Pod włoskiem niebem/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.

Napróżno przez Bartola Milanese i innych wysłańców starał się dowiedzieć Jan o Pepicie; próżno ozdrowiawszy sam Rzym i Transtevere z niebezpieczeństwem życia przebiegał, zaglądał do okien, ścigał kibić podobną, ruchy zbliżone do wdzięcznych poruszeń dziewczęcia, nigdzie jej niebyło.
Nieopuszczał jednak mieszkania, zawsze w nadziei, że Pepita gdy będzie mogła, poszuka go w znajomem już sobie miejscu. Gałązka zeschłego jaśminu i niezgojone jeszcze rany jedyną mu pozostały po tak krótkiej miłości pamiątką. A! i obraz dziewczęcia tem cudniejszy, tem wdzięczniejszy, że go złotem na tle niebieskiem marzenia wyobraźnia wymalowała, zdobiąc co dzień, strojąc wszystkiem co gdzie, choćby w żądzy swojej znalazła.
Nadeszły tymczasem miesiące jesieni i Roma powolnie zaludniać się zaczęła, ulice roić powozami, czerwienieć liberją porporati’ch, ćmić narodem artystów powracających ze swych wycieczek do Neapolu, Florencji lub Herkulanum. Przybywali Anglicy, Niemcy, Rosjanie, Francuzi, jedni wabieni arcydziełami mistrzów, pędzlem nieśmiertelnym Rafaela i dłutem Michała-Anioła; drudzy zaciekawieni wielkiemi religijnemi obrzędy, inni wreszcie przez próżniaczą obojętność, co szuka sama niewie czego, i rzuca się na wszelką nowość. W tych ostatnich nic się na widok Rzymu nie poruszyło; chcieli jeść śniadanie w Katakombach, chcieli głośno rozmawiać w Bazylice Św. Piotra, lornetowali w czasie mszy Sykstyńskiej kaplicy, płacili kopaczom za mniemane starożytności i w końcu powiadali, że Rzym ma przesadzoną wcale reputację.
W narodzie artystów, inne myśli, inne życie! O poczciwy to naród, sercem młody zawsze, głową stary, uniesieniem dziecinny, a poczciwy, a poezją przerosły!
Ma wprawdzie wady, ale któż wad niema? Wady jego wszakże najczęściej ze zbytku jakiegoś szlachetnego przymiotu pochodzą. A któż lepiej, kto pełniej pojmuje świat od artystów prawdziwie imienia tego godnych? Dla nich materja w fenomenach swych objawów nie ma tajemnic, nauka też obcą im być nie może, dzieje, wszystko co ludzkości dotycze przyswoić sobie muszą; głęboka wiara i wielostronna wiedza skojarzyć się powinne na artystę, uczucie i rozum; dodajcie tę potęgę twórczą, której ciągłe wcielanie myśli nową nadaje siłę. Patrzcież jak im przy ubóstwie i źle ukrywanej wzgardzie jaśnie wielmożnego świata, wesoło jednak i dobrze! O! bo oni ze strony prawdziwej życie pojęli. Koszulę oddadzą biednemu, życie oddadzą nauce i doskonaleniu się. A że przytem zgłodniali rozkoszy, wydziedziczeni z niej, czasem zapragną jej całą duszy siłą, czasem umrą w objęciach jakiej Fornariny! czyż ich wina? Świat przecie jałmużną choć trochę nasycenia dać im powinien za życia, gdy resztę sprawiedliwości odkłada do czasu, jak już żyć przestaną i bratać się z wielbionymi nie będzie niebezpieczeństwa! Świat filut stary wywyższa genjusze po śmierci, bo się ich już wtenczas nie boi. Za życia kazaliby sobie może uszanowaniem, czcią płacić przyznane zasługi. O! wara, z tego nic nie będzie. Zamknąć ich w cztery deski, a pamięć ukoronować. Na dobitkę powiedzą, że ani żywych osądzić sprawiedliwie nie można, ani żywym kadzić przedwcześnie, bo kadzidło psuje. Kadzidło! zapewne, ale sprawiedliwość, to potrzebne jak powietrze którem żyjemy; można wprawdzie przywyknąć do zgniłych wyziewów błota i więzienia, ale jakież tam życie!...
Otośmy teraz na poddaszu u artysty. Ogromna izba potynkowana i pobielona tylko, urządzona umyślnie na malarnię, z dachu okno światło rzuca potężne, światło, ten pierwszy malarstwa pierwiastek. — W ciemnych kątkach dwa łóżka, ale znać po nich, że nie spać, nie spoczywać przybyli tu artyści, bo łóżka ledwie przed wieki posłane i potem już zapomniane raz na zawsze. Na murach prócz półek ze słoikami, flaszami itp. z kilką książkami o sztuce, o dziejach, same studja, szkice, głowy i schnące podmalówki obrazów.
