Pod włoskiem niebem/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VIII.

Juanito żył wprawdzie, ale ciężko ranny, a Lazar choć z wodą popłynął, nie utonął jednak i z zadanych ran nie zginął.
Zmieniło się tylko wielce położenie wszystkich: Lazar z kochanka stał się nieprzyjacielem Pepity, postrachem Paola, prześladowcą Jana.
Nazajutrz zaraz w izdebce którą zajmował, dokoła zbroczonego, bladego, jęczącego Transteveranina, zasiedli wszyscy krewni, wszyscy przyjaciele Lazara. Na rozesłanej macie pokrytej płótnem rzuconem, leżał młody, niedawno wesół i pełen nadziei człowiek; nie bolał on nad sobą, nie stękał, nie jęczał, ani się odgrażał, milczał i syczał z bolu tylko. Stary stryj, matka, siostry, zamiast pocieszać, rozpalali jego zemstę przeciw Pepicie i Janowi.
— Zabijesz heretyka tedesca, zabijesz Lazaro, ofiarowałam votum do Panny Marji, ona ci do zemsty pomoże!
— A my ręką — ponuro rzekł stryj i brat.
— I my — szepnęły dwie siostry, w których źrenicach błyszczał ogień dziki.
— Jeźli wyżyję... — jęknął ranny.
— Jeźli umrzesz — dodał stryj zimno — ja go zabiję. Bądź spokojny.
— Lub my — rzekli drudzy.
— I Pepita zginie!
— O! Pepita! — boleśnie dokończył Lazar. — Ktoby się spodział! Ona mi to najcięższy cios zadała. Żyd powiada, że ta rana najniebezpieczniejsza.
I za tem szły przekleństwa rodziny. Jedna matka z suchem, wpadłem okiem milczała, ale twarz starej wydawała boleść i gniew nad wszelki wyraz silniejszy. Czasem w modlitwie poruszyła tylko usty, potem znowu spuszczała oczy, nurzyła wzrok w syna, którego głowę trzymała na kolanach i zgięta w pół, była jak posąg niema, jak posąg nieruchoma. Rany Lazara powolnie się goiły, powolnie zamykały się rany Jana; oba leżeli na łożu boleści, lecz jak różnie otoczeni. Przy łożu Transteveranina rodzina cała, wszyscy swoi, u węzgłowia obcego nikogo, jeden sąsiad Milanese czasem przez ciekawość się dowiedział, lekarz obojętny opatrzył ranę codzień, zachwalił pod niebiosa balsam, którym ją zalewał (bez skutku) i odszedł. Potem pusto było i mary tylko przeszłości tańcowały szatańskim tańcem rozpaczy u łoża bolejącego. A! co to za okropne wspomnienie, gdy serce wpoi się w jego niezwrotność! To nigdy nie wróci! nigdy! Straszne słowo, człowiek przed tą potęgą swojej własnej historji, jest robakiem nikczemnym. Ja nie wiem dla czego dotąd nie szaleją od jednego tego słowa: Nigdy! Przeszłość!
I Pepity nie było, i nikogo od niej.
— Zapomniała! — mówił w duszy Jan.
Gdy gorączka owładnie człowiekiem i w dwójnasób siły na uczucie boleści natęży, z jakąż mocą naówczas na mózgu drgającym ryją się obrazy. W jakich płomieniach chodzą myśli, jak goreją uczucia zolbrzymione. Ciało naówczas zda się rozpiera duszę, rozwija ją, rozprasza, i nie dając jej skupić, ciężkiemi razy ją chłoszcze.
W gorączce Jan widział codzień przed sobą, dwóch chwil tylko, niestety, kochankę. Lecz jakże wybóstwiała mu, wyrosła, jak złociste skrzydła miała na barkach, jaką aureolę u czoła!
Zeschłą gałązkę jaśminową tulił do piersi i płakał; lub zrywał się i chciał biedz za nią, szukać jej.
Gdy rany zamykać się poczęły i pierwsze rozdrażnienie ustawać, Jan podwójnie niespokojny, wysłał na zwiady.
