Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nagle tuż za wsią rozległ się odgłos trąbki, a w chwilę później zabrzmiała wesoła piosenka żołnierska. Chłopi spojrzeli w pole. Nadciągał nowy oddziałek.
Prowadził go młodziutki oficer, dzieciuch prawie, ale z twarzy biła mu jakaś troska i powaga, na piersiach zaś miał odznakę walecznych. Za oficerem maszerował oddziałek, złożony z samych dzieciaków — chłopaków od 14 do 17 lat.
Bladzi ze znużenia, zakurzeni, w wyszarzałych i podartych bluzach i butach, szli jednak, twardo wybijając krok, z wesołemi słowami piosenki na ustach. Niektórzy mieli na czapkach i bagnetach bukieciki z kwiatów polnych. Oczy wszystkim tym „żołnierzom“ śmiały się, twarze mieli rozpromienione.
Oficer zatrzymał oddział w sprawnym szyku, a sam zbliżył się do gromady gospodarzy wiejskich i, salutując po wojskowemu, zwrócił się do nich:
— Gospodarze! Idziemy bez wypoczynku i strawy od świtu, a tu już zmierzch prędko. Proszę o rozmieszczenie żołnierzy po chałupach. Nic nie potrzebujemy oprócz dachu nad głową i wody ze studni. Strawę mainy w plecakach.
Chłopi, widząc oficera z krzyżem na piersi, zdjęli czapki i odpowiedzieli chórem: