Przemiany (Prus)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.

Na trzeci dzień pobytu w Klejnocie Józef obudził się około ósmej, wyjrzał oknem i zobaczył przed pałacem nowy powóz, zaprzęgnięty w najlepsze konie cugowe.
„Może wyjeżdża panna Zofja?“ — pomyślał i ogarnęło go pragnienie, ażeby jak najprędzej wrócić do wujostwa, do lekcyj z chłopcami, do czytania książek lekarskich i do samotnych przechadzek.
„Poco ja tu mam siedzieć?... Co mnie obchodzi Klejnot, jego właściciele i mieszkańcy?“
I gdy tak rozmyślał wzburzony, z sieni pałacu wybiegło naprzód dwu lokajów w czarnych frakach, potem pan Radcewicz w czamarze, pani Komorowska w czarnej jedwabnej sukni i nareszcie pani Dorohuska.
— Naturalnie wywozi ze sobą pannę Zofję, licho wie gdzie i poco! — mruknął.
Wtem, ku wielkiemu jego zdziwieniu, zamiast panny Zofji, ukazał się kleryk Podolak, z dwoma grubemi książkami w ręku.
Pani Dorohuska wylokowana, odmłodzona, poważnie uśmiechnięta, wsiadła do powozu, a obok niej umieścił się zadumany, piękny, ze spuszczonemi oczyma kleryk.
„Więc Zosia usiądzie na przodzie?“ — myślał, niewiadomo z jakiego powodu oburzony na kleryka. Lecz powóz ruszył i Zosia nie wsiadła. Józef głęboko odetchnął.
Szybko umył się, ubrał, parę razy przejrzał w lustrze i zabrał się do wyjścia.
— Co to?... Dokąd? — zawołał przebudzony Łoski, siadając na łóżku.
— Idę przejść się.
— A dobrze, idź, idź. Będziesz miał lepszy apetyt na śniadanie. Tylko nie zabłądź.
Józef wyszedł, ale, zamiast do parku, na dziedziniec i niby obojętnie zaczął oglądać okna, w duchu zapytując, czy nie zobaczy Zosi. Koniecznie zdawało mu się, że on ma coś ważnego powiedzieć, czy też usłyszeć od Zosi. Tymczasem nie zobaczył jej, ale spotkał panią Komorowską, która poprosiła go, ażeby podprowadził ją do alei.
— Przed kwadransem pani Dorohuska pojechała do kościoła na ranną mszę i gwałtem zabrała kleryka. „Ma być księdzem — mówiła — więc niech modli się jak najczęściej i rano wstaje.“
— Czy nam wszystkim będzie rozkazywała pani Dorohuska? — zapytał nieco podrażniony Józef.
— Gościom nie, a szczególniej panu, który jesteś niezależny. Ale Podolak ma stypendjum Turzyńskich, więc poniekąd zależy od rodziny.
Józef szedł milcząc i myślał, że może akurat w tej chwili Zosia spaceruje po parku.
— O, pani Dorohuska to nietylko prezesowa, to cały prezes!... Już wczoraj wieczór miała naradę z Himmelblauami, a dziś kazała przyjechać do siebie plenipotentowi i rządcom. Mam przeczucie — ciągnęła Komorowska — że spłaci przynajmniej część długów naszego dziedzica, a może i wszystkie. Ale głos wewnętrzny mówi mi, że ona szczęścia nie przyniesie ani staremu, ani młodym, choćby oddała im cały majątek. Przecież to ona głównie namawia Zygmunta do procesu z Nieznanym. Pan wie, kto jest Nieznany?
Józef pożegnał Komorowską u furtki ogrodu i wrócił w stronę pałacu, zastanawiając się nad pytaniem: czego mu brak, dlaczego jest mu przykro?... I kiedy szedł ze spuszczoną głową jak człowiek, który dźwiga ciężar, nagle usłyszał słodki głosik:
— Dzieńdobry panu! Ach, jak to ładnie, że pan rano wstał...
Usłyszawszy powitanie, Józef uczuł tak wielką radość, że się prawie zląkł. Lecz gdy podbiegł do Zosi, ogarnął go spokój, jakby mu wszystko w duszy zasnęło. Delikatnie uścisnął podaną rękę i tak dziwnie spojrzał, że panienka zarumieniła się i zaczęła szybko mówić:
— Wie pan, że dziś nie będę miała ani lekcji z panną Krystyną, ani szycia, ani zajęć kuchennych. Ale może myśli pan, że będę się bawiła z młodzieżą?... Wcale nie! Wy będziecie jeździć konno, strzelać, ryby łapać w towarzystwie Rózi i Paulinki, a ja może i cały dzień przepędzę z ciocią.