Tu studjum ze starca, tam głowa bryganta, to uśmiechające się oblicze dziewczynki na pół nagiej, na pół dzikiej; dalej kawałek kopji z fresku, karton kompozycji, podmalówka obrazu. Na ziemi obmoczoną chustką owinięta makietka i ebauchoir: — a dalej jeszcze dwa trójnogi, dwa krzesła i dwa płótna, na w pół założone. Na jednem z nich pejzaż z okolic Neapolu z grupą malowniczą ludu słuchającego Improwizatora (myśl Leopolda Roberta) — na drugiem Neron w Cyrku uganiający wozem w tumanach pyłu, ogromna kompozycja, zuchwałego jak wszyscy młodzi malarza, który kilkaset osób rzucił w płótno i kazał im żyć, ruszać się, krzyczeć i plaskać w ręce Cezarowi — artyście! Okropne szyderstwo — i późna zemsta sztuki nad Cezarem!
Dwa towarzysze i mieszkańcy poddasza, to Francuzi, dejux prix de Rome, jak ich tam nazywają, serdeczni przyjaciele, może dla tego, że przeciwnych jak dwa bieguny charakterów.
Antoine Grieux i Bernard Cochin — wyszli razem z nadzieją sławy i żądzą widzenia Rzymu, poznali się w drodze dopiero, ścisnęli dłonie, pomięszali tłumoczki i myśli, w jeden wsypali dwa worki i tak żyją już dwa lata. Antoine Grieux ulubieniec pana Ingres, surowy rysownik, głęboki w pomysłach, pełen mistycznej aż czasem religijności, ostrzyżony krótko, ogolony do włoska, zapięty na wszystkie guziki, wierzy w sztukę poddaną religji, służebnicę entuzjazmu. — Bernard Cochin, kolorysta, nie wiele dbający o prawdę form, byle miały wdzięk, przekładający efekt nad wyraz, lubiący kompozycje tłumne, prawiący ciągle o liniach, o rzutach świateł, mocny w technice sztuki — kocha Rafaela; Antoine Grieux woli Angelico da Fiesole, Perugina i unosi się nad naiwnością Łukasza z Lejdy i Van Dycków. Bernard nosi brodę a tous crins, włosy długie rozgarnione na czole, wąsy, aksamitny surdut, pąsowe czasem szarawary, kapelusz dziwacznie spiczasty i ogromną laskę w ręku.
Oba zresztą najpoczciwsi ludzie, najzapaleńsi, w swej sztuce zamiłowani — artyści. Widok arcydzieł ich zachwyca, widok pięknej natury unosi, wielki czyn zapala. — Ale Bernard zarówno cenić umie w swem miejscu i czasie Angelica i Łukasza upodobanego Antoniemu, i Rafaela i Michała; gdy Antoine, jak wszyscy ludzie głębokiej wiary mniej tolerujący, zarzuca kochankowi Fornariny wdzięk bez wyrazu, brak uczucia religijnego, zwrot do pogańskich sztuk pierwiastków itd.
W tej chwili z cygarami w ustach, Bernard i Antoni siedzą w dwóch rogach izby. Bernard czyta Vasarego, a Antoni Danta.
Słysząc powolne kroki na wschodach, oba przerwali czytanie.
— To nasz Polak — rzekł Bernard idąc ku drzwiom; — obiecał dziś być u nas. Un bien pauvre homme!
— Namiętność go pali — odrzekł Antoni. — Wiesz, kocha się w jakiejś Włoszce, która mu zginęła.
— Biedny! dla czegoż bo lepiej nie kocha wszystkich Włoszek razem, jak ja naprzykład, co zarówno przyciskam do bijącego serca Annuncjatę, Charitę i ognistą naszą Bachantkę — Pepitę.
Que voulez-vous? tous les gouts sont dans la nature!
— Zdanie które podzielam; ale co nie naturalne, to stałość gustu.
— U ciebie.
— O! jam szczery; inni toż samo robią, choć się nie przyznają, to na jedno wychodzi. — Antoni się uśmiechnął i rozmowa przerwała, drzwi bowiem otwarły się, wszedł Jan. — Ale jakże zmieniony, jak blady, jak smutny, jak pochylony tą miłością, która wprzód bezprzedmiotowa gorzała, potem wybuchła dla Pepity, teraz dwojako silna jadła biednego człowieka.
