Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



PORWANY.
I.

Przez wieś Piaskowice przechodziły szczupłe oddziały. Wieśniacy ze zdumieniem i strachem przyglądali się żołnierzom, a gdy ci odchodzili, zbierali się i radzili.
Rozsądny, stary chłop, Stefan Grzesiak, mówił do sąsiadów:
— Co to będzie teraz? Widzieliśmy przecie tych psiajuchów Moskali. Sprawny to żołnierz, ubrany dobrze i syty, a nasi — same dzieciuchy, karabiny z trudem dźwigają, obdarte to, głodne, a wesołe! Śmiechy, żarty, zabawy, a tu ci wojna! Jak to tacy obronią Warszawę? Źle, oj źle, sąsiedzie! A bolszewik nie będzie tera już taki grzeczny dla nas... Chyba umykać czas, chudobę zgarniać, dobytek na wozy ładować i ruszać w świat? Trza radzić!...
Chłopi stali głęboko zamyśleni, wlepiwszy oczy w ziemię, której opuszczać nikt nie chciał. Nikt się nie odzywał, bo każdy ważył sprawę w sercu i głowie.