— Dlaczego? — zawołał prawie przerażony Józef.
— Będę jej czytała, będę przypatrywała się jej tualetom: jednej, którą włoży do obiadu, drugiej na wieczór... A może nawet będziemy z nią i z tatusiem przeglądali rachunki... Ach, panie, jakie to nudne!...
— Może jabym?...
— Cóż znowu! Kto obcych wtajemnicza w sekrety rodzinne i jeszcze pieniężne — uśmiechnęła się Zosia. — Zresztą nie wiem, jeżeli kiedy ciocia nabierze do pana takiego zaufania jak tatuś...
— Doprawdy? — pochwycił Józef, rumieniąc się.
— Pan chciałby robić z nami rachunki?
— Chciałbym zasłużyć na ufność całej rodziny państwa, a przedewszystkiem samej pani.
— O, moje zaufanie już pan ma... Kiedy pierwszy raz, tam w lesie, zobaczyłam pana, zaraz powiedziałam Krystynie: oto człowiek, przed którym możnaby się nawet spowiadać. I zaraz dam panu dowód: powiem to, czego nie wyznałabym przed samym panem Łoskim, a przecież to człowiek chyba najuczciwszy na świecie.
— Ma pani słuszność — rzekł Józef, zdumiony i zachwycony tem, co słyszał.
— Otóż widzi pan — mówiła Zosia — ale to sekret jak na spowiedzi...
— Traktuje mnie pani jak księdza? — zapytał cierpko.
— Nie. Uważam pana za ucznia i przyjaciela pana Łoskiego. Ach, gdyby Staś wdał się w was obu!... A on przecie bardzo kocha pana Łoskiego, a wczoraj powiedział mi, że nawet i pana pokochał. Choć u niego miłość krótko trwa. Dziś pan Byvataky, jutro Paulinka, pojutrze Podolak. Ale otóż jaki sekret chciałam panu powiedzieć. Tylko, panie: wieczna tajemnica!
— Będę szczęśliwy! — ledwie wyszeptał,
— Idę do czworniaków, panna Krystyna kazała mi zanieść orszadę choremu dziecku. Niech się pan nie boi, to nie zaraźliwa choroba... mnie nie wolno odwiedzać zaraźliwych.
— Ależ ja mam być lekarzem! — oburzył się Józef.
— Prawda, więc pan nie powinien bać się żadnej choroby. A teraz mój sekret... tylko panie, przed nikim! Chociaż... mógłby pan powiedzieć panu Łoskiemu. On także bardzo dobry do sekretu, ale ja go się wstydzę, bo mnie wyśmiewa.
— On?... panią?... On panią ubóstwia!... On życie oddałby za panią! — przerwał Józef.
Zosia spojrzała trochę zdziwiona i spuściła oczy. Szli parę chwil w milczeniu, potem Zosia znowu zabrała głos:
— Otóż to panu chciałam powiedzieć, pod największym sekretem, że cioci nie podobała się Paulinka, a bardzo, ale to bardzo złe wrażenie zrobił na niej pan Permski.
Józef spoważniał.
— Teraz — rzekł — muszę się pani przyznać, że i ja... do pewnego stopnia... podzielam opinje Permskiego.
— Co? — zawołała Zosia z przestrachem — pan chciałby wyrżnąć szlachtę i... i nas?
— Co też!... Wolałbym sto razy życie stracić, aniżeli najmniejszą krzywdę zrobić państwu.
— Więc poco pan mówi takie niedorzeczności?
— W tem podzielam zdanie Permskiego, że trzeba poprawić dolę klas pracujących i biednych, choćby na drodze stopniowego... zakupywania dla nich gruntów.
— Ach, proszę pana, w tej kwestji to i ja się zgadzam z panami. Ale to nie jest rzecz łatwa!
Stanęli przed czworniakiem. Z jednej izby wyszła kobieta. Zosia zwróciła się do niej z zapytaniem:
— No, jakże Wojtuś?... Panna Sobolewska przysyła wam flaszeczkę napoju. Czy wrzód pękł?
