Polowanie na jarząbki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Polowanie na jarząbki
Pochodzenie Polowanie na reny
Data wydania 1938
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ“
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


POLOWANIE NA JARZĄBKI



Przez kilka dni Krasuski chodził jak struty. Przelot jesienny ptactwa skończył się, a wraz z nim urwały się roboty w warsztacie. Bezczynność zwiększyła tęsknotę. Nie mógł czytać książek, gdyż lada napomknienia o ojczyźnie, o życiu innym, budziły w nim ból, palący do szaleństwa. Na szczęście przyszedł Jan, zajrzał przede wszystkim do jurty Aleksandrowa i zaraz wpadł z góry na skwaszonych i markotnych przyjaciół:
— Co się stało! Nosy pospuszczaliście!... Siedzicie na smutku, jak kura na jajach... Przychodźcie do mnie... Taka u mnie tam piękność... Całe góry w koralach, w złocie... Jagód moc. Położysz się, to, nie ruszając się z miejsca, syt wstaniesz. Na gałęziach jarząbki, jak indory, a cietrzewie, jak konie... Wypijcie po „riumieczce“ i chodźcie! — Stuknął w tabakierkę i wyciągnął ją do nich.
Nihorski, który się w czytaniu zagłębił, głowę na krótko od książki uniósł, Aleksandrow mruknął coś niewyraźnie, ale skusić dał się jedynie Krasuski.
— Może jeszcze kto? Może Pietrow, albo Samuel?!
— Nie, nie proś nikogo, panie Janie!
Pan Jan po stracie miejsca w szpitalu przeniósł się nad rzekę. Tam w miejscowości Burunuk, o milę od miasteczka, dał mu jeden z krewnych żony starą jurtę na mieszkanie. Tuż za jurtą wznosiła się wysoko stroma góra, do połowy porosła modrzewiowym lasem i gęstym brzeźniakiem. Przed jurtą rozścielała się obszerna łąka, którą, podobnie jak u przewozu, oddzielało od rzeki pasmo lasu i nieprzebyte smugi splątanej łoziny. Na łące w różnych miejscach błyszczały tafle zamarzłej wody i lśniły się mokradła. Duże, długie, jak łacha rzeczna, jezioro wiło się wzdłuż gór tuż u ich podstaw. Gdy nazajutrz myśliwcy wyszli z jurty o świcie, Krasuski nie mógł wstrzymać wesołego okrzyku:
— Dzień będzie, panie Janie, jak złoto!
Powódź płytkiej białej mgły zalewała łąkę. Drzewa, krzewy, stogi wystrzelały zeń, niby ciemne wyspy, a w dali pas lasu czerniał, niby brzeg. Nad mgłą wisiały przejrzyste obszary zimnego, wysrebrzonego brzaskiem powietrza, zamknięte szafirową kopułą nieba z kruszynkami pobladłych gwiazd. Wschód zwolna rozpalał się szkarłatną zorzą o złocistym podbiciu. Ale blask jego jeszcze mało gdzie przeniknął. Na górach, po wądołach i jarach tuliły się szare resztki nocy, przedmioty nie rzucały jeszcze cienia, i okolica leżała bez dźwięku i ruchu, niby istota budząca się ze snu, która już oczy szeroko otwarła, ale której nie opuściły senne marzenia.
Dróżką suchą i podmarzłą wyszli myśliwcy na jezioro i pobiegli, śliżgając się, po przejrzystym zielonawym lodzie. Spod nóg im przeglądały długie zwoje wodorośli. Broń i cały rynsztunek myśliwców, dobrze dopasowane do ciał, nie ruszały się, nie brzęczały, więc posuwali się cicho, jak widma. Czasem w ciemnej głębi pod nimi zapalił się cały snop iskier chyżo uchodzącego stada spłoszonych rybek; niekiedy tuż pod nogami spostrzegali potworne głowy wodnych olbrzymów: kamienne czoła, rozdziawione pyski, tarcze oskrzeli, ruszające się w miarowym oddechu, i okrągłe bursztynowe oczy, utkwione w nich z niezmiernym zdziwieniem. Pan Jan groził im pięścią, a one leniwo ruszały czerwonymi płetwami, obracały się doń ogonem i nikły w lesie wodnych porostów. Długo po tym lilie i rzęsy, potrącone przez nie, drżały niespokojnym, wężowym ruchem.