Bernard i Antoni żywo postąpili ku niemu, z umyślnem weselem na czole, weselem litościwego serca, które chce pocieszyć, choćby go to najdrożej kosztować miało.
On przyjął wesele jak jałmużnę i nie chcąc swoją żałobą smucić drugich, rozjaśnił także czoło, choć z przymusem i ciężkością...
Naturalnie rozmowa się zaczęła o Francji, o sztukach, potem o Rzymie, ale Jan który dawniej wszystko czuć i pojmować umiał, teraz egoistyczną pasją, rozdrażnioną namiętnością ogłupiony, ledwie znajdował wyrazy na odpowiedź nieznaczącą. — O! nic tak człowieka nie zabija na umyśle, jak gryzące wspomnienie szczęścia które miał w ręku, którego mógł dostąpić, a które mu się wyrwało jak ptak, gdy go w gniazdku przydybią i dłoń już do skrzydeł jego dotkną. — Człowiek się smaga myślą własną, powtarzając sobie: — Sameś winien! — Taki był właśnie stan Jana.
Nieruchomy siedział przed obrazem Bernarda, wyobrażającym Nerona w Cyrku, i osłupiałem okiem wpatrywał się weń. — W tem odwrócił głowę, wzrok jego zatrzymał się na przeciwległej ścianie chwilę, powstał, zatrząsł się, zachwiał, i niewyraźnym, stłumionym głosem zawołał:
— Co to jest? co to jest?
To mówiąc wskazywał na portret wiszący w ciemnej części poddasza.
Portret ten wyobrażał młodziuchną dziewczynkę: — sparta na łokciu wyglądała z okna zarzuconego pąsową aksamitną draperją ze złotą frędzlą. Smutek malował się na jej twarzy bladej, oczy zdawały się od łez czerwone, maleńka rączka podtrzymywała białą chustkę, rzekłbyś, od łez mokrą. Strój zbliżając się do pospolitego stroju ludu, był jednak wytworny i bogaty — giętka, dziecięca jeszcze kibić dziewczęcia obwieszona była błyskotkami. — Na szyi perły z staroświecką zapinką, na głowie szpilka z kameem w oprawie bogatej, u uszu kolce długie z perłami, na rączce złocisty wąż i dwie inne bransolety. — A na twarzy — mój Boże! mimo wyrytych lat piętnastu, tego wieku wesela, rył się widoczny smutek, czytałeś ślady łez — oczy nieco wpadłe, policzki wklęsłe trochę, czoło przysłonięte mgłą zamyślenia ponurego.
To była Pepita! pomylić się niepodobna — to ona była — ona. Tylko dla czegoż tak bogato strojna? dla czego tak smutna i smutkiem zestarzała?
Gdy Jan spytał wskazując portret: Co to jest?
— Bernard i Antoni spojrzeli razem ku portretowi i Bernard pierwszy rzekł żywo:
— A! miałbyś ją znać?
— To ona! to ona! — zawołał Jan biegnąc ku ścianie — to ona!
— Twoja kochanka — rzekł Bernard — rozumiem.
— Kto z was ją malował? gdzie ona? powiedżcie mi na Boga?
— Będziesz wszytko wiedział, siadaj, słuchaj i słuchaj spokojnie — odzyszczesz ją. — Ona tu jest, tu w Rzymie, ale ukryta przed oczyma wszystkich, ale biedna zaprzedana!
— Gdzie — gdzie! komu? zaprzedana powiadasz?!
— Na Boga, cierpliwości trochę. Ona płacze za tobą, odzyskasz ją.
— A! splamioną, sprzedaną... — łamiąc ręce wołał Jan.
Bernard milczał.
