Porwany

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Porwany
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


PORWANY.
I.

Przez wieś Piaskowice przechodziły szczupłe oddziały. Wieśniacy ze zdumieniem i strachem przyglądali się żołnierzom, a gdy ci odchodzili, zbierali się i radzili.
Rozsądny, stary chłop, Stefan Grzesiak, mówił do sąsiadów:
— Co to będzie teraz? Widzieliśmy przecie tych psiajuchów Moskali. Sprawny to żołnierz, ubrany dobrze i syty, a nasi — same dzieciuchy, karabiny z trudem dźwigają, obdarte to, głodne, a wesołe! Śmiechy, żarty, zabawy, a tu ci wojna! Jak to tacy obronią Warszawę? Źle, oj źle, sąsiedzie! A bolszewik nie będzie tera już taki grzeczny dla nas... Chyba umykać czas, chudobę zgarniać, dobytek na wozy ładować i ruszać w świat? Trza radzić!...
Chłopi stali głęboko zamyśleni, wlepiwszy oczy w ziemię, której opuszczać nikt nie chciał. Nikt się nie odzywał, bo każdy ważył sprawę w sercu i głowie.
Nagle tuż za wsią rozległ się odgłos trąbki, a w chwilę później zabrzmiała wesoła piosenka żołnierska. Chłopi spojrzeli w pole. Nadciągał nowy oddziałek.
Prowadził go młodziutki oficer, dzieciuch prawie, ale z twarzy biła mu jakaś troska i powaga, na piersiach zaś miał odznakę walecznych. Za oficerem maszerował oddziałek, złożony z samych dzieciaków — chłopaków od 14 do 17 lat.
Bladzi ze znużenia, zakurzeni, w wyszarzałych i podartych bluzach i butach, szli jednak, twardo wybijając krok, z wesołemi słowami piosenki na ustach. Niektórzy mieli na czapkach i bagnetach bukieciki z kwiatów polnych. Oczy wszystkim tym „żołnierzom“ śmiały się, twarze mieli rozpromienione.
Oficer zatrzymał oddział w sprawnym szyku, a sam zbliżył się do gromady gospodarzy wiejskich i, salutując po wojskowemu, zwrócił się do nich:
— Gospodarze! Idziemy bez wypoczynku i strawy od świtu, a tu już zmierzch prędko. Proszę o rozmieszczenie żołnierzy po chałupach. Nic nie potrzebujemy oprócz dachu nad głową i wody ze studni. Strawę mainy w plecakach.
Chłopi, widząc oficera z krzyżem na piersi, zdjęli czapki i odpowiedzieli chórem:
— Prosimy do chat! Noc już blisko, a baby znajdą coś na wieczerzę...
Po upływie kwadransa oddział, złożony z 80 ludzi, już się rozlokował po chałupach. Żołnierze myli się, otrzepywali ubrania i buty, a roiło się od nich wszędzie i wesołość zakradała się do wszystkich kątów.
Wiejskie chłopaki z iskrzącemi oczami i płonącemi policzkami przyglądały się żołnierzom-chłopakom z prawdziwemi karabinami, ich ruchom zwinnym pełnym ruhaszności, nabytej w koszarach i w pochodzie.
Poważni wieśniacy przysłuchiwali się rozmowom żołnierzy, inni otoczyli oficera, który z powagą na młodziutkiej twarzy opowiadał, że podąża ze swoimi ludźmi na front, gdzie ma być wielka bitwa, a od niej zależeć będzie los Warszawy i nawet całej Polski.
— Srogi to żołnierz — bolszewik! — rzucił, patrząc na oficera, jeden z wieśniaków, a wzrok swój mimowoli przeniósł na sąsiednie podwórze, gdzie chłopaki-żołnierze gonili jeden drugiego, dokazując i śmiejąc się wesoło.
— Nasz stokroć sroższy! — natychmiast odpowiedział oficer.
Ze zdumieniem podniosły się na tę młodą, poważną twarz wszystkie oczy. Lecz młodzieniec milczał, więc gospodarz jął prosić:
— Panie naczelniku, a wstąpcie do chałupy! Już żona strawę przyrządza. Posilcie się i opowiedzcie co, bo nas tu serca bolą, gdy widzimy... naszych... tych oto... dzieciuchów z karabinami...
Oficer wyprostował się, podniósł z siłą i dumą głowę i twardym wzrokiem ogarnął gromadę.
— Te dzieciuchy z karabinami przewędrowały już całą Polskę, od kresu do kresu... Odsiecz Lwowa, to dzieło ich rąk, dziesiątki bitew już stoczyli, prawie wszyscy przeszli przez szpital po otrzymaniu ran, przepływali rzeki, brnęli boso przez góry w zimie... a w plecakach każdy niemal niesie patent na krzyż, najwyższą nagrodę walecznych. Nic i nikt ich nie przerazi, bo już wszystkiego doznali. Poszli na śmierć za polski naród i śmierci się nie boją! Widziałem pod Lwowem, jak trzech takich malców ciskało się na kilkudziesięciu drabów ukraińskich i rozpędzało ich na wszystkie strony! Widziałem ich z urwanemi nogami i rękami, gdy konali już, a jeszcze się pytali, co słychać z pola bitwy i umierali z wesołym okrzykiem!... Straszny to dla wroga żołnierz, bo ofiarował swoje życie dla zwycięstwa i idzie do boju po zwycięstwo lub śmierć...
Tymczasem weszli do chałupy, gdzie gospodarna kobieta zastawiła na stole obfitą wieczerzę, jakby dla najdroższych gości.
Powtarzało się to prawie codziennie, bo matki-wieśniaczki odczuwały goniące za młodocianymi żołnierzykami trwożne, bolesne myśli ich matek i uwijały się około chłopiąt, karmiąc je, pojąc mlekiem, pieszcząc po zwichrzonych włosach, a czasem po nocach ukradkiem zaszywając podarte ich ubrania.
Tak było i teraz. We wszystkich chałupach krzątały się wieśniaczki, wzdychały z rozczuleniem, lub przez łzy śmiały się z żartów, dowcipów i figli zbrojnych dzieci.
Poważny Grzesiak słyszał odpowiedź oficera na zwątpienia wieśniaków, więc, gdy wszyscy weszli do chałupy sąsiada, wziął czapkę i skierował się do drzwi.
— Posiedzielibyście, sąsiedzie, i posłuchalibyście pana oficjera! — zawołał gospodarz.
— Pójdę już, spojrzę, czy tam u mnie baba należycie ugaszcza naszych żołnierzy! — odparł i wyszedł.

