Przemiany (Prus)/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.

Obaj młodzi ludzie wrócili do mieszkania. Z pokojem Łoskiego, którego okna wychodziły na park, stykał się mniejszy pokoik z oknem, zwróconem na dziedziniec. Józef przeszedł tam, ażeby nie przeszkadzać Łoskiemu; otworzył okno i, usiadłszy na starem krześle, zaczął przypatrywać się dziedzińcowi, który wciąż był pusty.
Nagle przywidziało się Trawińskiemu, że słyszy rozmowę na dwa głosy: jednym był perlisty szmer fontanny, drugim cichy szelest lipy; srebrna kita fontanny niby przekornie chwiała się to na prawo, to na lewo, a ciemno-zielone bukiety lipy odpowiadały jej takim samym ruchem. Niekiedy zdawało się, że milknie fontanna, a wzmacnia się szum lipy; to znowu cichła lipa, a fontanna przemawiała dźwiękiem tysiąca niewidzialnych dzwonków.
„O czem one mówią? — pomyślał Józef. — A, o tem, że zestarzał się ród Turzyńskich i pałac w Klejnocie, i te lipy, i świerki przedwieczne. Pod białym tynkiem pałacu już zarysowują się śmiertelne szczeliny; wkrótce ze wspaniałych drzwi porobią się wyłomy, z okien jamy, dach zapadnie się, a na murach, pogryzionych deszczem, zazieleni się trawa, tarnina i głogi.“
W tej chwili zaturkotała bryczka i wyskoczył z niej Permski, trzymając duży węzeł w rękach.
— Odzienie dla Szczepanka! — rzekł do siebie Józef. — I przywidziało mu się, że gdzieś, daleko za parkiem, płynie rzeka podziemna, gęsta, ciężka i czarna, którą Permski usiłuje skierować pod starzejący się pałac. I jeszcze przyszło mu na myśl, że dwa, niegdyś bliźniacze, niegdyś kochające się gmachy: w Klejnocie i Turzycach, dzisiaj gotują się do stoczenia zajadłej walki.
Zalew podziemny, walka i ruina, a wśród tego — cicha, łagodna, idealnie dobra Zosia! Przecież ona nikomu nie zrobiła nic złego, zacóż więc gmach nieszczęść zwalić się ma na jej niewinną głowę?
— Muszę ją uratować, a przynajmniej ofiarować pomoc — szepnął Józef. — Ale w jaki sposób?... Przedewszystkiem nie łącząc się z jej nieprzyjaciołmi.
Od bramy rozległ się tętent konia, a po chwili wpadł galopem na dziedziniec Antek w swojej siwej ułance, wrzeszcząc:
— Jaśnie państwo przyjadą o pierwszej!... Już są u księdza dziekana!...
Pod kolumnami pałacu ukazał się Radcewicz, jeszcze w kamizelce, porozmawiał z Antkiem i wysłał go na folwark. Z rozmaitych drzwi wybiegło kilku służących w kubrakach i marynarkach i skierowali się do głównego wejścia. W jakiś kwadrans przybiegł z folwarku Antek, w towarzystwie dwu młodych ludzi, wyglądających na parobków, i wszyscy trzej znowu zniknęli pod kolumnadą. Potem dwie tęgie dziewuchy przyniosły z prawej oficyny do pałacu dwa ogromne tłomoki jakichś rzeczy, a później z pod kolumnady zaczęli wychodzić ludzie w granatowych frakach, białych spodniach i takichże pończochach, albo od stóp do głów odziani w granatową liberję ze srebrnemi guzikami.
Stuknęły drzwi pokoiku i ukazał się w nich Łoski, napół przytomny, którego oczywiście oderwano od czytania.
— Co to za hałasy? — zapytał Józefa, potrząsając głową, jakby chciał odpędzić resztkę marzeń.
— Jaśnie państwo przyjeżdżają o pierwszej! — uśmiechnął się Józef. — Czy mamy obowiązek witać ich?
Łoski nie odpowiedział, lecz spojrzał na Józefa w taki sposób, że chłopak zarumienił się i mruknął:
— No... jużci... wypada!... Na czyim wózku jedziesz, tego piosenkę śpiewaj.
— Nie poznaję cię, Józiu — surowo odezwał się Łoski. — Już zapominasz o obowiązku najprostszej grzeczności?
Józef zmieszał się jeszcze mocniej, ponieważ w tej chwili przypomniał sobie, że przecież będzie witał Zosię.
— Przepraszam pana! — zawołał. — Istotnie, trzeba być chamem, ażeby wahać się z powitaniem ludzi, u których jest się z wizytą.
— I którzy bardzo cię wyróżniają! — dodał udobruchany Łoski.
Około wpół do pierwszej z lewej strony kolumnady ukazała się pani Komorowska, a obok niej stanęło kilka dziewcząt, wyglądających na pokojówki. W chwilę później, po prawej stronie kolumnady, uszykowała się w bardzo rozmaitej liberji męska służba, której przekładał coś pan Radcewicz, ubrany w ciemno-granatową czamarkę, niebardzo odpowiadającą jego faworytom. Potem z bramy parkowej wyszli: Andrzej Turzyński i Zygmunt Pomorski, obaj z wędkami, i skierowali się ku pałacowi.
