Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie każda kula zabija! — uśmiechnął się kapral.
— Straszno? — szepnął chłop.
— Straszno, jeżeli się bać, a jeżeli nie — to nie straszno.
— Ale jak się nie bać, gdy śmierć? — zaczął Grzesiak i urwał.
Kapral położył kawał chleba na stół i wsparł głowę na dłoniach. Milczał chwilę, a później zapytał:
— Sami robicie na roli?
— Któżby? — odpowiedział chłop.
— Leży na wiosnę przed wami zagon. Obszerny! Ścierniskiem, chwastami zarośnięty, stwardniały po zimie i roztopach... Straszno brać się do niego! Czyżby jeden człowiek podołał mu? Tyle pracy i frasunku! Ani spać, ani jeść, tylko żyłować, tylko orać!
— Kiej trzeba, co o tem gadać! Robi się, bo inaczej nie można! — ożywił się chłop. — Mam, chwalić Boga, duży zagon, a robimy...
— Robicie? — zawołał kapral. — Naród nasz ma jeszcze większy zagon, bo to — cała Polska! Więc robimy... Robimy, bo inaczej nie można i nie myślimy, czy upadniemy od znużenia, czy od kuli,