Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Prosimy do chat! Noc już blisko, a baby znajdą coś na wieczerzę...
Po upływie kwadransa oddział, złożony z 80 ludzi, już się rozlokował po chałupach. Żołnierze myli się, otrzepywali ubrania i buty, a roiło się od nich wszędzie i wesołość zakradała się do wszystkich kątów.
Wiejskie chłopaki z iskrzącemi oczami i płonącemi policzkami przyglądały się żołnierzom-chłopakom z prawdziwemi karabinami, ich ruchom zwinnym pełnym ruhaszności, nabytej w koszarach i w pochodzie.
Poważni wieśniacy przysłuchiwali się rozmowom żołnierzy, inni otoczyli oficera, który z powagą na młodziutkiej twarzy opowiadał, że podąża ze swoimi ludźmi na front, gdzie ma być wielka bitwa, a od niej zależeć będzie los Warszawy i nawet całej Polski.
— Srogi to żołnierz — bolszewik! — rzucił, patrząc na oficera, jeden z wieśniaków, a wzrok swój mimowoli przeniósł na sąsiednie podwórze, gdzie chłopaki-żołnierze gonili jeden drugiego, dokazując i śmiejąc się wesoło.
— Nasz stokroć sroższy! — natychmiast odpowiedział oficer.
Ze zdumieniem podniosły się na tę młodą, po-