— Co się stało — dodał po chwili — temu dajmy pokój. Myślmy o przyszłości. Chcesz się o niej dowiedzieć, posłuchaj. Niedawno zwiedzałem niektóre pałace możnych Rzymian, dla widzenia w nich fresków i obrazów. Wskazano mi dom Signora Maledetto, jako skarbnicę najciekawszych pamiątek, ale razem uprzedzono, że trudno do nich dostąpić. Maledetto — nie wiem dla czego to nazwisko czy przezwisko noszący, nie jest potomkiem żadnej wielkiej rodziny; dorobił się on ogromnego majątku Bóg wie jakiemi tajemniczemi sposoby. Jedni mówią, że sprzedawał podrabiane obrazy i medale w młodości, drudzy... gorzej jeszcze. Potem począł pożyczać na zastawy, założył biuro bankowe, kupił z licytacji piękny pałac na Strada Corso i zaczął nabywać obrazy, posągi. — Posiadając jeden z najpiękniejszych gmachów Rzymu, zebrawszy w nim najciekawsze pamiątki, jakie jeszcze we Włoszech nabyć było można, arcydzieła niezachwianej autentyczności, Andrea Maledetto nie zmienił dawnego sposobu życia. W pałacu on jeden mieszkał, bez dworu, ludzi, bez wystawy. Na dole jego biuro bankowe, na górze on sam z arcydzieły i skarbami. Dodają, że do widzenia swych drogocennych pomników sztuki nikogo prawie nie przypuszczał. Maledetto stary już jest i prawie zgrzybiały. Życie pracy, nędzy, skąpstwa, złamało go i zużyło może przed czasem. Głowa łysa, ogromna na suchem wznosi się ciele, drżące nogi, długie kościste ręce — w czasie dwoje oczów krwią zabiegłych, usta paralitycznie skrzywione, policzki zmarszczone jak jabłko pieczone: Oto on!
Strój jego wytarty, biedny. — Sam dla siebie jest wszystkiem: panem, sługą, dworem i przyjacielem. Jeden stary stróż i jeden pisarz składają całą ludność ogromnego pałacu. Maledetto sam zajmuje się wszystkiem, klucze nosi przy sobie, bankiem zawiaduje, przyprawia swoje macaroni, czyści obrazy, liczy pieniądze — i dla odzyskania kilku karlinów, pieszo idzie na drugi koniec miasta. Dodaj, że nie ma ani krewnych, ani znajomych nawet od serca, z nikim nie żyje, choć wielu przypytać by się do niego chcieli.
Jak i gdzie Maledetto poznał Pepitę, nie wiem. Zapewne na schyłku życia zachciało mu się skosztować jedynej jeszcze nieznanej rozkoszy, i ten szkielet obrzydły kupił dziewczynę...
— Mów, mów dalej! — zakrzyczał Jan — wnętrzności mi się rozdzierają... prędzej mów, prędzej!...
— Zachwalono mi zbiór obrazów i marmury Andrea Maledetty. Ale jak się tam dostać? jakim pozorem? Stary Cicerone znający się ze stróżem pałacu zapewnił mnie, że Andrea dnia jednego wynijdzie na przedmieścia po pieniądze, i że kupiwszy starego Lamberta posługacza, ten mi pozwoli przebiedz galerję Maledetty. Z południa więc dnia jednego — idę. — Lamberto, godny swego pana sługa, stary łachman człowieka, wytargowawszy się ze mną, poprowadził mnie na górę. Byłem w zachwyceniu! A! co arcydzieł! Wiele obrazów, których doskonałe kopje pod imieniem oryginałów Rafaela, Guido Romano, Andrea del Sarto, Dominiquina, Guido Reni, pojechały do Anglji i zdobią Muzeum narodowe w Londynie, tu się w prawdziwych oryginałach znajdują. — Mnóstwo marmurów, bronzów dawnych, etrusków. — Stałem osłupiały, bo prócz Watykańskiej żadnej jeszcze tak bogatej kolekcji nie widziałem. Nie wierzyłem oczom. Przebiegłem oszalony wielością skarbów nagromadzonych, dwie czy trzy sale. Na końcu w pół otwarte drzwi uchylam i widzę...
— Pepitę! — zawołał Jan.
— Właśnie, siedziała w oknie smutna, strojna jak posąg Madony, obróciła się ku mnie z podziwieniem, popatrzyła, a w tem nielitościwy Lamberto drzwi mrucząc zatrzasnął.
Jakkolwiek nie obojętny jestem wcale na wdzięki kobiece, a Pepita zachwycająca, więcej mnie jednak w tej chwili zajęły arcydzieła — bom przedewszytkiem artysta. Stałem niemy przed wyborną kopją św. Cecylji Rafaela przez Giulio Romano i nasycić się nią nie mogłem.
W tem czuję, że Lambert ciągnie mnie siłą ku drzwiom — opieram się nieprzytomny, słychać kroki na wschodach. — Lambert z rozpaczą szarpie mnie — wchodzi Maledetto. Wszedł i wprost jak na złodzieja rzucił się na mnie; myślałem że mnie udusi — Lambert mu pomagał.
— Co on tu robi? co on tu robi? — krzyczał trzęsący się ze złości Andrea.
— Wszedł gwałtem, wcisnął się, napadł — odpowiedział Lamberto.
— Złodziej — dodał Maledetto — złodziej. —
Ledwiem się mógł wydobyć z jego uścisku silnego i wytłumaczyć. Ale próżno zwalałem winę na Lamberta, który zajadle mi przeczył i dowodził, żem wszedł napaścią. Bał się chleba utracić.