Myśliwcy skierowali się ku górom, na których zwolna wyświetlały się lasy, gaje, oddzielne drzewa, urwiska i złomy.
— Wiem tu jeden wąwóz, gdzie jarząbki zawsze się trzymają. Pędzimy je spoczątku w górę, a później w dół. Całe wystrzelamy stadko, jeżeli pójdzie dobrze... A tylko: cur! nie chybiać — pouczał Krasuskiego Jan.
Gęste, sękate krzewy górskiej łozy wypełniały dno wąwozu a spadziste boki porastał wysoki modrzewiowy las. U gardzieli wąwozu rozeszli się. Jan poszedł lewym bokiem roztoki, Krasuski pozostał na prawym i zaczął poważnie przeglądać zarośla. Słońce złociło konary rosnących na szczycie drzew, ale wgłębienie padołu, strome zbocza obrzucały gęstwinę popielatym cieniem. Zmieszana z nim sieć szarej łoziny tworzyła dymkę, w której nawet wprawne oko Krasuskiego błądziło w rozpaczliwej niepewności. Już myślał, że niczego nie ma w gąszczu, gdy na sygnałowy do pochodu świst Jana, jeden z sęków dziwnie ruszył głową. Krasuski zamarł w bezruchu i utkwił wzrok w to miejsce. Na gałęzi siedział jarząbek i patrzył nań rubinowym okiem. Ale strzał był nadzwyczaj trudny, gdyż ptaka ledwie, że widać było w małym okienku kapryśnej splątanej wikliny. Myśliwiec pochylił znacznie głowę, by rozejrzeć się, czy nie można podejść z innej strony, gdy nagle tuż przed nim pobiegł drugi ptak po zwisającej nad ścieżką gałęzi i z wyciągniętą szyjką zatrzymał się na jej końcu. Jednocześnie dostrzegł trzeciego, czwartego, całe ich stadko, jak wstały i wyciągnęły główki. Niepodobna było zwlekać dłużej ani chwili: szybko zmierzył się i strzelił. Trafiony jarząbek wyleciał do góry i spadł, jak kamień, w zarośla; reszta odleciała furcząc i błyskając jasnym podbiciem skrzydeł. Nim nabił broń i dostał zabitego w gąszczu, strzelił Jan i znowu furknęło, zabielało w krzewach, już wyżej nad ich głowami. Krasuski, nie spuszczając oczu z miejsca, gdzie zapadło stado, przedzierał się ostrożnie bokiem, a z drugiej strony równolegle szedł Jan; starali się strzelać razem, dając sobie znać, gdzie są, stłumionym gwizdaniem. Nie dochodząc do głowicy wąwozu, Jan krzyknął Kraususkiemu, aby wdarł się na zbocze i obszedł górą stado. Zeszli się na przełęczy. Pan Jan był ogromnie zadowolony, dziesiątek ptaków wisiał mu u pasa.
— A co? Zuchy jesteśmy! Zato sobie wypijem „riumeczkę“? A co to pan zwierzynę psuje? Czy to się godzi? Widziałem jakeś pan podbił jednego, a on poleciał. Pudłować, tak pudłować, a bić, tak bić! A to on teraz opowie towarzyszom i wyprowadzi ich z wąwozu... Ani chybił, wyprowadzi!... Pan się śmieje!... Niech pan się śmieje, bo tak!... A z powrotem trzeba będzie iść bardzo ostrożnie i nie dalej, jak do połowy wąwozu... Te ranione to są płochliwe, o ile nie zdechną. Obchodząc, trzeba wedrzeć się wysoko, bo gdy na dół lecą jarząbki, to lecą dalej. Jeśli nam trzy razy strzelić dadzą to dobrze... A kiedy skończymy i z nimi, to się napijemy herbaty tu, na tym samym siodle... A co? Widzi pan, jak panu teraz wesoło z oczu patrzy. Mówiłem: co las, to las! Całkiem byś u mnie zamieszkał, to byśmy sideł na zające i łuków postawili ze dwie setki i żylibyśmy sobie, przyśpiewując... Siecibyśmy zarzucali na tych durniów, co to spod lodu gapili się na nas... Doprawdy!...