— Jeszcze, proszę panienki, nie pękł, choć Kasprusiowa przyłożyła mu żabę rozdartą.
— Jakto? Gdzie? — oburzyła się Zosia. — Panna Sobolewska nauczyła was robić kataplazm, kazała go przykładać, a wy... jakież to wstrętne!... zamiast kataplazmu, przykładacie żaby?... Pokażcie zaraz dziecko!... To jest pan doktór — mówiła rozgniewana Zosia, wskazując na Józefa.
Józef obejrzał dziecko, które miało wrzód na nodze, zawstydzony wybąkał radę, ażeby matka przykładała mu kataplazm, i szybko wybiegł.
— Skompromitowała mnie pani! — rzekł do Zosi. — Ja dopiero za kilka lat będę się mógł na coś przydać. Dziś potrzeba tutaj istotnego lekarza.
— Powiedziałam tak, bo może pana prędzej posłuchają i nie będą robić dziecku szkaradzieństw — mówiła Zosia. — Oto ma pan nasz lud: nie wierzy pannie Sobolewskiej, ale słucha jakiejś strasznej baby, która dziecko może w gorszą chorobę wpędzić.
Z innej chaty wybiegła do nich młoda parobczycha i radośnie powitała Zosię.
— Cóż Stefanek?
— A dobrze się ma, proszę jaśnie panienki.
— Pokażę panu mego chrześniaczka — rzekła Zosia. — Bardzo ładne dzieciątko!
Na drążku, opartym na dwu innych drążkach, wisiała siatka, niby hamak, a w niej małe, różowe dzieciątko, które w tej chwili przypatrywało się szklanemu korkowi i złamanej trąbce z blachy. Gdy Zosia pochyliła się nad niem, zwróciło ku niej śliczne, modre oczy i zaczęło się śmiać.
— Poznał jaśnie panienkę! — zawołała uradowana matka.
Zosia zostawiła im parę kawałków cukru i skierowała się w stronę pałacu.
— Dziecko to dziwne robi wrażenie na mnie — mówiła. — Nietylko dlatego, że jest moim chrześniakiem, ale i ze względu na przepowiednię.
— Nawet przepowiednię? — wtrącił Józef, uśmiechając się.
— To było tak — ciągnęła Zosia. — Przed paroma tygodniami przyszliśmy tu z panem Łoskim, który, popatrzywszy małemu w oczy i obejrzawszy główkę, powiedział jakby natchniony: — To dziecko może mieć wielką przyszłość! Może kiedyś wyrośnie z niego Mickiewicz, może jaki szczęśliwy wojownik... — Słowa jego tak mnie przejęły, że prawie jestem pewna niezwykłego losu dla tej dzieciny.
— Pozwoli pani, ażebym ja dołączył inną wróżbę. Jeżeli dziecko to zostanie nadzwyczajnością, to ja będę dobrym lekarzem, a nadewszystko szczęśliwym człowiekiem, ale... według mego pomyślenia. Życzy mi pani tego? — zapytał, głęboko patrząc jej w oczy.
— Życzę wszystkiego, czego pan dla siebie pragnie. A teraz dowidzenia, bo już idzie po mnie panna służąca. Jacy oni nudni!...
Podała Józefowi rękę i szybko pobiegła w stronę pałacu. Chłopak został sam, odurzony.
Po odejściu Zosi, Trawiński doznał dziwnych uczuć. Przedewszystkiem zbudziła się w nim obawa, ażeby go kto nie zobaczył i nie zapytał, skąd idzie, z kim spacerował przed chwilą... Więc uciekł do parku i zaczął błądzić po najbardziej zapuszczonych ulicach. Gdy zaś spostrzegł, że już teraz nikt nie może zaskoczyć go pytaniem niedyskretnem, uczuł wielki spokój. Dosłownie: wielki spokój, który zaczynał się w jego sercu, ogarniał cały park, cały horyzont, i sięgał aż do obłoków białych i różowawych.
„A jednak ja jej czegoś nie powiedziałem! — pomyślał. — Co to ja miałem powiedzieć?... Czybym tracił pamięć?...
Teraz uczuł niby drobne ukłucie, gdzieś pod gardłem. Mały ten ból szybko zwiększał się, ścisnął mu płuca, a potem wypełnił je jakimś niezmiernym ciężarem. Chwilami zdawało się, że nie może oddychać...