— Jestem malarz, artysta, — rzekłem w końcu do gospodarza — każecie mi, wyjdę, ale co w tem złego żem zobaczył skarby wasze?
— A prawda — mimowolnie wyrwało się Maledecie — że skarby mam. — I oczy mu się zaiskrzyły.
— O! arcydzieła.
— I wyście malarz? — zapytał trochę udobruchany.
— Jestem malarzem.
Zamyślił się. —
— Robisz portrety? zapytał znowu.
— Robię — odpowiedziałem, bo jużem się nieco domyślał, o co mu szło.
— I podjąłbyś się zrobić mi... — tu się zatrzymał.
Wskazałem ręką na drzwi pokoju, gdzie była Pepita. Stary zapyrzył się, zaczerwienił i rzucił na Lamberta, którego wypchnął za drzwi: — Precz, precz! ani noga tu twoja niech nie postanie! Widział ją! widział.
— Widziałem ale przypadkiem — odrzekłem. — On stał chmurny i niespokojny. —
— Zrobicie mi jej portret?
— Dla czegoż nie?
— Na swojem płótnie, swojemi farbami.
— Chociażby.
— A za to pozwolę widzieć wszystko co mam, bo mam daleko więcej jeszcze. Poczciwy Lamberto, — zawołał miotając się — on sobie przedawał moją galerję, pokazywał ją, okradał mnie. — I chwyciwszy mnie za rękę nagle wyprowadził, a raczej wyniósł z sali, goniąc Lamberta, bo mu na myśl przyszło, odebrać staremu stróżowi, co wedle niego mógł zebrać pokazywaniem galerji.
— Jutro, jutro — rzekł mi. — I takeśmy się rozstali. Nazajutrz malowałem portret Pepity: Maledetto był świadkiem nieodstępnym. O! gdybyście widzieli jego obejście się z nią.
— Okrutne? niegodziwe — zawołał Jan — ale ja go zabiję?
— O! bynajmniej — przerwał Bernard — prócz że jej wychodzić zabrania, jest panią i swobodną. Nie możecie wyobrazić sobie, co ona z tym starcem wyrabia! Nie ma czego by jej odmówił. Często znajdowałem go leżącego u nóg jej, z krwawemi oczyma, drżącego, konwulsyjnie targanego namiętnością... Ona go maleńkiemi deptała nóżkami...
Straszny ten człowiek przy niej był łagodnym barankiem. Słał u kolan jej perły, złoto, najdroższe błyskotki, które kapryśna Pepita rzucała czasem oknem w rozpaczy. Naówczas Maledetto leciał je zbierać na bruku, lub nawet — osłupiałem patrząc na to okiem — nie ruszał się z miejsca. Wszystko było dla niej, ona nie chciała niczego. Nieraz słyszałem ją wołającą: puść mnie — uwolń!
— O! prędzej umrę! — bijąc się w pierś stłumionym głosem odpowiadał Andrea.
— I wystawcie sobie tę parę dziwnie skojarzoną: On stary, obrzydliwy, drżący; ona świeża, młoda i tak cudnie piękna. Codzień pasąc się jej wdziękami, Maledetto żyje prawdziwie jak przeklęty, w ciągłej żądzy, rozdrażnieniu i wzrastającej rozpaczy; bo Pepita grozi mu sztyletem ilekroć przystąpi do niej...
— Pokaż mi dom Maledetty... — rzekł zrywając się Jan.
— Każdy ci go pokaże; ale jak wejdziesz?
— Siłą, zdradą, pieniądzmi...
— Niczem. Ale słuchaj, portret Pepity skończony, bierz go i odnieś Maledecie.
— O! zbawisz mnie! — To mówiąc Jan rzucił się szybko jak myśl ku ścianie; Bernard uśmiechał się pół radością, pół podziwieniem nad tym zapałem nieszczęśliwego. I zdjęli obraz ze ściany, okryli go zielona oponą; Jan nie umiejąc ani dziękować, ani czekać, w tej chwili wybierał się za drzwi.
— Czekaj! — rzekł Bernard — ale jakże dostaniesz się do niej?
— Do niej? — wszakże będę u Maledetty?
— Ale on cię do niej nie dopuści. Słuchaj więc: powiedz, żem chory i że cię przysłałem abyś poprawił i dokończył nieco zasłony i błyskotek. Oto masz pędzle, pudełko moje malarskie. Trójnóg stoi w galerji Maledetty. I szczęścia ci życzę!
Jan już był na wschodach. —






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.