— Nie pozwolą, nie puszczą mię z miasta. A głównie ty, panie Janie, miałbyś kłopot z policją...
— Co mi zrobią? Wyślą mię? Alboto ja nie wszędzie król! Tylko mi trochę dzieciaków żal i starej... Bo zaco oni?!
Targnął sumiastego wąsa, a po twarzy przesunął mu się cień smutku. Westchnął.
— Ho! ho! ho! Były czasy! Tyle strachu co w czapce. Czapkę na głowę włożysz i już się nikogo nie boisz... Chodźmy już, chodźmy, panie Krasuski, bo jarząbki namyślą się i jeszcze uciekną!...
Gdy z powrotem pędzili stado w górę wąwozu, resztka jego, poraniona i wystraszona, zerwała się, wzbiła ponad zarośla i poleciała na przełęcz. Śladem ptaków wdarli się na nią i oni. Już pan Jan zażył tabaki i rozglądał się za miejscem, dogodnym na ognisko, gdy nagle twarz mu się naperzyła i, nie zamknąwszy nawet tabakiery, broń co prędzej do twarzy podrzucił. Krasuski myślał, że niedźwiedź, i też broń od nogi w górę porwał, lecz wcześniej, nim spostrzegł, o co chodzi, huknął strzał, a potem nie mniej głośno od strzału kichnął wesoło pan Jan.
— Phu! A to los! Pierwszy raz w życiu z taką tabakierką w garści strzelam. Nawet tabaki wysypało się maleńko!
Na pochyłości, po drugiej stronie skalistego złomu, trzepotał się i staczał na dół piękny czarny cietrzew, drugi leciał nad doliną, szeroko rozpostarłszy loty. Wypadek ten ogromnie zwiększył dobre i bez tego humory myśliwców. Jan sypał przysłowiami jak z rękawa, niecił ogień i przyrządzał herbatę, a Krasuski z uśmiechem skubał przeznaczone na pieczyste jarząbki.
— Życie, panie, nie but, nie uszyjesz go wedle upatrzonego kopyta... Chcesz tak, a to wyjdzie inak... Ale tym się bardzo martwić nie trzeba, bo zawsze coś wyjdzie. Na przykład: wygnali mię ze stróżostwa. Zdawało się, — Kaput, przepaść... Tymczasem żyję sobie, buty urzędnikom łatam... Wczoraj półtora rubla dał mi isprawnik za podzylówki... „Niech, mówi, będą... warsiaskie...“ „Warsiaskie”, odpowiadam, „są honorne“, wymagają poczęstunku“. Nalał mi kielich z karafeczki co u niego w rogu na stoliku stoi, i sam do mnie przypił... „A co, pyta, koń Aleksandrowa u ciebie?...“ — „U mnie panie“... — „A czy prędko zabiorą go oni do miasteczka?...“ — „Nie wiem, panie“... — „Dobrze. Kiedy wezmą, to mi przyjdziesz i powiesz!“ Milczę, patrzę na niego, aż poczerwieniał. „Tego wasza wysoka szlachetność ja nie zrobię“... — „A dlaczego?“ „Bo to... nie po warsiawsku!“ Rozśmiał się, nalał mi drugi kieliszek. „Zuch jesteś“, powiada, „kiedy co zabijesz, przynieś mi...“ Zaniosę mu cietrzewia. Lubi mię i dobrze zapłaci... A wygnać mię bez przysięgi ze stróżostwa musiał, bo na to jest naczelnikiem. Na to postawion, żeby skłaniał w swoją stronę, ale człowiek wolen albo nie wolen podłość zrobić... Co się pan tak zamyślił?... Pan nie słyszy?!...