O pierwszej Józef spostrzegł na dziedzińcu trzy panny: Różę Turzyńską w sukience blado-niebieskiej, jak wówczas w lesie, Krystynę Sobolewską w szarym kostjumie i Paulinę Klęską w sukience kremowej, ładnie skrojonej. Panienki były w słomianych kapeluszach, Krystyna z głową odkrytą, pod parasolką. Wszystkie trzy kiwnęły głową naprzód pani Komorowskiej, potem Radcewiczowi i wziąwszy się pod ręce, zaczęły w jednym szeregu spacerować dokoła sadzawki. W kilka minut później zobaczył kleryka, Antoniego Podolaka, który, ze spuszczoną głową, zamyślony, chciał również przejść się po dziedzińcu; spostrzegłszy jednak panienki, ukłonił im się zdaleka i podszedł do Radcewicza. Józefowi zdawało się, że kleryk pobladł i zesmutniał.
„Jakie to wszystko dziwne!“ — pomyślał Józef, niedobrze wiedząc, czemu się dziwi.
— No, to i my chyba wyjdźmy — odezwał się Łoski, zaglądając do pokoiku.
— A przy której grupie staniemy? — zapytał Józef, uśmiechając się i wskazując na gromadki ludzi, zebrane przy pałacu.
— Ja zawsze między tymi, którzy pragną służyć... Wszystkim służyć — odpowiedział Łoski.
Józef znowu zarumienił się i uderzając pięścią w poręcz krzesełka, zawołał:
— Z panem to nawet pożartować nie można!
— Owszem, ze mnie można nawet żartować.
— Co?... I nie obraziłby się pan?...
Łoski wzruszył ramionami i rzekł po chwili:
— Wiesz, mój drogi, ja niekiedy myślę, że, skutkiem mieszczańskiego pochodzenia, jestem zupełnie pozbawiony ambicji. Bo czasem zdaje mi się, że nie umiałbym ani nienawidzieć, ani nawet obrazić się.
— A gdyby panu kto, naprzykład, narzeczoną zbałamucił?...
— Zrozumiałbym, że tamten budzi więcej sympatji, aniżeli ja.
— No, a gdyby... gdyby kto uderzył pana? — pytał Józef, blednąc.
— Mnie? — rzekł, jakby ze snu zbudzony Łoski. — A za cóż?
Stał na środku pokoju z rozłożonemi rękoma, zadumany, nie rozumiejący, za co chciałby go kto uderzyć.
„Święty!“ — pomyślał Józef i dodał głośno:
— Idźmy już, idźmy!...
Wyszli na dziedziniec.
— Ale... ale! — odezwał się Łoski, przypomniawszy sobie. — A jak będziesz rozmawiał z Turzyńskim, tytułuj go panem sędzią. On to lubi. Zresztą u nas trzeba każdemu nadawać jakiś tytuł.
Wyminął ich na dziedzińcu Permski.
— Gdzie to, panie Dymitrze? — zawołał Łoski. — Nie przywitacie starego?
— Czort z nimi!... Idę do stajni. Przejadę się konno.
I poszedł dalej, cicho gwiżdżąc.
— Ten nie robi sobie ceremonij! — rzekł Łoski. — Ale znają go tu i nie mają pretensji.
Gdy mijali grupę służby męskiej, Łoski podał rękę Radcewiczowi.
— Chwała Bogu odzyskał pan humor, co?
— Jakże nie odzyskać, kiedy przyjeżdża Dorohuska? — odparł Radcewicz. — Powinna baba dobrze nas podeprzeć, na kilka lat! — dodał szeptem.
Łoski z Józefem poszedł dalej, a zbliżywszy się do grupy kobiet, po przyjacielsku kiwnął głową Katarzynie i elegancko przywitał się z panią Komorowską.
— W jakiemże pani dzisiaj usposobieniu? — zapytał.
— W jak najgorszem! — odpowiedziała półgłosem. — Ta Dorohuska nie przyniesie nam szczęścia.
— Jadą!... jadą!... Już są w alejach! — rozległ się okrzyk, jakby z dachu.
Pani Komorowska poprawiła czarną suknię, kobiety skupiły się, większa część męskiej służby znikła w przysionku, Radcewicz stanął pomiędzy kolumnami. Panienki z panną Krystyną szybko zbliżyły się ku pałacowi, kleryk, wciąż zamyślony, spuścił oczy i cofnął się ku lewej oficynie.
— Naczalstwo jedzie! Ruki po szwam!... Jak się macie kolego? — wybełkotał nad uchem Józefowi Pomorski. — Niech ich djabli! Przerwali nam rybołówstwo w najciekawszem miejscu.
— Żaby tobie łapać, nie ryby! — odezwał się za nim Andrzej Turzyński.
— Psiakość, nic nie upolowaliśmy! — złościł się Pomorski. — A już ruszał się spławik i gdyby nie ten głupi przyjazd...
W tej chwili wtoczyła się na dziedziniec czterokonna kareta i dwukonny powozik. Stary Wojciech, z białemi jak mleko wąsami, kilka razy strzelił z bata, objechał sadzawkę i stanął przed samą kolumnadą. Zrobił się zamęt. Dwaj lokaje i panienki rzuciły się do karety, z powoziku wyskoczył Staś Turzyński i Byvataky. Łoski gdzieś się podział, Józef pragnął zapaść się pod ziemię. Nagle usłyszał słodki głos Zosi:
— Dzieńdobry panu!
Oprzytomniał i zdjąwszy kapelusz, złożył niski ukłon niewiadomo komu, ot tak... przed siebie! Gdy podniósł głowę, zobaczył damę wysoką, z rysami cesarzowej rzymskiej i surową fizjognomją. Dama przez mgnienie oka popatrzyła na Józefa i wyraz jej twarzy złagodniał, a nawet lekki uśmiech przemknął po zaciśniętych ustach. Wnet poszła dalej, oparta na ramieniu Zosi.
