządcę?...
— W nocy, proszę jaśnie pani. Pan rządca ubrał się zaraz i poszedł — może jeszcze z godzinę trwała rozmowa...
Lokaj przerwał, jakby czekając wskazówki czy ma mówić dalej.
Pani nie mogła nad ciekawością zapanować.
— Tak długo? cóż to znów za interes nagły?
— Nie wiem, proszę jaśnie pani, ale panowie bardzo się gniewali...
— O co?
— Nic mi nie wiadomo, ale i jaśnie pan się gniewał — i pan Alfred się gniewał jeszcze bardziej. Pan rządca tłómaczył się, coś mówił — i to tylko mogłem zrozumieć, że niby dziękował za obowiązek. Wreszcie nie słuchałem nawet, bo byłem bardzo znużony — całą noc na nogach.
— I mąż mój wcale się nie kładł?
— Owszem, jak tylko pan rządca wyszedł, jaśnie pan położył się na parę godzin do łóżka — pan rządca poszedł szykować rzeczy do drogi, a pan Alfred w swoim pokoju książkę czytał, dopóki dzień się nie zrobił. Dopiero jak się rozwidniło już całkiem wyszedł do ogrodu, a że panna Natalia też o wschodzie słońca spaceruje w ogrodzie, więc się spotkali i może z godzinkę chodzili po alei — to jest dopóki powóz nie zajechał.
— A gdzież teraz panna Natalia?
— Musi być w swoim pokoju — i pewnie się położyła, bo roleta jeszcze spuszczona.
Pani Laura powstała z fotelu.
— Dobrze, możesz odejść — rzekła do służącego.
Lokaj skłonił się i zniknął za drzwiami.
Pani przyłożyła biały paluszek do czoła.
— Co to jest? co się stało? — mówiła sama do siebie — nocne narady, wyjazd bez pożegnania, bez uprzedzenia mnie, nie — to niepodobna! Zdaje mi się że jestem w zakładzie obłąkanych... Mój pan trapista, nawet karteczki napisać nie raczył... przez służącego kłaniać mi się kazał! ach! to przecież szczyt galanteryi rycerskiej! wdzięczność za moje poświęcenie się bez granic!... Gdzież znajdę klucz do rozwiązania tej zagadki? Ach, Natalcia! trzeba pójść do niej.
Z temi słowy pani Laura, przez salon i kilka przyległych pokoi, udała się do pokoiku Natalci.
Był to niewielki, bardzo gustownie i bogato urządzony buduar. Zasłonięte okno nie przepuszczało promieni słonecznych, a bogate lustra, meble i kwiaty tonęły w łagodnym półcieniu.
Pani Laura otworzyła drzwi pocichu i ujrzała Natalcię siedzącą w dużym fotelu. Głowa jej bezwładnie opierała się na miękkiej poduszce, powieki były zamknięte. Ręce miała zaciśnięte konwulsyjnie, kurczowo.
Pani Laura pochyliła się nad nią.
— Natalciu! Natalciu! — rzekła, dotykając się jej ramienia — czy ty nie chora jesteś?
Dziewczyna szybko zerwała się z fotelu i patrzyła na swą kuzynkę dużemi, szeroko otwartemi oczami, jak gdyby nie rozumiejąc pytania.
— Czyś nie chora, Natalciu? — z troskliwością powtórzyła pani.
— Chora? kto, Lorciu, — czy ja? Nie, ja nie jestem chora, broń Boże... nawet mi teraz bardzo dobrze... tak dobrze... doskonale...
Chciała się rozśmiać — ale śmiech zamarł jej w gardle.
Pani Laura przysunęła się do niej, ujęła za rękę i w oczy pilnie patrzyła.
— Powiedz mi, Natalciu, — rzekła po chwili milczenia — czy teraz dzień jest, czy noc? czy my, a raczej czy ja, mam tylko sen przykry, czy też wszystko co się tu dzieje jest rzeczywistą prawdą?
