Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gospodarzu! Kiej trzeba, to co o tem gadać? Sami tak powiedzieliście!
Grzesiak nie więcej nie mówił. Głowę nisko opuścił i głęboko się zamyślił. Gdy ją podniósł, żołnierze już poszli do odryny na spoczynek.
Chłop długo naradzał się z żoną, a ta zaraz krzątać się zaczęła, synowie jej pomagali ochoczo.
Grzesiak zaś obszedł wszystkich sąsiadów, długo i obszernie gadał, przekonywał i prosił.

III.

O świcie zagrała pobudka. Znowu się zaroiło na podwórzach, a w pół godziny z chałup zaczęli wysypywać się żołnierze, jeszcze smacznie żując świeży chleb z słoniną i potrząsając ręce gościnnych gospodarzy.
Oddziałek stanął w szyku, a wtedy Grzesiak podszedł do oficera i oznajmił:
— W plecakach nijakiej strawy oprócz sucharów nie macie! Żołnierze sami niosą ciężkie paczki naboi i ciągną kulomiot. Gromada postanowiła dać wam dwa wozy, złożymy na nie ciężary i wikt od nas dla was — naszych obrońców...
Oficer dziękował gospodarzom wzruszonym głosem.