Strona:Klemens Junosza - Z mazurskiej ziemi.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

nie zauważyli nawet żem wszedł; — o ile mi się zdaje robili jakieś rachunki, musiałem udać kaszel, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jakoż rzeczywiście kazał mi pan Alfred żebym zaraz obudził stangreta i uprzedził go, żeby na szóstą rano miał gotowy powóz i konie do drogi i żeby się wybrał na kilka dni; oprócz tego kazano mi iść do pana rządcy, obudzić go i poprosić żeby zaraz do pałacu przyszedł.
— W nocy? po co? cóż za pilny interes?
— O to samo zapytał mnie pan rządca, gdym się do oficyny dobijał — i nawet, przyznam się jaśnie pani, że nie bardzo grzecznie mnie przyjął, zapewne ze snu tak...
— Mniejsza o to, ale mów dalej — wiec w nocy wezwano rządcę?...
— W nocy, proszę jaśnie pani. Pan rządca ubrał się zaraz i poszedł — może jeszcze z godzinę trwała rozmowa...
Lokaj przerwał, jakby czekając wskazówki czy ma mówić dalej.
Pani nie mogła nad ciekawością zapanować.
— Tak długo? cóż to znów za interes nagły?
— Nie wiem, proszę jaśnie pani, ale panowie bardzo się gniewali...
— O co?
— Nic mi nie wiadomo, ale i jaśnie pan się gniewał — i pan Alfred się gniewał jeszcze bardziej. Pan rządca tłómaczył się, coś mówił — i to tylko mogłem zrozumieć, że niby dziękował za