II.

W chałupie Grzesiaka siedziało przy stole pięciu żołnierzy. Najstarszy mógł mieć lat 17. Był to mały, krępy brunet o pucołowatej twarzy i wesołych, śmiałych oczach. Jednak w tem chłopięcem obliczu było coś, co zwracało na siebie uwagę każdego. Jakiś spokój, siła, rozwaga, baczność i mądra śmiałość z niej biły. Na piersi, na brudnej, zielonkawej bluzie miał wstążeczkę z małym kółkiem od zgubionego krzyża Virtuti Militari.
Grzesiak zauważył to wszystko i spostrzegł też, że, gdy chłopak zaczynał mówić, koledzy natychmiast milkli i słuchali, wlepiając w niego oczy, jak w tęczę.
Dwóch synów Grzesiaka — 18-letni Bolesław i 16-letni Piotruś, siedzieli tuż przy stole i oczu oderwać nie mogli od żołnierza z orderową wstążką na piersi.
Wieśniak skinął na starszego syna i wyszli razem na podwórko.
— Dlaczego tak słuchają wszyscy tego małego, czarnego? — zapytał.
— To kapral! Mówili mi żołnierze, że sam jeden rzucił się na karabin maszynowy, bolszewików wystrzelał i karabin przyniósł do naszych! Później dwóch rannych wyniósł na plecach z boju... Dostał kulę w pierś, a po dwóch tygodniach powrócił do szeregu i bił się. Teraz znów idzie, chociaż rana mu się otwiera. Ot, i tera, matula zobaczyła, gdy się mył, że ma krew na piersi. Podobno rana mu się otworzyła — i trochę broczy. Matula dała mu czystą koszulę Piotrusiową...
Stary nic nie odpowiedział i wszedł do chałupy.
Jeden z żołnierzy opowiadał coś zabawnego. Śmiali się wszyscy; chichotał, przykrywając usta ręką, Piotruś, a stojąca przy piecu Grzesiakowa łzy fartuchem wycierała, trzęsąc się od śmiechu.
Grzesiak usiadł i milczał. Nagle pociągnął kaprala za rękaw i zagadnął:
— Proszę pana kaprala! Jakże to tak? Taki mały... z przeproszeniem młody i... tego... bolszewików wystrzelał... kulomiot zdobył i przyniósł? Jakże to?
Kapral oczy na chwilę spuścił, a później je podniósł na pytającego i odrazu cień powagi wypłynął mu na twarz. Widocznie znał to pytanie i wiedział, co się dzieje w mózgu pytającego.
Uśmiechnął się wesoło, prawie figlarnie i odparł:
— Karabin strzela jednakowo w starych i młodych rękach, byle go dobrze wymierzyć. Łatwo zdobyć karabin, gdy go słabo bronią. Gdy zaś para garści jest — nie trudno i o przyniesienie maszynki...
Grzesiak tylko pokręcił głową.
— No, niby tak! — mruknął. — Lecz przecież kule latają?
— Nie każda kula zabija! — uśmiechnął się kapral.
— Straszno? — szepnął chłop.
— Straszno, jeżeli się bać, a jeżeli nie — to nie straszno.
— Ale jak się nie bać, gdy śmierć? — zaczął Grzesiak i urwał.
Kapral położył kawał chleba na stół i wsparł głowę na dłoniach. Milczał chwilę, a później zapytał:
— Sami robicie na roli?
— Któżby? — odpowiedział chłop.
— Leży na wiosnę przed wami zagon. Obszerny! Ścierniskiem, chwastami zarośnięty, stwardniały po zimie i roztopach... Straszno brać się do niego! Czyżby jeden człowiek podołał mu? Tyle pracy i frasunku! Ani spać, ani jeść, tylko żyłować, tylko orać!
— Kiej trzeba, co o tem gadać! Robi się, bo inaczej nie można! — ożywił się chłop. — Mam, chwalić Boga, duży zagon, a robimy...
— Robicie? — zawołał kapral. — Naród nasz ma jeszcze większy zagon, bo to — cała Polska! Więc robimy... Robimy, bo inaczej nie można i nie myślimy, czy upadniemy od znużenia, czy od kuli, gospodarzu! Kiej trzeba, to co o tem gadać? Sami tak powiedzieliście!
Grzesiak nie więcej nie mówił. Głowę nisko opuścił i głęboko się zamyślił. Gdy ją podniósł, żołnierze już poszli do odryny na spoczynek.
Chłop długo naradzał się z żoną, a ta zaraz krzątać się zaczęła, synowie jej pomagali ochoczo.
Grzesiak zaś obszedł wszystkich sąsiadów, długo i obszernie gadał, przekonywał i prosił.