— A oto jest Józef Trawiński — odezwał się głos Łoskiego.
Teraz Józef zobaczył przed sobą mężczyznę średniego wzrostu, szpakowatego blondyna z mądremi oczyma i zużytą twarzą. Mężczyzna trzymał w ręku trzcinę ze złotą gałką.
— Józiu, pan Turzyński — szepnął mu do ucha Łoski.
Józef znowu ukłonił się i usłyszał w odpowiedzi:
— Bardzo jesteśmy wdzięczni... bardzo!... Przyjdźcie panowie zaraz do mego gabinetu, tam się poznamy bliżej.
Pan Turzyński zdawał się być zirytowany; głos mu nieco drżał i ramiona podskakiwały. Ale uwaga Józefa była w tej chwili czem innem zajęta: patrzył na Zosię, która wprowadzała ciotkę na schody. Za niemi szedł Staś, dźwigając dużą aksamitną torbę, z miną niezwykle uroczystą, którą od czasu do czasu przeplatał błazeńskiemi grymasami pod adresem pani Dorohuskiej. Obok niego dreptał Byvataky, niosąc ozdobny koszyk, a w nim małpkę nie większą od szczura. Młody człowiek wciąż zabiegał drogę dumnej pani, jakby chcąc okazać, że jest gotów do wszelkich poświęceń. Wówczas, w lesie, Józef uczuł sympatję do Byvatakyego, który dziś wydał mu się niesmacznym. Może dlatego, że kręcił się zbyt blisko Zosi.
Kiedy obie panie weszły na pierwszą kondygnację schodów, Zosia odwróciła głowę i uśmiechnęła się do Łoskiego, a Józef o kilka kroków od siebie usłyszał głos syczący:
— Jak ty wyglądasz, łajdaku?
To szeptał pan Turzyński i machnął trzciną, jakby chciał uderzyć jednego ze służących, który, z nieumytą twarzą i potarganemi włosami, w granatowej liberji, wyglądał na karykaturę lokaja.
Zobaczywszy to, Józef doznał niemiłego uczucia, które wnet zgasło pod wpływem przywitań:
— Dzieńdobry!... Dzieńdobry!... Jak się pan ma?...
To panny witały go: Krystyna z radością, Róża nieśmiało, panna Klęska z triumfem. Energicznie ścisnęła go za rękę i głęboko spojrzała w oczy. Aż mu się gorąco zrobiło.
„Oto musi być kokietka!“ — pomyślał.
W tej chwili trącił go w łokieć Pomorski i uśmiechając się, szepnął:
— Idę do naczalstwa z raportem!
I zniknął we drzwiach na prawo.
— Witam pana i przypominam się. Jestem Podolak.
Z temi słowy zbliżył się do Józefa kleryk i mocno uścisnął mu rękę. Jednocześnie kleryk podniósł oczy wgórę i — drgnęły mu usta. Ze szczytu schodów uśmiechała się do niego panna Klęska i figlarnie pogroziła palcem. W tej chwili przybiegł do niej Byvataky, coś powiedział i z niechęcią spojrzał na Podolaka.
— To chyba idźmy do pana Turzyńskiego — odezwał się Łoski.
— Co się tu dzieje! — szepnął Józef.
Łoski wziął Józefa pod rękę i zbliżył się z nim do starego służącego, mówiąc:
— Mój Kajetanie, zameldujcie nas panu sędziemu.
— Jaśnie pan kazał prosić do małego saloniku — odpowiedział szpakowaty lokaj, kłaniając się.
Weszli. Józef, zakłopotany, bezmyślnie patrzył na sprzęty i obrazy, Łoski mówił półgłosem:
— Pamiętaj, że sędzia jest dla ciebie dobrze nastrojony. A ze sposobu, w jaki spojrzała na ciebie pani Dorohuska, wnoszę, że musiano o tobie rozmawiać.
Z drugiego pokoju wyszedł pan Turzyński, ubrany w jedwabną marynarkę i lakierowane pantofelki. Widocznie wstał od toalety. Serdecznie uścisnął za rękę Łoskiego i zwróciwszy się do Józefa, rzekł:
— Witam gościa podwójnie miłego, bo naprzód pan Wodnicki daje mi dowody szczerej życzliwości, a powtóre świętej pamięci doktór Trawiński przez długi czas opiekował się zdrowiem mego nieszczęśliwego brata. Siadajcież, panowie.
Obaj młodzieńcy ukłonili się i usiedli: Józef na krawędzi krzesła, obitego zielonym aksamitem. Turzyński umieścił się obok stołu i patrząc na Józefa, mówił:
— Tak!... znać kroplę krwi Turzyńskich... Możesz sobie wyobrazić, jakich doznałem uczuć, dowiedziawszy się, że mój nieszczęśliwy brat był waszym dłużnikiem i to oddawna! Jakże matka?... dobrze się miewa?...
— Bardzo dobrze... dziękuję za łaskawą pamięć — odparł Józef zduszonym głosem.
— Majątku ojciec nie musiał zostawić? Był to lekarz w całem znaczeniu bezinteresowny.
— Trochę zostawił.
— Tak. Bardzo niewiele... Lecz matka umiała sobie dać radę. Nie dziw, przecie Turzyńska! — mówił gospodarz.
— Kobieta nadzwyczajnej zacności i rozumu — wtrącił Łoski.