— Niestety, mogę cię zapewnić, kochana kuzynko, że teraz jest dzień; że jak zegar wskazuje, jest godzina dwunasta; że znajdujemy się obydwie w pokoiku, który raczyłaś mi gościnnie ofiarować i że... wreszcie...
— Co wreszcie, Natalciu?
— Że nasi panowie, o których niespodziewanym wyjeździe musiano ci już powiedzieć, w tej chwili prawdopodobnie znajdują się w odległości pięciu lub sześciu mil od Starzyna.
— Otóż to właśnie, Natalciu, jest zagadką, nad rozwiązaniem której od godziny już pracuję daremnie — i przychodzę do ciebie, zasięgnąć pomocy, — może tobie co o tem wiadomo? podobno bowiem miałaś zaszczyt rozmawiać z temi panami.
— Istotnie, pan Stanisław pożegnał mnie bardzo uprzejmie, powiem nawet więcej — serdecznie, i co jeszcze zauważyłam, a co ciebie specyalnie ucieszyć powinno, wydawał mi się zdrowszym niż zwykle i ożywionym niezmiernie.
— Zwykły to objaw! Z czasem przekonasz się sama, jak szczególnego rodzaju zdrowiem ci panowie się cieszą opuszczając żonę i dom. To rzecz znana! Gdy wyjdą tylko za próg, powraca im humor. Nie daj Boże, ażebyś to kiedy na Alfredzie sprawdzić miała.
— Ręczę ci, że nie sprawdzę.
— Tak dalece mu ufasz?
— Nie — tylko że zapewne nie zobaczę go już nigdy.
— Co ty mówisz?
— Szczerą prawdę, Lorciu, nic więcej... Nadto dodam jeszcze, że i ja zmieniłam plany zupełnie. Za kilka dni, kochana kuzynko, podziękuję ci za gościnność i udam się do Warszawy, do ciotki naszej, u której wychowałam się, jak ci wiadomo.
Pani Laura słuchała zdumiona. — Natalcia mówiła jeszcze:
— Podziękuję ci serdecznie i powrócę do ciotki — do dawnego życia.
— Nowa zagadka? cóż to jest? kiedyż się nareszcie skończy ta mistyfikacya dziwna?
— Moja Lorciu, nie żadna to mistyfikacya, lecz prawda szczera.
— Czy Alfred mówił co z tobą?
— Mówił, przed odjazdem.
— Spodziewałam się tego.
— Ty, Lorciu, spodziewałaś się? to znowuż dla mnie coś nowego.
— Gdyż przyrzekł mi że się z tobą rozmówi stanowczo, a przypuszczając że dotrzymał słowa, tembardziej zdumioną jestem i tonem twej mowy i usposobieniem w jakiem się znajdujesz w tej chwili.
— Jednak i jedno i drugie jest zupełnie naturalne i usprawiedliwione, moja Lorciu.
— W głowie mi się nie mieści!...
— Dla czego?
— Bo sądziłam, że po rozmowie z Alfredem znajdę cię wesołą, szczęśliwą, uśmiechniętą; sądziłam że przybiegniesz do mnie sama, aby się ze mną wieścią o przyszłem szczęściu podzielić.
— O szczęściu! o szczęściu! — szepnęła półgłosem Natalcia — a co to jest szczęście? może mi zechcesz wytłómaczyć tę zagadkę, niezbadaną dla mnie.
Pani Laura szeroko otworzyła oczy.
— Przypomnij sobie, Natalciu, — rzekła, obejmując zgrabną figurkę dziewczęcia, pewien wieczór... Czy przypominasz go sobie? Tam, w salonie, byłyśmy same tylko i wówczas otworzyłaś swe serce przedemną, wyznałaś mi, że kochasz Alfreda — czy już dziś nie pamiętasz tego?
— O! doskonale. — Przypominam sobie prawie każdy szczegół tej naszej szczerej rozmowy, ale cóż ztąd?
— Co? Oto że ja w jakiś czas później, znając już twoje usposobienie, a zarazem widząc w was obojgu wszelkie warunki do szczęścia, miałam także rozmowę z Alfredem.