„Cóżto za głupstwo? — pomyślał. — Czyżbym miał być zakochany? Ja... zakochany... w panience bynajmniej nie pięknej? Ależ to, czego doświadczam, wygląda chyba na astmę, nie na miłość!“
Pomimo tej uwagi wewnętrzny ciężar nie ustępował. Owszem, szybko zaczął się rozrastać, ogarnął całą jego istotę, cały park i znowu sięgnął aż do obłoków, które w tej chwili miały ton przyćmionego srebra.
— Muszę się z nią rozmówić! — rzekł do siebie, nie wiedząc, o czem właściwie ma rozmawiać.
Wtem usłyszał wołanie:
— Józiu!... Trawiński!... Hop! hop!... A odezwij się!...
Wołał go Staś. Józef poszedł za głosem i niebawem znalazł się w towarzystwie Stasia, Andrzeja Turzyńskiego i Pomorskiego, którzy szukali go, ażeby razem strzelać do celu. Strzelnica była w parku, zbudowana pod starym murem. Chłopcy zawiesili cel i zaczęli strzelać z pistoletów: Staś nieporządnie, Andrzej jako tako, Pomorski prześlicznie. Kiedy przyszła kolej na Józefa, strzelił pięć razy zkolei, lecz ani razu nie trafił: kule latały niewiadomo dokąd. Józefowi ze wstydu krew uderzyła do głowy; jego towarzysze milczeli zakłopotani, nawet Staś Turzyński spoważniał.
— Z tego się pokazuje — wybełkotał Pomorski — że kolega musisz się nauczyć strzelać!
W pół godziny Stasiowi znudziło się strzelanie, więc zabrał Andrzeja i pobiegł z nim nad rzekę, do łódek. Pomorski zaś począł wykładać Józefowi tajemnicę sztuki strzelania.
— Naprzód — mówił — dobrze obejmij kolega rękojeść pistoletu... Teraz załóż głęboko palec za cyngiel... Teraz celuj, posuwając pistolet zwolna, od dołu wgórę. A kiedy musza wejdzie w obwód tarczy, nie szarp cyngla, niech cię Pan Bóg broni! ale naciskaj go delikatnie. Wogóle wykonywaj pistoletem i palcem taki ruch, jakbyś pisał... O!...
Rzeczywiście tym razem Józef trafił w tarczę, lecz ponieważ ogarnęła go wielka radość, więc za następnym strzałem znowu chybił. Później jednak, gdy ochłonął i zaczął stosować się do rad Pomorskiego, na dziesięć strzałów ani jedna kula nie wyszła za obręb tarczy, a nawet trzy uderzyły blisko centrum.
— Ot widzisz! — bełkotał Pomorski. — W kwadrans nauczyłeś się strzelać, ale po drugim kwadransie zapomnisz, jeżeli nie będziesz się ciągle wprawiał.
Od tej pory jedną z najmilszych rozrywek Józefa było strzelanie z pistoletu.
W czasie obiadu Józef, mimo roztargnienia, spostrzegł, że pani Komorowska ma zaczerwienione oczy, a Radcewicz jest pochmurny. Sędzia Turzyński był zadumany i prawie nie odrywał oczu od talerza. Zato pani Dorohuska ożywiła się. Wesoło rozmawiała z Łoskim, ostentacyjnie odwracała się od Permskiego i od czasu do czasu spoglądała melancholijnie na Podolaka, który mało jadł i wyglądał na zakłopotanego.
W oczach panny Klęskiej połyskiwał gniew, Sobolewska była smutna i milczała.
Wogóle obiad był przykry; na szczęście prędko się skończył. Kiedy wstawano od stołu, pani Dorohuska odezwała się majestatycznie:
— Panie Podolak, Zosiu... teraz pójdziemy po kwiaty do kaplicy.
— Jak ciociunia każe. Może który z panów zechce z nami? — odezwała się Zosia, spojrzawszy ukradkiem na Józefa.
— Toś trafiła! — zawołał jej braciszek — bo my akurat z Pomorskim i Andrzejem jedziemy konno i zabieramy Trawińskiego.
— Ja bardzo źle jeżdżę — odezwał się Józef.
— Za karę powinien pan pójść z nami... Prawda, ciociuniu?
— Proszę! — odpowiedziała pani Dorohuska, życzliwie patrząc na Józefa.