III.

O świcie zagrała pobudka. Znowu się zaroiło na podwórzach, a w pół godziny z chałup zaczęli wysypywać się żołnierze, jeszcze smacznie żując świeży chleb z słoniną i potrząsając ręce gościnnych gospodarzy.
Oddziałek stanął w szyku, a wtedy Grzesiak podszedł do oficera i oznajmił:
— W plecakach nijakiej strawy oprócz sucharów nie macie! Żołnierze sami niosą ciężkie paczki naboi i ciągną kulomiot. Gromada postanowiła dać wam dwa wozy, złożymy na nie ciężary i wikt od nas dla was — naszych obrońców...
Oficer dziękował gospodarzom wzruszonym głosem.
Po chwili oddziałek posuwał się szosą, a za nim ciągnęły dwa wozy. Na jednym siedział sam Grzesiak, na drugim Piotruś.
— Odprowadzimy was do Lublina, interes mamy w mieście, to odrazu załatwimy przy sposobności! — mówił stary wieśniak, jakgdyby się tłumacząc.
Nieznane są jednak drogi życia i ukryte jest nasze przeznaczenie...
Do Lublina nie doszedł oddziałek młodego oficera, i Grzesiak nie zdołał załatwić swoich spraw w mieście.
Polskie wojska cofały się od Lublina pod parciem przeważających sił bolszewickich.
Tegoż samego dnia wieczorem oddziałek był zmuszony wziąć udział w bitwie. Bolszewicy napierali ostro, przechodząc często do ataku. Polacy bronili się kontratakami.
Gdy oddziałek zbliżył się do odchodzących wojsk, dowództwo wysłało go natychmiast naprzód, aby przyłączył się do tych pułków, które były wysunięte najbliżej nieprzyjaciela.
Wkrótce zajęto mały gaik i stąd miało nastąpić uderzenie na wroga, gdy ten wyjdzie na szosę. Grzesiak z wozami stanął na skraju gaiku, skąd widział szosę, pola i ukrytych w rowie żołnierzy.
Czekano na bolszewików długo, aż nareszcie zjawiły się pierwsze ich szeregi, które odrazu wychyliły się z poza wzgórza, przeciętego szosą.
Za pierwszym szeregiem szła zbita masa Moskali. Gdzieś z lewa, od strony polskiej, zagrał kulomiot, po nim drugi i trzeci. Piechota bolszewicka zatrzymała się, rozciągnęła się w długi łańcuch i zaczęła strzelać.
Oddział młodego oficera milczał, ukryty w rowie. Bolszewicy, zszedłszy z szosy, zbliżali się do gaiku. Gdy zostało nie więcej niż sto kroków, z rowu zaturkotał, okrywając się dymem i parą, karabin maszynowy. Moskale, idąc kolumną, skłębili się, jęli uciekać, padając na ziemię i kryjąc się w miedzach i za kupkami kamieni.
— Do ataku, naprzód! — krzyknął oficer i pobiegł.
Żołnierze, krzycząc, mknęli za nim, dogonili go i przegonili. Dopadli bolszewików i zaczęli pracować bagnetami. Uwijali się wszędzie dzielni chłopcy, czasem tylko strzelił który, lecz najczęściej bagnetami błyskali lub wywijali zamaszyście kolbami karabinów.