— Zalety jej scharakteryzowałem jednym wyrazem: Turzyńska! — rzekł pan. — Wiele nocy oka nie zmrużyłem z tego powodu. Tyle lat! taki dług! Wdowa dumna, pełna szlachetnych aspiracyj i syn z instynktami Turzyńskich. Dziecko trzeba starannie wychować, środki małe, a tam gdzieś leży jakiś kapitalik, o którym wszyscy zapomnieli.
Nie mogę sobie tego przebaczyć — mówił coraz mocniej wzburzony Turzyński — choć, daję słowo, nie moja w tem wina. Wszystko od wielu lat byłoby spłacone, gdyby nie ten łajdak, intrygant!... jakiś Nieznany! — zawołał, uderzając pięścią w stół.
Pobladł, usta mu posiniały, tylko w oczach zapalił się zły blask.
Usłyszawszy w saloniku łoskot, wbiegł szpakowaty lokaj, zapytując:
— Jaśnie pan wołał?
— Idź, durniu — odparł niecierpliwie pan Turzyński. A widząc na twarzy Łoskiego wyraz zdziwienia, dodał:
— Myślisz, panie Feliksie, że oni tak przez troskliwość wpadają niewzywani? Bynajmniej. To tylko dowód, że podsłuchują... Jakie masz zamiary na przyszłość? — zwrócił się do Józefa.
— Chcę wstąpić na medycynę.
— I zostać znakomitym lekarzem? Wiem, wiem, wspominała mi o tych projektach moja córka.
Józefowi pociemniało w oczach. Szczęściem Turzyński nie dostrzegł jego zmieszania i mówił dalej:
— Lekarz, technik, wspaniałe zawody!... Weźmy, naprzykład, Pomorskiego. Kiedy mój syn i synowiec Andrzej zbijają bąki, kiedy Byvataky chciałby nosić szale za wszystkiemi panienkami, Pomorski — posłuchajcie tylko — naprawił mi żniwiarkę, siewnik, młocarnię, uregulował wszystkie zegary i wskrzesił fontannę w sadzawce. Oto majster! on już dziś dałby sobie radę. A tymczasem mój Staś, gdybym mu nie zostawił majątku, musiałby umrzeć z głodu.
— Jeszcze ze Stasia może wyrosnąć dzielny pracownik — wtrącił Łoski.
Turzyński potrząsnął ręką na wysokości ucha.
— Już niech on nie będzie pracownikiem, byle nie zmarnował tego, co otrzyma w spadku. Ale to niepoprawny lekkoduch. Co on dziś naprzykład dokazuje. Wyjechał naprzeciw ciotki, niby jej asystuje, lecz, pomimo to, nie może powstrzymać się od jakichś pajacowskich min za jej plecami. Robił tak na stacji. Ostrzegłem: „Daj spokój, bo to kobieta bardzo drażliwa!“ Patrzę, u dziekana robi to samo. Więc znowu mówię: „Nie rób tego, bo jak pani Dorohuska obejrzy się i spostrzeże, natychmiast wyjedzie i stanie się duża szkoda.“ Obiecał, że już nie będzie robić min. No, i co powiecie: pani wchodzi tu, na schody, a on w łobuzerski sposób przykłada sobie palce do nosa! Tak mnie zdenerwował, że nie mogę się uspokoić.
— Wyrośnie z tego. On ma dobre serce, tylko jeszcze wielki trzpiot — uspokajał go Łoski.
Turzyński powstał z fotelu.
— Daj Boże, ażeby sprawdziły się słowa pańskie — mówił, podając rękę Łoskiemu i Józefowi. — Przypominam, że obiad o czwartej, i proszę cię — zwrócił się do Józefa — ażebyś się rozgościł, jak w domu... przyjacielskim. Musisz ponudzić się u nas kilka dni. Trzeba zresztą jakoś załatwić kwestję długu mego brata.
Kiedy obaj młodzieńcy pożegnali się z Turzyńskim i wyszli, Józef miał wypieki na twarzy i ręce mu drżały.
— Oj! oj! — szepnął, oglądając się, kiedy już byli na dziedzińcu. — Poco ja tu przyjechałem?
— Sędzia jest dziś wyjątkowo podniecony — odpowiedział Łoski.
— Ależ jak ten człowiek traktuje służbę? Piesby nie wytrzymał!
— A oni daliby się porąbać za niego.
— Służba? — zapytał Józef. — W każdym razie nie Walenty furman.
— Do którego Turzyński ma największą słabość. I nawet wspomniał komuś, że, jak odzyska Turzyce, Walentemu da kolonijkę.
— Dla mnie to straszny człowiek. Gwałtownik... W sieniach o mało że jednego ze służby nie zwalił kijem. A Szczepanka przecież pobił i za co? Za czytanie książek! A co się z nim działo, kiedy wspomniał o Nieznanym? Chwilami żałuję, że tu przyjechałem, i gdyby nie pan...
— I gdyby nie moja osoba — przerwał, śmiejąc się, Łoski — to może uciekłbyś stąd w nocy... a wrócił rano? Tymczasem nie śpiesz się z wydaniem potępiającego wyroku na naszego gospodarza. Ma on wady, ma i zalety.
— Że stara się być uprzejmym dla swoich gości, że jest gościnny? — wtrącił Józef.