Krasuski patrzał na śmiejąca się pod nimi w słońcu dolinę. Gęsty, pożółkły brzeźniak pozłacał jej boki, wyżej piętrzyły się porudziałe modrzewie, a dnem samym szła ciemna pręga olszniaku i łoziny. Tu i ówdzie krwawiły purpurowe plamy głogów i dzikiej myliny, a wszystko zamykała sina toń zamarzłego jeziora, oramiona w ciemne dale lasów. Łańcuch szarych gór i błękit nieba zamykał widnokrąg.
— A co, panie Janie, gdyby tak... broń na ramię zarzucić i pójść sobie ot, tak, gdzie nogi poniosą... Coby było?...
— Teraz?! W zimie?
— Choćby teraz!
— To pan nie wie, coby było? Rozdziobałyby wrony i kruki i zjadłyby wilki! Ej, panie, panie, niedobre panu po głowie myśli chodzą... Znowu narobicie, widzę... bigosu!
Spojrzał żałośnie na smętną i zniechęconą twarz młodzieńca.
— Posłuchaj pan, lepiej opowiem panu, jakem zakochał się w Rosjance, bo i między nimi bywają słodkie, serdeczne kobiety...
— O nie, nie trzeba!...
— Więc co?
— Lepiej co innego...
— To chyba opowiem, jak my, Polaki, już tu, na Jakutskiej Obłasti zrobili bunt. Nas, widzi pan, z początku osiedlili na południu gubernii. Dużo nas przyszło, młode chłopcy, wszystko z wojska... Ale nas rozsiedlili po jednemu po Jakutach, zabronili się widzieć. Nazwyczajony do kompanii, bardzo z początku tęskniłem... A tu jeszcze jeść dają, Bóg wie, jakie ochłapy, ani kupić, ani dostać... Broni nie ma, Jakuci pilnują, nieledwie za próg boją się wypuścić. Obiecali nam w mieście dawać posobia: pud mąki i trzy ruble pieniędzmi, ale czekam miesiąc — nie ma, czekam drugi — nie ma... Tymczasem mój gospodarz, taki sobie, mały książę jakucki... kilka razy był w mieście i powiadał, że do policji chodził, ale mu zawsze to samo gadali: nie ma asygnówki! Tylko mi się to podejrzane zdało, bo w oczy mi prosto nie patrzał i bardzo starał się mię uspokoić: Mówię: sam z tobą do miasta pojadę. — Do miasta powiada, nie można! — Więc do towarzyszy mię prowadź!... — Też nie można! — Pytać się ciebie nie będę! — Więc idź sam, jeżeli chcesz, niech cię niedźwiedź zje.. albo w błocie utoniesz!.... Racja, las głuchy, drożek dużo, a byłem nienawykły jeszcze do jakuckiego lasu, bałem się go. Jakuci drogi nie chcą pokazać. Udałem, że już o tym nie myślę. Ale śledzę tymczasem, jaki kierunek biorą Jakuty, co jeżdżą do miasta. Zauważyłem, że na drodze tej jest o kilkanaście sążni zacios na drzewie... Zapamiętałem to i jednego dnia, kiedy mi już bardzo dokuczyła tęsknota, wyczekałem, jak sobie Jakuci do roboty poszli i po tej drodze machnąłem prościuteńko. Przeszedłem wiorst kilka, widzę, znowu łąka, jak moja, pośrodku stoi jurta. Miarkuję, czy wejść do niej, czy nie, aż tu wychodzi z jurty Franek Łoźniak, towarzysz! Ażem krzyknął z zadziwienia, tak blisko ode mnie był, a nie wiedziałem. On też ucieszył się bardzo. Rozmówiliśmy się. Ten sam ma kłopot, co i ja. Posobie nie przychodzi. Jakuty dokuczają, ochłapami karmią, robić nic nie dają, chodzić dalej, jak na brzeg lasu, nie pozwalają, a że Franek był ode mnie