Przejdź do zawartości

Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

otworzyła — i trochę broczy. Matula dała mu czystą koszulę Piotrusiową...
 Stary nic nie odpowiedział i wszedł do chałupy.
 Jeden z żołnierzy opowiadał coś zabawnego. Śmiali się wszyscy; chichotał, przykrywając usta ręką, Piotruś, a stojąca przy piecu Grzesiakowa łzy fartuchem wycierała, trzęsąc się od śmiechu.
 Grzesiak usiadł i milczał. Nagle pociągnął kaprala za rękaw i zagadnął:
 — Proszę pana kaprala! Jakże to tak? Taki mały... z przeproszeniem młody i... tego... bolszewików wystrzelał... kulomiot zdobył i przyniósł? Jakże to?
 Kapral oczy na chwilę spuścił, a później je podniósł na pytającego i odrazu cień powagi wypłynął mu na twarz. Widocznie znał to pytanie i wiedział, co się dzieje w mózgu pytającego.
 Uśmiechnął się wesoło, prawie figlarnie i odparł:
 — Karabin strzela jednakowo w starych i młodych rękach, byle go dobrze wymierzyć. Łatwo zdobyć karabin, gdy go słabo bronią. Gdy zaś para garści jest — nie trudno i o przyniesienie maszynki...
 Grzesiak tylko pokręcił głową.

 — No, niby tak! — mruknął. — Lecz przecież kule latają?