— Widzisz — półgłosem mówił Łoski, obejrzawszy się — ten pan jest niewątpliwie gwałtowny, wymyśla, a czasem i uderza służbę, a mimo to ludzie pracują u niego dłużej, niż w innych majątkach. Ten pan robi gorzej: gra w karty, wyrzuca pieniądze i zaciąga długi, na spłacenie których może wystarczy, a może i nie wystarczy jego majątek. To są minusy. Ale posiada on i inne strony charakteru. Bo cobyś, naprzykład, powiedział, że ten człowiek skoczył do rzeki tu, za parkiem, w miejscu dosyć głębokiem, ażeby uratować dwu tonących urwisów, którzy puścili się na wodę w dziurawej łódce?... A jak ci się podoba, że kilkanaście lat temu, gdy we wsi wybuchła cholera, on utworzył oddział sanitarny i sam niejednokrotnie wycierał szczotkami cholerycznych? A nareszcie czy można nie cenić człowieka, który, gdy spłonęło sąsiednie miasteczko, ofiarował pogorzelcom paręset korcy zboża i kartofli, tudzież drzewa budulcowego dla dziesięciu najuboższych rodzin? Przypomnij też sobie, co nam opowiadał Radcewicz o powodach wyzbycia się sreber familijnych, a wkońcu dowiedz się, że ludzie nie znają wszystkich jego czynów dobrych, ponieważ ten złośnik, utracjusz i karciarz, o ile nie ukrywa się ze swemi wybrykami, o tyle cnoty spełnia w cichości i nietylko sam o nich nie mówi, ale obraża się, gdy inni o tem wspominają.
— Jeżeli tak, to pan sędzia byłby przezacnym człowiekiem — wtrącił Józef.
— No, widzisz — ciągnął Łoski. — A tymczasem jest to mieszanina szlachetności, hojności, odwagi ze złością, utracjuszostwem i karciarstwem.
Tak rozmawiając, szli parkiem, jedną z bocznych ulic, na końcu której stała altanka, wybudowana z pni brzozowych. Wtem, na zakręcie, Józef zatrzymał Łoskiego.
— Tam ktoś jest — rzekł, cofając się za krzak leszczyny.
Łoski poprawił binokli, lecz niczego nie dojrzał.
— Może ci się zdaje?
— Wcale nie — odparł Józef. — Teraz widzę dokładnie: siedzi Podolak z panną Klęską.
— A to ciekawe! Bo między nimi od kilku dni bardzo ochłódły stosunki. Podolak prawie unika jej.
— Psst! panie — szepnął Józef. — Za altanką jest Byvataky. On jakby się krył.
— A co! — rzekł Łoski. — Trzeba ich w jakiś sposób ostrzec.
I, wysunąwszy się na środek uliczki, zaczął wołać na cały głos:
— Stasiu!... Stasiu!... A chodź ino tutaj... Będziemy czekali na ciebie w brzozowej altance!
Teraz Józef dostrzegł, że Byvataky umyka gąszczem, a Podolak i panna Klęska krążą po altance, jakby mieli zamiar ukryć się. Po chwili jednak wyszli razem na ulicę.
— To i my idźmy, ale w drugą stronę — powiedział Łoski.
Odwrócili się i poszli w stronę kaplicy.
— Powinni nam być wdzięczni — rzekł Józef, śmiejąc się.
— Trzeba zawsze postępować tak, ażeby ludzie mieli powód do wdzięczności — odpowiedział uroczyście Łoski.
— Oho! znowu w panu odezwał się profesor, tym razem moralności. Ale co pan myśli o Byvatakym, który podsłuchuje?
— Nie mam pewności, że podsłuchiwał; mógł znaleźć się tam wypadkiem — odparł Łoski.
Józef porwał go za szyję.
— Panie — mówił, śmiejąc się, wzruszony — jeżeli pana nie wezmą żywcem do nieba, to znaczy, że niema nieba i niema sprawiedliwości!
— Gdyby brali do nieba za każde głupstwo, ziemia wyglądałaby, jak w czasie przelotu szarańczy — odpowiedział Łoski.
Około czwartej po południu młodzież zaczęła zbierać się w sali jadalnej. Gdy wszedł Józef z Łoskim, już byli tam Staś i Andrzej Turzyńscy, tudzież Pomorski i naradzali się pod oknem. Przy kredensie stał Radcewicz we fraku i wydawał dyspozycje czterem lokajom; dookoła stołu biegała pani Komorowska w czarnej sukni jedwabnej, poprawiając nakrycia, bukieciki i kartki z nazwiskami. Józef i Łoski bardzo grzecznie powitali panią Komorowską i Radcewicza, co jego wbiło w dumę, a u niej wywołało rumieniec i krótkie westchnienie.
— Panie Łoski — rzekła gospodarująca dama — pan będzie siedział tu, po prawej ręce Dorohuskiej, a pański przyjaciel tam, po prawej ręce sędziego.
— Boże! cóż za honory — odpowiedział Łoski, podnosząc ręce. — Przyznam się, że wolałbym szary koniec.
— Tu niema szarego końca, są tylko końce stołu. Przy jednym siądzie Krystyna z Zosią, przy drugim Podolak ze Stasiem.
— Panie Trawiński! — zawołał Staś, chwytając za rękę Józefa — połącz się z naszą paczką, a cały Klejnot przewrócimy do góry nogami.
— A ponieważ Józiowi chodzi o to, ażeby Klejnot został we właściwem miejscu, dla ciebie — wtrącił Łoski — więc połączy się ze mną. A tobie radzę uspokoić się, gdyż pani Dorohuska ma bystre oko.
— Już pewnie ojciec musiał przed panem narobić plotek — odparł Staś.
— Nie. Tylko przypominam ci, że prawdziwy arystokrata musi panować nad swojemi odruchami.