— A weźcie go sobie, weźcie! — zawołał Staś. — Choć jeżeli dzisiaj nauczył się od Pomorskiego strzelać, to może jutro ode mnie nauczy się jeździć konno.
Byvataky, niezdecydowany dokąd iść, kręcił się około pani Dorohuskiej, a spoglądał na pannę Klęską. Ale ponieważ Dorohuska najmniejszym znakiem nie okazała, że pragnie jego towarzystwa, więc poszedł za Paulinką, oglądając się, czy wielka dama nie zawoła go w ostatniej chwili.
Ale pani Dorohuska nie zawołała Byvatakyego, więc Józef sam znalazł się obok Zosi.
— Idźcie, moi państwo, naprzód i znajdźcie ogrodnika; my podążymy za wami — rzekła wielka dama, czule spoglądając na zmieszanego kleryka.
Kiedy Zosia z Trawińskim znaleźli się na dziedzińcu, idąc w stronę alei wjazdowej i ogrodów, dziewczynka rzekła:
— Ach, jak to dobrze, że jesteśmy sami... Tyle mam panu do powiedzenia!
— Naprawdę? — zapytał zdziwiony Józef. — Bo i ja...
— A więc niech pan mówi... tylko prędko...
— Szczególna rzecz — mówił Józef, trąc czoło. — Od chwili, kiedy panią spotkałem z rana, zdawało mi się, że mam cały świat interesów do pani, a obecnie nie wiem co mówić i wprost lękam się, czy nie tracę pamięci. Nie potrafię wyrazić, jaki to przykry stan!
— Cóż znowu! Skądżeby pan miał stracić pamięć?... Taki zdolny!
— Przypominam sobie! — rzekł tonem triumfu Józef. — Wie pani, jaka myśl ciągle mnie prześladuje?... Oto, że ja gdzieś widziałem panią. Czy w Warszawie na ulicy, czy w teatrze? Nie wiem, no nie wiem, a jednak jestem pewny, że panią dawno i doskonale znam.
— To szczególne! — odpowiedziała Zosia. — Mógłby mi pan nie wierzyć, ale proszę spytać panny Sobolewskiej, czy kiedyś nie powiedziałam jej, że ja pana skądsić znam.
— Może widzieliśmy się w Warszawie w teatrze?
Zosia potrząsnęła głową.
— Nie — rzekła — to jest zupełnie co innego. Kiedyś, będąc dzieckiem, zwiedziłam pałac w Turzycach. Otóż, zdaje mi się, że tam, między portretami Turzyńskich, znajduje się jeden, młodego chłopca, bardzo podobny do pana.
— Skądżeby?
— Jakto skąd? Przecież pan ma w sobie krew Turzyńskich... Choć to dalekie pokrewieństwo — dodała.
Józef, niewiadomo dlaczego, spojrzał na nią (po raz drugi w życiu!) tak, że Zosia zmieszała się i, ażeby ukryć zakłopotanie, zaczęła szybko:
— Dużo rzeczy mam panu do powiedzenia, bardzo przykrych. O, już idzie ciocia z księdzem Podolakiem. Właściwie to on jeszcze nie ksiądz, ale ja tak przywykłam go nazywać. Otóż... Ach, jakie to bolesne! ale muszę podzielić się z panem, bo komuż powiem?
— Gdyby kiedy spadł na panią wielki smutek — wtrącił Józef — proszę z nikim nie dzielić go, tylko ze mną. Ja wezmę od pani cały...
— Co za szczęście, że tak zrobić nie można. Zresztą ja nie dzieliłabym się z panem mojemi smutkami. Radością owszem... Więc niech pan słucha, chociaż i to nie jest wesołe.
— O gdybym mógł w czemkolwiek ulżyć!...
— Więc niech pan słucha — mówiła przyciszonym i smutnym głosem. — Pan już wie, że tatuś jest najlepszy, najszlachetniejszy człowiek. Nawet kiedy prosiłam go za Szczepankiem — pamięta pan tego pastuszka, który czytuje powieści? — tatuś powiedział, że o nim pomyśli. Otóż tatuś jest człowiek idealny, ale naprzód nie dba o pieniądze, pozwala się wyzyskiwać, a następnie nie lubi prowadzić rachunków. Rezultat jest ten, że sam pewnego dnia powiedział do mnie: — Cobyś ty, biedaczko, zrobiła, gdyby nas wyrzucono z Klejnotu? — Tak mnie to dotknęło, że rozpłakałam się i powiedziałam: — Tatusieńku, życie oddam, byle tobie było dobrze. — Tatuś się roześmiał, ucałował mnie i powiedział, że jeszcze ma nadzieję wybrnąć. Jakoż przyjechała ciocia i pożycza nam pieniędzy na proces z panem Nieznanym, który musimy wygrać, bo dopiero wówczas tatuś doprowadzi swój majątek do równowagi.