— Powiedziałaś mu, Lorciu? czy, broń Boże wyjawiłaś przed nim moją... moje usposobienie dla niego? Nie — to niepodobna! spodziewałam się po tobie więcej dyskrecyi.
— Nie, Natalciu — mówiłam z innego zupełnie stanowiska. Mówiłam jako jego kuzynka — bratowa; powiedziałam otwarcie co myślę o waszym związku, i wymogłam na Alfredzie słowo, że się z tobą, Natalciu, rozmówi stanowczo. Dodałam tylko, dla ośmielenia go, że z twej strony opozycyi nie spotka, że według mego przekonania, oddasz mu swoja rączkę i serce i, o ile mi się zdaje, mówiąc tak nie przekroczyłam granic twego zaufania... bo tylko tyle mu powiedziałam — nic więcej.
Natalcia oparła głowę na rekach i milczała, pani Laura mówiła dalej:
— Dziś, w tym dniu fatalnym, tak obfitującym dla mnie we wszelkiego rodzaju niespodzianki, dziś, ku wielkiemu zdumieniu memu, dowiaduję się nareszcie że Alfred rozmawiał z tobą, i ku jeszcze większemu zdumieniu, znajduję cię zgnębioną, smutną, apatyczną jakąś. Natalciu, co to jest? Wytłómacz mi, bo doprawdy, chwilami zdaje mi się że straciłam już zdolność myślenia, że patrzę a nie widzę, że mi się w oczach troi, że wszystko co mnie otacza burzy się, przeistacza, przemienia! Natalciu, Natalciu kochana, wszakże zawsze byłam dla ciebie jak siostra, starałam się na zaufanie twoje zasłużyć — powiedz więc, wytłómacz, objaśnij, co zaszło?
— Właściwie nic nie zaszło. O ile z krótkiej rozmowy, jaką mnie pan Alfred zaszczycił, wywnioskować mogłam, to twój mąż z panem Alfredem udali się do miasta w jakichś ważnych interesach finansowych i prawniczych. Mówił mi nawet pan Alfred, ale przyznam ci się, Lorciu, iż byłam usposobioną tak dziwnie, że mi trudno było rozumieć o co im idzie właściwie. Zapamiętałam tylko niektóre wyrazy, jak sprzedaż, dzierżawa, czy coś podobnego...
— Sprzedaż?! dzierżawa? — bez mojej wiedzy, bez poradzenia się, bez zawiadomienia mnie nawet — nie! to już niedelikatność, posunięta do ostatecznych granic! To niepodobieństwo! ty musiałaś się przesłyszeć, Natalciu...
— Może... ale nie zdaje mi się, bo i w jakim celu braliby ze sobą rządcę?
Pani Stanisławowa zaczęła szybko po pokoju chodzić, Natalcia zaś podniosła się z fotelu, przyszła do okno i podniosła spuszczoną roletę.
Promienie słoneczne, nie znajdując już żadnej przeszkody, oświetliły jasno cały pokój, pokładły się na kwiatach, lustrach, na meblach aksamitem krytych. W świetle tych promieni pani Laura ujrzała bladą, zmęczoną, chociaż pomimo tego zawsze piękną, twarz Natalci.
Ciężkie jakieś cierpienie moralne wyryło na niej głębokie ślady, powieki, wilgotne jeszcze, świadczyły o łzach niedawno wylanych, z policzków zniknęły delikatne rumieńce, a cała twarz nosiła wyraz bolesnego przygnębienia i smutku.
Pani Laura aż się cofnęła z przerażenia.
— Co to jest? co tobie? — zawołała, chwytając kuzynkę za rękę.
— Bagatelka, — nic... to przejdzie, a zresztą, uspokój się, Lorciu...
— Tyś chora!... gorączkę masz? — zapytała z współczuciem.
Natalcia uśmiechnęła się ironicznie.
— Prawda, — odrzekła — byłam chorą, miałam jakieś sny łudzące, marzyłam, majaczyłam jak w malignie.
— Kiedy? dziś, czy wczoraj? dlaczego nie przysłałaś po mnie, nie powiedziałaś mi o tem?