Staś zmarszczył brwi i niecierpliwie rzucił głową; ale spoważniał i, zamiast wrócić do swoich przyjaciół pod okno, zaczął rozmawiać z Józefem, czy podobał mu się Klejnot.
— Nie wszystko widziałem — odpowiedział Józef. — Ale dotychczas największe, niezatarte wrażenie zrobiła na mnie kaplica.
Staś jeszcze bardziej spoważniał.
— O, ta kaplica! — rzekł zamyślony. — Nieraz pytam się, czyśmy jej warci.
— Już pytanie dowodzi, żeś pan jej wart — odpowiedział Józef.
Staś spojrzał na niego zdziwiony.
— Pierwszy raz słyszę podobną odpowiedź — szepnął, jakby do siebie, a po chwili dodał, rumieniąc się;
— To możebyśmy sobie mówili po imieniu, jeżeli pan chcesz?
Pocałowali się, a współcześnie lokaje otworzyli drzwi podwójne, w których ukazał się pan Turzyński, prowadząc pod rękę panią Dorohuską. Oboje byli czarno ubrani, jak i ich młodzi goście. Od strony poczekalni wszedł Permski, przyzwoicie odziany, ale ponury.
Teraz Józef ujrzał Zosię z towarzyszkami i panną Krystyną, za niemi jakby wślizgnął się Byvataky, a na samym końcu ukazał się, zawsze piękny i poważny, Podolak. Nastąpiły prezentacje, ukłony, pani Dorohuska więcej aniżeli życzliwem okiem spojrzała na kleryka, a w kilka minut każdy znalazł się na swojem miejscu, przy stole. Nim podano zupę, powstał z krzesła Podolak i dźwięcznym jak organy głosem wypowiedział modlitwę, której obecni wysłuchali, stojąc:
— „Przeżegnaj i pobłogosław, Panie, nas i te dary, które z Twojej szczodrobliwości pożywać mamy, abyśmy Cię za wszystko chwalili, przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Amen.“
Modlitwa ta, którą pierwszy raz w życiu słyszał, wzruszyła Józefa, zaś pani Dorohuska miała minę osoby, która rozmawia z Bogiem uprzejmie, ale bez uniżoności.
Obiad odbył się prędko i cicho. Pani Dorohuska była chłodna, siedzący obok niej Permski nastroił się ponuro. Pan Turzyński był zajęty jedzeniem. Józef, naśladując innych, szybko przełknął zupę pomidorową z pasztecikiem, jakąś rybę, polędwicę, jeszcze coś i jeszcze coś. Dopiero przy czarnej kawie pani Dorohuska, zwróciwszy się do Permskiego, rzekła dosyć oschłym tonem:
— Miałam dziś przyjemną chwilę, za którą dziękuję panu.
— Mnie? — odparł, jakby ze snu zbudzony, Permski.
— Bardzo mi się podobało, że pan, człowiek wolnomyślny, jednak podniósł się przy naszej modlitwie, a więc prawie przyjął w niej udział.
— Chętnie solidaryzuję się z ludźmi, którzy modlą się do Boga Stwórcy.
— Czy jest inny Bóg?
— Jest bóg-pieniądz, a on też ma licznych wyznawców.
Pani Dorohuska zgóry spojrzała na niego.
— Pan zna takich, dla których pieniądz jest bogiem?
— Bankierzy, fabrykanci, rozmaitego rodzaju przedsiębiercy i wogóle tak zwani dorobkiewicze, w których miłość pieniędzy pochłonęła wszelkie inne uczucia.
— Dziękuję, że nie zaliczył pan do nich właścicieli ziemskich.
— Ci nie gromadzą pieniędzy, tylko wydają — mruknął Permski.
— Więc i arystokracji nie znosi pan?
— Chroń Boże! Ja tylko nie rozumiem jej pożytku.
Panna Krystyna i trzy panienki powstały z krzeseł, ukłoniły się i cicho wyszły. Józefowi jakby ciężar padł na serce.
— Jakiż pożytek jest z kwiatów? diamentów? — szepnął Byvataky. — Tylko idealny!
— Ale życie nie jest idealne — odparł Permski.
— Właśnie chciałem na to zwrócić uwagę — mówił nieco ośmielony Byvataky — że życie nie jest idealne. A może to i szkoda. Jakieś ideały trzeba mieć, a tymczasem ludzkość jest ich pozbawiona.
— A religijne ideały? — zapytał Podolak. — Kochać bliźnich, nie przywiązywać się do dóbr ziemskich...
Pani Dorohuska uśmiechnęła się do kleryka i lekko skinęła głową.
— Gdyby tak wszystko sprowadzać do natychmiastowej korzyści — bełkotał Pomorski — musielibyśmy i uczonych usunąć.
— Uczeni tworzą naukę, z której czasem powstają wynalazki. Początkowe badania, naprzykład, nad elektrycznością wyglądały na zabawkę uczonych, a dziś przynoszą rezultaty praktyczne — rzekł Permski. — Zresztą ja się na tem nie znam.
— Za wiele skromności! — odezwał się Turzyński. — Pan Permski — zwrócił się do Dorohuskiej — pomimo stosunkowo młodego wieku, należy do największych erudytów, jakich spotykałem. Można powiedzieć, że ten człowiek wszystko czytał. Więc gdy się zczasem uspokoi, gdy przekona się, że i arystokracja ma trochę zasługi...
— Naprzykład choćby z popierania sztuk pięknych, nauk! — wtrącił Byvataky.