Przerwała i zamyśliła się.
— Co to ja miałam powiedzieć?... Aha!... Ciocia pożycza pieniędzy na proces i reguluje wszystkie długi tatusia. Długi — słyszy pan? To ja mówię panu, ja... o długach mego tatusia. Nie powiedziałabym o tem nawet Andrzejowi, nawet Rózi, bo czuję, że spaliłabym się ze wstydu.
— Proszę pani — przerwał Józef. — Tylko błagam, ażeby pani nie chciała mnie źle rozumieć. Mam w perspektywie kilkanaście tysięcy rubli, więc gdyby... kiedy...
Zosia spojrzała na niego poważnie, ale bez gniewu.
— Dziękuję panu. Rozumiem dobre chęci pańskie... Ale długi Turzyńskich nie spłacają się kilkunastoma tysiącami rubli! Wreszcie to najlepiej załatwi ciocia. Więc niech pan słucha dalej. Pani Komorowska umieściła u tatusia, zdaje się, że dwanaście tysięcy rubli, na jakiś tam procent; ale od pewnego czasu chce wycofać swoje pieniądze. Otóż ciocia (Ach, jakie to przykre!) mówi, że zwróci jej kapitał, ale naprzód — bez zaległych procentów (nie wiem, czy jakie zalegają?), a powtóre... z potrąceniem dwu tysięcy rubli, także nie wiem za co... No i pani Komorowska, z płaczem, zgodziła się na ten układ. A choć jestem pewna, że tatuś później, pocichu, zwróci pieniądze, lecz dziś nie wiem, cobym dała, ażeby ciocia nie robiła podobnej propozycji.
— Kiedy odbiorę te trochę pieniędzy, które podobno należały się memu ojcu... — zaczął Józef, lecz nagle przerwał. Pani Dorohuska zbliżała się do nich uroczystym krokiem, w towarzystwie Podolaka, kończąc zaczęty frazes:
— Nie, proszę pana, miłość nie może być uczuciem grzesznem, choćby się nawet za taką przedstawiała pospólstwu.
Przy tych słowach ciotki Zosia spojrzała przelotnie na Trawińskiego, jakby obrażona. Poszli we czworo do ogrodnika, pani Dorohuska obejrzała i kazała do kaplicy przynieść wybrane kwiaty, ale Zosia, w stosunku do Józefa, pozostała wciąż chłodną.
— Co ja jej zrobiłem? — myślał zdesperowany chłopak. — Czy rozgniewała ją wzmianka o tych nieszczęsnych pieniądzach?... Bo przecież nie może mieć do mnie pretensji za to, co jej ciotka mówi o miłości. Zresztą staruszka mówi prawdę: miłość nie jest grzechem.
Przed wieczorem Józef spotkał na dziedzińcu Zosię w towarzystwie panny Sobolewskiej i Łoskiego.
— Aha! dobrze, że pana widzę — zawołała Zosia, wysuwając się parę kroków naprzód, do Józefa. Nauczycielka nie przeszkadzała jej, zajęta żywą rozmową z Łoskim.
— Czego pan tak uciekł dziś z alei? — mówiła dalej. — A my poszliśmy do kapliczki, ubraliśmy ją kwiatami. Jutro z rana będzie tam bardzo piękne nabożeństwo.
Józef chciał odpowiedzieć, że nader mało obchodzą go piękne nabożeństwa. Powstrzymał się jednak i odparł:
— Spostrzegłem, że pani jest jakby obrażona na mnie.
— Ja? na pana? — zdziwiła się dziewczynka. — Ale bo ta ciocia ze swemi poglądami!... I jeszcze przy kim je wygłasza? Przy kleryku!
— A cóżem ja temu winien?