— Nie zrozumiałaś mnie, Lorciu. Moje cierpienie datuje się przecież nie od wczoraj, trwało ono dość długo, jak ci to bardzo dobrze wiadomo, gdyż nie robiłam przecie tajemnicy przed tobą. Dziś to już przeminęło... już przeszło... i czuję się... wyleczoną zupełnie.
Pani Stanisławowa spojrzała w oczy Natalci. W tych modrych, pięknych oczach, malował się smutek głęboki i cierpienie, które sztucznie udawanym spokojem zamaskować pragnęła.
Obie panie milczały przez chwile. Natalcia machinalnie oskubywała kwiatek zerwany z wazonu.
Pani Stanisławowa odezwała się pierwsza.
— Alfred! — szepnęła z cicha — Alfred temu winien. Domyślam się, że jest to zapewne nowe jakieś szaleństwo, podyktowane przez mego melancholicznego małżonka...
— Szaleństwo! szaleństwo! doprawdy nie wiem czyś to określiła dobrze — ale nie, to chyba nie jest szaleństwo. Ja przynajmniej wyobrażam je sobie gwałtownem, demonicznem prawie... a to było takie spokojne, takie ciche, a zarazem tak okropnie chłodne, jak powierzchnia rzeki zamarzłej. — Wyrazy od niego słyszane, spadały na me serce jak kawałki lodu... czułam taki dziwny chłód, cmentarny prawie, żem sądziła przez chwilę, że mnie już w grób za życia złożono.
Pani Stanisławowa z wzrastającem ciągle zdumieniem słuchała tej spowiedzi dziewczęcia, a Natalcia mówiła dalej półgłosem, jakby sama do siebie:
— Tak zimne były jego wyrazy... a ręka, którą mi na pożegnanie podał, lodowata, sztywna, tak że i moja zesztywniała w jego dłoni. Chciałam coś odpowiedzieć, lecz czułam że się chwieję, wyrazy konały mi na ustach. Nie mogłam utrzymać się na nogach, usiadłam więc na ławce, przy której stałam. On spojrzał na mnie tylko, ukłonił się i odszedł... Odszedł, a raczej odjechał... gdyż w kilka minut potem słyszałam turkot oddalającego się powozu. Z nim razem oddalały się wszystkie moje złudzenia...
— Natalciu! Natalciu! — mówiła pani Stanisławowa, obejmując szyję dziewczęcia — czemu ty do mnie tak zagadkowo przemawiasz, dlaczego nie chcesz mi powiedzieć wprost, jak siostrze, co między wami zaszło? co się stało, jaki był powód niespodziewanego wyjazdu? obojętnego rozstania się z tobą? — przecież ty go kochałaś tak bardzo...
— To prawda, Lorciu, jam go bardzo, bardzo kochała, szepnęła półgłosem Natalcia. O uczuciu tem wiedziałaś przecie, gdyż ci je wyjawiłam sama. Jeżeli przypominasz sobie, mówiłaś mi, że on... że on również... jest dla mnie życzliwym — i na podstawie tej snułam plany różne... myślałam o nim często... Znasz bardzo dobrze dzieje mego serca, sama poniekąd skłaniałaś mnie do tego związku.
— Ponieważ uważałam go za właściwy i dla was obojga odpowiedni.
— Zapewne... zapewne — ale w tych kombinacyach twoich, Lorciu, pominęłaś jeden wzgląd i to dosyć ważny, jak mi się zdaje.
— Jaki? moja kochana.
— Nie zwróciłaś uwagi na to, czy Alfred zechce ofiarować mi swoją rękę?
— Ależ bo to było bez żadnego pytania wiadomem.
— Nie, Lorciu, to było zupełnie niewiadomem. Alfred nigdy i niczem nie dał do zrozumienia, że jest mną zajęty. Był grzecznym, uprzedzającym, zachowywał się jak każdy dobrze wychowany człowiek względem kobiety.
— A ja nie wątpiłam jednak że cię pokocha...
