Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czekano na bolszewików długo, aż nareszcie zjawiły się pierwsze ich szeregi, które odrazu wychyliły się z poza wzgórza, przeciętego szosą.
Za pierwszym szeregiem szła zbita masa Moskali. Gdzieś z lewa, od strony polskiej, zagrał kulomiot, po nim drugi i trzeci. Piechota bolszewicka zatrzymała się, rozciągnęła się w długi łańcuch i zaczęła strzelać.
Oddział młodego oficera milczał, ukryty w rowie. Bolszewicy, zszedłszy z szosy, zbliżali się do gaiku. Gdy zostało nie więcej niż sto kroków, z rowu zaturkotał, okrywając się dymem i parą, karabin maszynowy. Moskale, idąc kolumną, skłębili się, jęli uciekać, padając na ziemię i kryjąc się w miedzach i za kupkami kamieni.
— Do ataku, naprzód! — krzyknął oficer i pobiegł.
Żołnierze, krzycząc, mknęli za nim, dogonili go i przegonili. Dopadli bolszewików i zaczęli pracować bagnetami. Uwijali się wszędzie dzielni chłopcy, czasem tylko strzelił który, lecz najczęściej bagnetami błyskali lub wywijali zamaszyście kolbami karabinów.
Widział Grzesiak, jak ten i ów padł. Widział, jak niektórzy leżeli nieruchomi, inni zaś usiłowali