— Już niech się pan nie tłomaczy! Odszedł pan, kiedy właśnie miałam powiedzieć coś ważnego... Niechże pan słucha. Ja muszę przed kimś wygadać się z moich wrażeń, no, muszę! Więc zawiążemy spisek. Kiedy w moim pokoju postawię na oknie bukiet, albo choćby wazonik (jeżeli zapomną mi przynieść kwiatów), to znak, że wyjdę i że mam coś do powiedzenia. Będzie pan w takim razie czekał?
— Wszystko zrobię, co pani każe.
— Wiem — mówiła Zosia — że z mojej strony jest to bardzo niewłaściwe, ale cóż zrobię? W domu naszym ciocia urządza formalną rewolucję; a ponieważ ja boję się tych zmian, mam złe przeczucia, więc muszę, ale to koniecznie muszę pogadać o nich z kimś dyskretnym. A pan jest bardzo dyskretny.
— Nacóż to, Zosiu, potrzebna ci dyskrecja pana Trawińskiego? — zapytała nagle panna Sobolewska.
— Chcę z kimś rozmawiać o wrażeniach, jakich obecnie doznaję. A że z pośród młodych ludzi, jacy tu są, nie wyłączając mego brata, pan Trawiński zachowuje się najpoważniej, więc — jego wybrałam na powiernika.
Panna Sobolewska chciała zrobić jakąś uwagę; ale powstrzymał ją Łoski, mówiąc:
— Z Antkiem, powtarzam pani, dam sobie radę, znajdę mu robotę i będzie się uczył w Warszawie. Ale ze Szczepankiem... nie wiem jak będzie! Bo jeżeli chłopiec ten zostanie nadal pastuchem, zmarnuje się z pewnością i będzie innych bałamucił. Permski ze swemi broszurkami stanowczo jest nieostrożny.
— Więc niechże pan słucha ostatnich wiadomości — mówiła Zosia półgłosem. — Ciocia nie jest taka skąpa, jakby się zdawało. Pomorski w tych dniach wyjedzie do majątku cioci, do Tłuszcza; ma tam pooglądać i ponaprawiać z kowalem różne machiny rolnicze, jak to zrobił u nas. I wie pan, ile za to dostanie od cioci? Sto rubli!... Sto rubli!... słyszy pan?
— A sprowadzenie mechanika z Warszawy ileby kosztowało? — wtrącił Józef.
— Nie wiem. Teraz dalej. Paulinka Klęska ma wrócić do domu. Dlaczego, nie mogę zgadnąć. Bardzo jej będę żałowała, ale zdaje się, że jeszcze bardziej pan Byvataky, a najbardziej wie pan kto? W imię Ojca i Syna... żebym nie zgrzeszyła tem, co mówię... Myślę, że najbardziej żałować jej będzie... ksiądz Podolak. Wie pan, Rózia powiedziała mi pod największym sekretem, że on się w niej kocha. Nie w Rózi, tylko w Paulince, rozumie pan?... Gdyby to spostrzegła ciocia, która jest bardzo pobożna i nawet surowa, no, to wyobrażam sobie!
— Czy panienki w wieku panny Pauliny mogą się kochać? — oschle zapytał Józef.
— A to dobre! Dlaczegożby nie?... Byle tylko nie przyznawały się i nie zaręczały. No, także nie powinny urządzać schadzek ze swoimi feblikami i nie pisywać do nich listów.
Józef słuchał zdumiony. Nagle błysnęła mu myśl: „Ta dziewczyna nie kocha się w nikim... w nikim, ale to w nikim!“ — i uczuł ściśnienie serca. Ale potem dodał w duchu: „Będziemy przyjaciółmi, a ja życie za nią oddam, jeżeli tego zechce.“
Ponieważ panna Sobolewska zabrała Zosię do pokoju, więc młodzi pożegnali się. Dziewczynka podała Józefowi rękę i rzekła tajemniczo:
— Niech pan pamięta: bukiet w oknie... albo wazonik...
Łoski, zostawszy sam z Józefem, zapytał:
— Cóżto za konszachty prowadzisz z Zosią?
— Opowiada mi o rozmaitych dziwactwach swojej ciotki. Zwyczajnie pensjonarskie sekrety!
— Nie wpakujże się w jaką awanturę — rzekł Łoski. Pożegnał się z nim i poszedł na gawędkę do Radcewicza, który chętnie przypominał dzieje rodu Turzyńskich. Znał je zaś nietylko z ust dawniejszych oficjalistów i dworzan, ale także ze starych dokumentów, które dzisiaj tylko on odczytywał. Ani pan sędzia, ani tembardziej Staś, nie mieli czasu na zajmowanie się tak odległemi rzeczami.