dobrzejszy, to mu nawet wymyślają. Wtedy rozgniewałem się. Kiedy tak, to chodźmy do innych. Pewnie wszyscy niedaleko mieszkają. I poszliśmy. Stamtąd znowu dalej. Zebrała się nas cała gromada. Poszliśmy kupą do Uprawy gminnej. Powiadają nam, że nic o naszym posobiu nie wiedzą. Było nas z piętnastu. Karmić nas nie mieli czym. Dali na niewód, nałapaliśmy moc karasi w jeziorze... Najedliśmy się do syta, jeszcze Jakutom zostało. Poszliśmy do miasta, wprost do gubernatora... Ten się przestraszył: kozaków przyzwał, otoczyć nas kazał, ale wyszedł. I cóż się okazało: że nam dawno już mąkę i pieniądze wysyłali z urzędu, ale zabierała wszystko policja. Z kniaźkami jakuckimi rachunki mieli, kwity podrabiali... Tak przepadło po kilkanaście naszych rubli... Gubernator obiecał, że nam oddadzą, ale zamiast tego poprowadzono nas do więzienia... Porozwozili nas potem po jednemu znowu po ułusach, a czy dotrzymali słowa, nie wiem, bo mnie to, za ten niby bunt wysłali zaraz aż tutaj z drugim towarzyszem, cośmy obaj z gubernatorem głównie gadali. Tutaj on został w mieście, bo był ze szlachty, a mnie wysłali do ułusu, jako prostego człowieka... Wkrótce on powrócił i, odjeżdżając, przysłał mi dubeltówkę, którą tu kupił... Wtedy to ja nauczył się polować... a potem ożeniłem się, kiedym nadzieję powrotu stracił do cna... Choć żona moja jest Tatarka, ale zawsze mam rozrywkę, nie to, co samemu... Taka była moja dola... Gdyby można, jak pan powiada, broń na plecy i... gdzie nogi poniosą, tobym dawno poszedł, ale tego nie można, bo to to samo, co sobie w łeb strzelić. Na świecie się jeszcze podoba!... Pan to wie! A?... Więc czekałem jakiego manifestu... Manifesty szły, ale mnie nie tyczyły, zapomnieli o mnie pewnikiem... Pisałem, robiłem podanie i do gubernii i do ministra, ale zawsze odpisywali mi, że nie wiedzą, kto jestem, że papiery moje w Jakucku spaliły się w pożarze archiwów... Ale teraz, kiedy przysięgać, to sobie przypomnieli... Takie to są Moskale!
Westchnął, ale zaraz po tym zerwał się na nogi i wesoło huknął:

Czas do domu, czas,
Zabawili nas.

I zaczął składać manatki. Znaleźli jeszcze jedno nieduże stadko jarząbków: Gdy na niedługo przed zachodem słońca spuszczali się z gór na dolinę, pasy, obciążone zdobyczą, mocno im wrzynały się w biodra. Pan Jan szedł, niby w wianku z pierza. Zabił dwadzieścia sztuk, a Krasuski zabił ich dwanaście. Zatrzymali się na łysawym zboczu podgórza, zasłanego koralowym kobiercem dojrzałych borówek. Dokoła kędzierzawe brzózki drżały złotymi liśćmi w podmuchach zrywającego się wietrzyka, z konarów kołyszących się nad nimi modrzewi sypało się rdzawe igliwo, purpura opierzchłych od mrozu krzaków głogowych pałała szczególnie jaskrawo w promieniach zachodu. A wysoko nad ich głowami u skalistego, wysterkającego nad lasem zrębu wiła się z kwileniem para pstrych sokołów.
— To na szczęście! — rzekł Jan, kiwając na drapieżników — myśliwce żegnają myśliwców!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.