Strona:Klemens Junosza - Z mazurskiej ziemi.djvu/337

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

obowiązek. Wreszcie nie słuchałem nawet, bo byłem bardzo znużony — całą noc na nogach.
— I mąż mój wcale się nie kładł?
— Owszem, jak tylko pan rządca wyszedł, jaśnie pan położył się na parę godzin do łóżka — pan rządca poszedł szykować rzeczy do drogi, a pan Alfred w swoim pokoju książkę czytał, dopóki dzień się nie zrobił. Dopiero jak się rozwidniło już całkiem wyszedł do ogrodu, a że panna Natalia też o wschodzie słońca spaceruje w ogrodzie, więc się spotkali i może z godzinkę chodzili po alei — to jest dopóki powóz nie zajechał.
— A gdzież teraz panna Natalia?
— Musi być w swoim pokoju — i pewnie się położyła, bo roleta jeszcze spuszczona.
Pani Laura powstała z fotelu.
— Dobrze, możesz odejść — rzekła do służącego.
Lokaj skłonił się i zniknął za drzwiami.
Pani przyłożyła biały paluszek do czoła.
— Co to jest? co się stało? — mówiła sama do siebie — nocne narady, wyjazd bez pożegnania, bez uprzedzenia mnie, nie — to niepodobna! Zdaje mi się że jestem w zakładzie obłąkanych... Mój pan trapista, nawet karteczki napisać nie raczył... przez służącego kłaniać mi się kazał! ach! to przecież szczyt galanteryi rycerskiej! wdzięczność za moje poświęcenie się bez granic!... Gdzież znajdę klucz do rozwiązania tej zagadki? Ach, Natalcia! trzeba pójść do niej.