Józef udał się do swego pokoju i, z nudów, zaczął przeglądać jakiś rocznik „Gazety Warszawskiej,“ którą Łoski przyniósł sobie z bibljoteki. Około dziewiątej wieczór, gdy skończył pić herbatę, otworzyły się drzwi i stanął w nich wysoki, barczysty, z płowemi wąsami Wodnicki.
— Jak się masz, chłopcze? — zawołał przybysz. — Cóż, bawisz się dobrze? Ja myślę!... A do domu, do Kamienia, nie śpiesz, bo chłopcy jeszcze chcą odpocząć, choćby przez tydzień... Jest kto w tamtym pokoju? — dodał ciszej.
— Niema nikogo. Niechże wuj siądzie z łaski swojej — mówił Józef, całując się z gościem.
Wodnicki wyjrzał przez okno, popatrzył na drzwi wchodowe i rzucając czapkę na łóżko, syknął:
— Psiakrew, baba!... Ta Dorohuska.
Lecz nagle zasłonił ręką usta i znowu obejrzał się dokoła niespokojnie.
— Tu niema nikogo, nikt nie podsłuchuje — rzekł Józef, nieco zdziwiony zachowaniem się Wodnickiego.
Gość usiadł ciężko na krześle, oparł na kolanach ręce śniade od słońca i zaczął mówić zniżonym głosem:
— To mi dali łupnia!... Niechże ich!...
— Co się stało?
— Będzie ze sześć lat — ciągnął tym samym głosem Wodnicki — dziedzic pożyczył od nas sześć tysięcy rubli. Jest to posag twojej ciotki, bo przecie na rządcostwie, nie kradnąc, nie mógłbym zebrać tyle pieniędzy. Przez trzy lata płacił nam dziedzic siedem procent, czterysta dwadzieścia rubli rocznie. Przez ostatnich trzy lat nic nie płacił, ażeby, jak mówił, zebrała się większa suma. Zato ja musiałem od ludzi pożyczać na naukę dzieci.
Westchnął, odpoczął i mówił dalej:
— Dziś wzywa mnie ta... ta... cyganka i mówi: — Zwrócimy panu kapitał w ciągu miesiąca; ale za trzy ostatnie lata porachujemy nie siedem, tylko dwa procent. Osłupiałem, więc pytam: Jakimże to sposobem, pani prezesowo?... Przecie to dla nas ciężka krzywda! A ona na to: — Żaden rządca nie da sobie zrobić krzywdy, więc — jak pan chce. — Słyszałeś?... Prawie zarzuca mi złodziejstwo, a sama zagrabia dziewięćset rubli gotówką!
— Pocóż się wuj godzi?
— Cóż mam robić? Gdzie znajdę miejsce, jeżeli mi tutaj wymówią, choćby od nowego roku? Zresztą łudzę się, że dziedzic nie skrzywdzi mnie. On, jestem pewny, zwróciłby te dziewięćset rubli, ale czy będzie miał?
— Rzeczywiście awantura! — rzekł zirytowanym głosem Józef.
— Rozbój na równej drodze!... Ale bywaj zdrów; muszę jechać do domu i podzielić się z żoną tym pasztetem. Nie odprowadzaj mnie do bryczki. Wymknę się stąd, ażeby mnie nikt nie spostrzegł. A sam nie śpiesz z powrotem, rozerwij się.
Józef mimowolnie spojrzał w okno.
— Świeci się w pokojach tej pani — rzekł.
— A tak, dziedzic jest u niej.
— Cóż oni tam robią?
— Czekają na Radcewicza, ażeby grać z nim w karty, a tymczasem — grają sami we dwójkę! — odpowiedział, machnąwszy ręką, Wodnicki.
„Cóż za osobliwe życie tych ludzi!“ — pomyślał Józef, nie umiejąc dokładniej sformułować sobie, na czem polega osobliwość życia, wypełnionego pustką, próżniactwem i formułkami.
„Kto wie, czy Permski nie ma słuszności, mówiąc, że nie rozumie pożytku z arystokracji?“ — dodał w sobie i znowu zabrał się do przeglądania rocznika. Kwestje, dotyczące sposobu życia Turzyńskich, jeszcze go nie obchodziły, a przynajmniej niebardzo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.