Bartolo Milanese, ten mąż przezorności pełen, podjął się za sztukę złota spełnić misję dyskretnie i nie budząc podejrzeń. Ubogi antyków fałszywych przekupień wybrał się w podróż za Tybr, jakby drugi się wybierał za morze. Od młodości swej nie wiem czy tam był dwa razy, a napojony powieściami o krwawych obyczajach za-tybrowych dzieci, nie bez dumy w obec swej odwagi, nie bez głębokich namysłów, mierzonemi kroki, puścił się, zamknąwszy wprzód żonę i córkę na kłódkę i poleciwszy sąsiadowi Pedrillo, który nieopodal sprzedawał confetti, aby miał oko na domostwo.
Gdy przyszło przejść Tybr, zimny dreszcz pobiegł po plecach Bartola, ale Rubikon przebyty; i odwaga wzrosła na widok, że nigdzie nie grozi oczywiste niebezpieczeństwo. Łatwo mu było poznać stare domostwo, osłonione latoroślą winną, po połamanych arkadach i nachylonej facjatce. Zbliżył się ku niemu ostrożnie, zmierzył oczyma. Nigdzie śladu życia, drzwi zaparte, niektóre okna zabite deskami.
Sąsiad wyszedł na próg drugiego domu bawiąc się końcami chustki zawiązanej niedbale na szyi.
— Słyszałem — ozwał się pozdrawiając z wymuszoną grzecznością Bartolo — że to domostwo jest na sprzedaż?
Sądził, że nie mógł począć zręczniej.
Nieznajomy zmierzył pytającego od stóp do głowy i obojętnie mu odrzekł:
— Nie wiem.
— Zdaje się być opuszczone?
— Być może.
— Niemoglibyście powiedzieć mi, od kogo się o tem lepiej nauczyć mogę?
— Ba! gdyby był Paolo!
— A gdzie jest Paolo?
— Bóg wie!
— Zniknął? co? — podchwytując rzekł Bartolo i wyciągnął tabakierkę, chcąc ugruntować znajomość; lecz obcy ją odepchnął.
— W kilka dni po ranieniu Lazara.
— A! Lazara. E vero! słyszałem o tem. Lazar żyje?
— Lazar umarł — odrzekł chmurno nieznajomy — ale zemsta żyje.
E vero — powtórzył potakując Milanese. — A Paolo i jego wychowanka?
— Pepita?
E vero, Pepita.
— Niema ich tu dawno.
— A dokąd się wynieśli?
— Nikt nie wie.
Milanese wielce zadowolony z wieści, jaką mu się bez walki i niekrwawo zdobyć udało, co najrychlej dzwoniąc swój tryumf uciekał do domu.
Na widok radosnej twarzy Bartola, Jan się podniósł sądząc, że mu wesołą przynosi nowinę.
— Zwycięstwo! zwycięstwo! — rzekł Milanese na progu — byłem, wracam i wszystkiegom się dowiedział.
— A! mów dla Boga.
— Wszystko dobrze.
— Pepita?
— Znikła.
— Paolo?
— Zginął gdzieś bez wieści.
— Lazar?
— Umarł, ale sąsiedzi chwalą się, że zemsta żyje.
— Gdzie się podzieli Pepita — i...
— Nikt a nikt nie wie.
— Cóż więc wiecie o nich?
— Właśnie to co mówię, że nikt nic nie wie o nich.
Jan spuścił głowę na poduszki bezsilny, a Milanese pojąć nie mógł, że się nie cieszył chory tak pewną wiadomością.
— Jakto i nie dziękujecie mi? byłem przecie za Tybrem dla was!
— O! dziękuję.
— I w niebezpieczeństwie!
— Jakto?
— Z samych zapytań o Pepitę, już mnie wzięto za przyjaciela, może krewnego, i gdybym nie umknął, Bóg wie!
— Jakto, odgrażano się na was!
— A! dzięki Bogu nie!
— Goniono?
— Bynajmniej.
— A cóż?
— Niebezpieczna i pełna groźb cichość, podstępne milczenie mnie otaczało. Ale przecież zna się człek na tem, jak najpilniej też umknąłem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.