— Gdzież to? Jak to? — zapytał Permski.
— A choćby w wiekach średnich — odpowiedział nieśmiało Byvataky.
— To, że w wiekach średnich ktoś popierał naukę, nie nasyci nędzarza naszych czasów — rzekł Permski.
— Pan profesor nie ratuje nas? — zwrócił się do Łoskiego Turzyński, który po obiedzie odzyskał pogodniejszy humor.
— Proszę pana sędziego, ja w tej sprawie tylko jedno mógłbym wyrazić życzenie: ażeby kapitał nie kłócił się ani z wiedzą, ani pracą, gdyż dopiero harmonijne współdziałanie tych czynników może przynieść ludzkości najwyższy stopień pożytku — odpowiedział Łoski.
— Ale do takiej harmonji tylko walka może doprowadzić — wtrącił Permski.
— I harmonja jest potrzebna i walka jest potrzebna — dorzucił Byvataky.
— Pozwolę sobie wrócić do kwestji głównej — zabrał głos Turzyński. — Pan Permski powiedział, że nie rozumie pożytku, jaki przynosi arystokracja. Ośmielę się zrobić uwagę, iż dla mnie pożytek ten jest bardzo wyraźny i bardzo wieloraki.
— Któż nieuprzedzony mógłby wątpić o tem! — szepnęła pani Dorohuska, lekko wzruszając ramionami.
— Przedewszystkiem — mówił Turzyński, zwróciwszy się do siostry — każda klasa społeczna ma jakąś określoną rolę. Uczeni tworzą naukę, technicy kierują robotami, artyści malują, rzeźbią, piszą poezje i komponują utwory muzyczne. Zaś ojcowie i dziadowie tej klasy, z której drwimy jako arystokracji, stworzyli to, co nazywamy rządem, zapewnili narodom bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, wymiar sprawiedliwości, a więc oddali cywilizacji największe usługi. Bo przecież nauka, sztuka, a nawet obmyślanie teoryj rewolucyjnych możliwe jest tylko wśród bezpieczeństwa i spokoju.
— Ach, jaka to prawda! — zawołał Byvataky.
— Rzeczywiście o tem nie pomyślałem! — mruknął Pomorski.
— Na kolana, chamy! — szepnął Staś Turzyński.
— Tym zasługom arystokracji nie przeczy nikt — odpowiedział Permski. — Rzeczywiście ona buduje gmachy, nazywane państwami, wygodne przedewszystkiem dla niej samej, ale ciasne, wilgotne i zimne dla ludu.
— Kiedyś zobaczymy, co zbuduje rewolucja — mówił dalej pan Turzyński. — Przypominam jednak, że to, co uczyniła tak zwana wielka rewolucja francuska i następujące po niej, nie utrzymało się nawet przez kilka lat i nie uszczęśliwiło nikogo.
— Ale rewolucja obroniła ojczyznę przed najazdem — szepnął Łoski.
— Prawda! — rzekł Turzyński, rozkładając ręce, z wyrazem smutku na twarzy. — Choć sił tych nie pobudziła rewolucja, ale patrjotyzm zaszczepiony przez arystokrację.
Lecz idźmy dalej. Zgodziliśmy się, że państwa buduje nie byle kto, nie pierwsi lepsi, ale — najlepsi w narodzie, czyli arystokracja. Otóż arystokracja nietylko buduje, ale, że tak powiem, i przyozdabia gmach społeczny. Bo przecież nie kto inny, tylko arystokracja stworzyła tak zwaną sztukę życia. Wszystkie formy grzeczności, pojęcie i praktykowanie zasad honoru, bezinteresowność, cześć dla kobiet, opieka nad słabszymi i wiele tym podobnych rzeczy, zostały wynalezione i upowszechnione przez arystokrację.
— Brawo! — zawołała pani Dorohuska, lekko uderzając w dłoń końcami palców.
— A weźmy, proszę panów, rzeczy bardziej materjalne, z dziedziny sztuki życia. Któż to, jeżeli nie arystokracja, stworzył smaczną kuchnię, kto najwięcej praktykuje czystość fizyczną, która jest zasadniczym warunkiem zdrowia?... Bardzo przepraszam, ale chustki do nosa i szczoteczki do zębów, tak dziś niezbędne dla każdego, nie urodziły się w czworniakach, ani w suterenach, ale we dworach i pałacach!
Dalej, gdybyśmy przeszli do stosunków rolnych, od kogoż to chłopi, już dziś, w naszych oczach, nauczyli się orać ziemię żelaznemi płużkami i siać łubin, jeżeli nie od szlachty i arystokracji? A nareszcie, gdy jaki rząd szuka porozumienia z narodem podbitym, gdy chce nadać reformy, do kogoż zwraca się o współdziałanie, jeżeli nie do arystokracji?
Węgrzy swoje stanowisko wobec Austrji w znacznej części zawdzięczają wielkim panom, a od Czechów nieraz słyszałem narzekania, że im brak szlachty i arystokracji.
— Wspaniale! — zawołał Byvataky.
— Czy wolno odpowiedzieć? — spytał Permski pani Dorohuskiej.
— Owszem. Z przyjemnością usłyszymy pańskie kontr-dowodzenia, chociaż...
— Trudno zbić tak potężne argumenty! — dokończył Byvataky.
— Ty musisz zostać adwokatem! — rzekł do niego Staś Turzyński.