Widział Grzesiak, jak ten i ów padł. Widział, jak niektórzy leżeli nieruchomi, inni zaś usiłowali podnieść się lub pełzali, czołgając się, jak zgniecione robaki.
Coraz więcej i więcej napływało bolszewików. Gdzieś zagrała trąbka do odwrotu i oddziałek, bijąc się na bagnety, zaczął się cofać, aby się ukryć pod osłoną swego kulomiotu.
Naraz Grzesiak drgnął. Spostrzegł kaprala. Właśnie zwalił bagnetem jakiegoś bolszewika, ale natychmiast dwóch olbrzymich chłopów pomknęło w jego stronę. Za nimi biegli inni.
Grzesiak obejrzał się na wóz, jakby czegoś szukając, po chwili wsunął rękę w siano i wyciągnął siekierę:
— Trzymaj kunie, Piotrek! — krzyknął do syna i popędził.
Wybiegł z gaiku i gnał naprzełaj przez pole w stronę kaprala. Jak przez sen, słyszał gwizd kul, krzyki walczących, lecz nic go nie wstrzymało i rwał naprzód z całej siły.
Nareszcie dopadł kaprala, który, wywijając kolbą młyńca w powietrzu, odbijał pchnięcia bolszewików. Grzesiak w milczeniu spadł, jak kamień na Moskali, runął na nich ogromny, ciężki i potężny. Błysnęło ostrze siekiery i Grzesiak z jakiemś stęknięciem uderzył raz, jeszcze raz, a uderzeniom odpowiadały wrzaski i głuchy łoskot padających ciał.
Nagle przypadł do wieśniaka oficer bolszewicki i w pierś szeroką wypalił z rewolweru. Grzesiak zachwiał się, schwycił za pierś i upadł.
Jeszcze widział przez chwilę jasne, pogodne niebo i słońce, a później wszystko to gdzieś przepadło.

IV.

Gdy się obudził, zrozumiał, że jest na wozie i jedzie.
Jęknął. Natychmiast schyliła się nad nim twarz kobieca w białym czepku z czerwonym krzyżykiem na czole.
— Gdzie jestem? — spytał.
— Byliście ranni w bitwie. Teraz wiozę was do szpitala. Nie rozmawiajcie jednak, bo to szkodzi! — mówiła siostra miłosierdzia, poprawiając mu poduszkę.
— Upadłem wtedy... — szepnął.
— Wynieśli was syn wasz z kapralem do naszej czołówki — odpowiedziała siostra.
— Gdzie Piotrek? — pytał dalej.
— Do wojska wstąpił! — odpowiedziała. — Prosił, abym wam powiedziała, że chce zemścić się za waszą krew.
W tej chwili podbiegł ktoś do wozu i zawołał:
— Siostrzyczko, ten młody ułan umiera!
Zerwała się i pobiegła.
Grzesiak z trudem poruszył ręką.
Uczynił znak krzyża w powietrzu i blademi ustami szepnął:
— Nie za mnie pomścij się, ale za nią, za Polskę, za jej dzieci umęczone!
Śmierć szła widocznie za tym smutnym szeregiem wozów sanitarnych, bo dopadła najpierw młodego ułana, a od niego zbliżyła się do wozu Grzesiaka i zimną, nie znającą wahania ni litości ręką przykryła jego szeroko rozwarte oczy, patrzące już poza ziemskie granice.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.