Strona:Klemens Junosza - Z mazurskiej ziemi.djvu/348

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Natalcia nie zważała na ten patetyczny wykrzyknik i opowiadała dalej.
— Alfred może się tu jeszcze na parę dni pokaże a potem za granicę na lat kilka wyjedzie... mnie pożegnał tak jakby na zawsze... szczęścia mi życzył... partyi świetnej!
— I cóż ty, moje dziecko, zamierzasz uczynić?
— Ja?... jeszcze nie zadawałam sobie tego pytania i nie chcę owej kwestyi w myśli nawet poruszać. Nadto smutną jestem teraz, nadto złamaną i zgnębioną, bym spokojnie zastanawiać się mogła. Niech się uspokoję trochę... wypłaczę...
— Płakać!? — zawołała z oburzeniem pani Laura — płakać! że półgłówek jakiś dla dziecinnych mrzonek wyrzekł się szczęścia i losu!? Ach, Natalciu, doprawdy to już za wiele honoru! Czy oni wszyscy razem warci są choćby jednej łzy tylko!? Przeciwnie! przeciwnie, moja droga, śmiać się raczej, bawić, jeździć, błyszczeć na balach! używać w całem znaczeniu majątku, partyę świetną zrobić — i z wysokości swego stanowiska spoglądać na tych półgłówków szyderczo! Wszak ty nie inaczej postąpisz, Natalciu, nie odmówisz sobie tej zemsty słodkiej?
— O nie — odrzekła cicho, lecz stanowczo — ja takiej zemsty nie pragnę.
— Dlaczego?
— Bo zdaje mi się... że oni mają słuszność...
— Więc i tyś taka sama, Natalciu? i ty także... ach, teraz wierzę, że jakaś epidemia opano-