— Co do mnie, łudziłam się także tą nadzieją, łudziłam się nawet gdy tu na wieś przyjechał, gdy tę naszą sąsiadkę poznał. Cierpiałam nad tem dużo, bardzo dużo — alem nie traciła nadziei. Dziś wszystkie te złudzenia zostały ostatecznie i raz na zawsze rozwiane.
— Miałżeby ci wprost wyznać że cię nie kocha i że niema zamiaru ofiarować ci ręki — ależ to byłoby najwyższą niedelikatnością z jego strony!
— O nie, on tego nie zrobił! on przemawiał do mnie ze wszelkiemi względami, tonem pełnym grzeczności i szacunku — i ani o miłości ani o małżeństwie mowy między nami nie było.
— Więc cóż ci powiedział ten... ten półgłówek! waryat, odpychający rękami własnemi szczęście, którego nawet wart nie był?...
— Co mi powiedział? Tak niewiele a tak dużo zarazem... tak bardzo dużo w kilku słowach...
— Ale cóż? wyznał przed tobą uczucie dla tej czarnej wnuczki starego kaprala z Borków.
— Nie — i o tem Alfred także nie mówił.
— Więc?
— Mówił, moja Lorciu, że dotychczasowe swe życie zmarnował... że je strwonił, bez pożytku dla siebie, dla bliźnich i dla kraju...
— A to zkąd znowuż?
— Mówił że chce to naprawić, że pójdzie daleko, między obcych ludzi — uczyć się, aby z czasem pożytecznym obywatelem kraju się stać i nie oglądając się na majątek — zapewnić sobie byt pracą rąk własnych i głowy.
— Ha! ha... wzniosłe teorye bezposażnych panien i starych inwalidów! o, czuję ja ten wpływ! To są skutki wizyt pana Stanisława w Borkach. Apostołowie pracy!! tak, tak, zapewne, pójdą sami w pole bronować z chłopami — a nas zapędzą do kurników, obór i chlewów... To są teorye dobrze wychowanych ludzi, ludzi umiejących się szanować!! O Natalciu, Natalciu! jakież to okropne czasy! jakie życie straszne, przy tych marzycielach szalonych!
Natalcia nie zważała na ten patetyczny wykrzyknik i opowiadała dalej.
— Alfred może się tu jeszcze na parę dni pokaże a potem za granicę na lat kilka wyjedzie... mnie pożegnał tak jakby na zawsze... szczęścia mi życzył... partyi świetnej!
— I cóż ty, moje dziecko, zamierzasz uczynić?
— Ja?... jeszcze nie zadawałam sobie tego pytania i nie chcę owej kwestyi w myśli nawet poruszać. Nadto smutną jestem teraz, nadto złamaną i zgnębioną, bym spokojnie zastanawiać się mogła. Niech się uspokoję trochę... wypłaczę...
— Płakać!? — zawołała z oburzeniem pani Laura — płakać! że półgłówek jakiś dla dziecinnych mrzonek wyrzekł się szczęścia i losu!? Ach, Natalciu, doprawdy to już za wiele honoru! Czy oni wszyscy razem warci są choćby jednej łzy tylko!? Przeciwnie! przeciwnie, moja droga, śmiać się raczej, bawić, jeździć, błyszczeć na balach! używać w całem znaczeniu majątku, partyę świetną zrobić — i z wysokości swego stanowiska spoglądać na tych półgłówków szyderczo! Wszak ty nie inaczej postąpisz, Natalciu, nie odmówisz sobie tej zemsty słodkiej?
— O nie — odrzekła cicho, lecz stanowczo — ja takiej zemsty nie pragnę.
— Dlaczego?
— Bo zdaje mi się... że oni mają słuszność...
— Więc i tyś taka sama, Natalciu? i ty także... ach, teraz wierzę, że jakaś epidemia opanowała wszystkich. Epidemia wielkich poświęceń!... febra cnót!... tyfus zacnych czynów!... filoxera zadań obywatelsko-społecznych!!... To przecież nie do wytrzymania! To szczyt bolesnego komizmu!
Wybuchając spazmatycznym śmiechem, pani Laura upadła na fotel — a Natalcia patrzyła na to smutnemi, zamyślonemi poważnie oczami...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.