— Nie chcę przeczyć faktom, czy rozumowaniom pana sędziego — mówił Permski. — Pozwolę sobie tylko zapytać, co głodnego, obdartego, wyzyskiwanego robotnika obchodzi państwo, które nietylko nie karmi go, ale jeszcze żąda pieniędzy na nieprodukcyjne wydatki? Naco proletarjuszowi grzeczność, honor, cześć dla kobiet, a choćby malarstwo i architektura, jeżeli on jest nędzarzem, jego żona i jego dzieci równie będą nędzarzami, z którymi nawet nie rozmawia się grzecznie? Naco jemu wynalazek szczotki do zębów i chustki od nosa, jeżeli on tych artykułów nie może kupić?
Jednem słowem, choćby czyny i wynalazki arystokracji były najwspanialsze, to one są obojętne dla miljonów ludu prostego, którego najśmielszem marzeniem jest zaspokoić głód, ogrzać się, trochę odpocząć i przykryć nieumyte ciało choćby łachmanami.
— Tak jest! Tragiczna sytuacja! — szepnął Byvataky.
— A przepraszam! — odpowiedziała pani Dorohuska, z trudem powstrzymując się od wybuchu. — Jakto, więc garstka arystokracji, zajęta najwyższemi, najtrudniejszemu obowiązkami, ma jeszcze spełniać rolę nianiek przy ludziach, którzy dlatego i o tyle są biedni, że nie chce im się pracować?
— Pozwól, prezesowo — rzekł Turzyński. — Bardzo jestem zadowolony, że kwestja znalazła się w tym punkcie. Bo zapytuję pana Permskiego: czy to arystokracja jest winna, że ziemia rodzi więcej kartofli, a nawet zielsk, aniżeli zboża? Że owce nie dają tyle wełny a fabryki tylu tkanin, ile potrzeba do odziania całego rodu ludzkiego? Kierownicy rewolucji socjalnej popełniają pewien błąd zasadniczy: wyobrażają sobie, że przeciętny człowiek powinien być zamożny, a nawet bogaty. A tymczasem z jednej strony natura nie daje tylu produktów, ile trzeba dla opędzenia potrzeb wszystkich ludzi; następnie ci ludzie pracują niechętnie, tylko w ostateczności, dla zaspokojenia natychmiastowego głodu, a więc nie mogą nagromadzić tylu bogactw, ile ich potrzeba do wygodnego życia. A nareszcie pewna część ludzi prostych nie chce wygód. Niektórzy naprzykład moi parobcy, gdy im dałem w izbach podłogę, wydarli ją i zastąpili klepiskiem; inni znowu nie lubią się myć. No, więc proszę takich ludzi doprowadzić do jakiegoś wyższego dobrobytu.
Dodajmy pijaństwo i upodobanie do jarmarków, a zrozumiemy, dlaczego między ludem zdarzają się nędzarze.
— Poważne argumenty! — szepnął Byvataky.
— Mimo to — ciągnął Turzyński — w dobrobycie ludu widać niezaprzeczony postęp. Już za mojej pamięci zniknęły kurne chaty, niema głodów, lud nie chodzi w łachmanach, pijaństwo zmniejszyło się. I jeżeli porównamy nędzę straszną kacyka Patagończyków lub Papuasów ze skromnym dobrobytem europejskiego chłopa czy robotnika, musimy przyznać, że położenie materjalne ludów ucywilizowanych bardzo się poprawiło.
Mówię: dobrobyt, z dodatkiem: skromny, ponieważ bogactwo we wszystkich krajach jest udziałem tylko bardzo niewielkiej liczby osób i to odznaczających się jakiemiś wyższemi uzdolnieniami. Bogatym jest znakomity lekarz, inżynier, sprytny spekulant, genjalny pisarz, nie mówię u nas, lecz we Francji lub Anglji.
— Tak! tak! panowie... Bogactwo może być udziałem tylko garstki — dorzuciła pani Dorohuska.
— To też, gdyby skonfiskowano majątki dzisiejszych posiadaczy — ciągnął Turzyński — ogólny dobrobyt ludu nie zwiększyłby się. Tylko na miejscu dawnych bogaczy zjawiliby się nowi, mniej wytworni, mniej bezinteresowni, mniej litościwi. Masy zostałyby przy miernym dobrobycie, liczba nędzarzy nie zmniejszyłaby się, ale temperatura cywilizacyjna spadłaby o kilka stopni.
Ja, panie Permski, nie twierdzę, że jesteśmy doskonałymi. Ja tylko wierzę, iż ci, którzy chcą nas zepchnąć i zająć nasze stanowiska, mogą być znacznie gorsi, aniżeli my.
— W każdym razie my tych zmian nie doczekamy — rzekła pani Dorohuska, podnosząc się od stołu. Skłoniła się obecnym i wyszła tak szybko, że Podolak nie miał czasu odmówić modlitwy. Za nią podążył Turzyński.
Gdy Łoski z Józefem opuścili salę jadalną, ażeby przejść się po parku, spotkali u głównego wejścia dwu Żydów, starego i młodego. Stary był w jedwabnym chałacie, młody w długim surducie z cienkiego kortu. W tej chwili młody spoglądał na zegarek w dwu złotych kopertach, a stary gładził siwą brodę piękną, białą ręką, na której jaśniał pierścień z dużym brylantem. Obaj mieli miny ludzi, którzy taksują pałac.
Odszedłszy kilka kroków na dziedziniec, Józef cicho spytał Łoskiego:
— Cóżto, przyjechali pożyczyć pieniędzy panu sędziemu?
— A może upomnieć się o jakąś należność — odparł Łoski. — Żniwa dobre... Przybyła bogata siostra...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.