Pod włoskiem niebem/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.

Na Strada Corso był pałac kupiony przez Maledettę od lat kilku, pałac w najpiękniejszym stylu odrodzenia, arcydzieło architektury. Same już rzeźby i karjatydy podtrzymujące ogromny balkon, wybornego dłuta, zastanawiały przechodnia. Nad drzwiami głównemi stary herb dawnych właścicieli podtrzymywany przez dwa genjusze, został nienaruszony. Herb ten dłutował Donato; ozdoby jego pod niebem Italji z całą czystością rysów przechowały się na podziw dzisiejszym artystom. — Ogromny rząd okien, pod któremi piękne wyciągały się płaskorzeźby, przecinał fronton budowy. Wieńce z owoców i kwiatów obejmowały ich ramy. Ale pusto było w dawniej wspaniałej budowie i marmurowe pyszne wschody, wiodące na górę, kurzem były pokryte. Zaledwie Jan przeszedł bramę, odarty stróż, następca Lamberta, zaparł mu drogę.
— Do banku, rzekł, — na dole — i wskazał.
— Do Signora Maledetty?
— Na górę, ale go nie ma.
— Odnoszę obraz, który...
Stróż wpatrzył się w Jana.
— Wyście nie malarz Francuz, co tu malował Signorę Pepitę.
— Brat jego, on mnie przysyła, mam kończyć obraz.
— Ale Signor Maledetto nie pozwala puszczać nikogo w swojej nieobecności.
— Jutro odjeżdżamy, obraz potrzeba dokończyć.
Stróż wahał się i sam nie wiedział co począć.
— Jeśli teraz wnijść nie można, to obraz przepadnie — rzekł — ja idę, ale wrócić nie mam czasu.
— Ale ja was puścić nie mogę...
Na te słowa jak burza, obaczywszy kogoś stojącego w bramie, nadbiegł powracający Andrea.
— Co? co? kto to? — zawołał. — Bernardo? nie! Kto wy? — I wlepił oczy w Jana.
— Brat Bernarda, z obrazem dla was...
— A Bernardo? — podejrzliwie spytał starzec...
— Chory. Mnie polecił draperję portretu dokończyć, bo jutro lub za dwa dni jedziemy.
Andrea wahał się.
— Pokaż mi portret — rzekł.
Jan odsłonił zielone płótno i starzec zabełkotał coś niezrozumiale, trąc ręce. — Wpatrywał się.
— Ale cóż tu będziesz kończył?
— Draperje.
— Tu nie ma nic do kończenia. — Jan zapłonił się z niecierpliwości.
— Przepraszam was, jeźli mi nie pozwolicie dodać łączące te światła i zbyt surowe pół cienie, glazerunki — jeźli nie wykończę niektórych szczegółów, nie mogę wam oddać portretu. Bernard dba o sławę swoją. A ja twarzy nie tknę.
Maledetto pożerał tym czasem portret oczyma; potem postąpił na górę i dał tylko znak Janowi, aby szedł za nim.
Z jakiemże biciem serca, z jakim niepokojem, szedł za nim biedny kochanek Pepity. W głowie mu się zawracało i ogromne wschody co chwila zdawały z pod nóg uciekać.
Przechodzili ogromny szereg sal, całych zawieszonych obrazami, zastawionych posągi i płaskorzeźbami. — Nagromadzone tu skarby nie były w porządku — posąg zasłaniał obraz, obraz opierał się o płaskorzeźbę, marmury i mozajki uścielały ziemię, bronzy wychylały się z ciemnych kątów, na cudnej roboty naczyniu Celliniego wisiał łachman starej kamizoli, na bogatym etrusku kawał zczerniałego galona. W marmurowym wazonie cudnie pięknego kształtu, zsypana była mąka — itp.
Ale Jan nic nie widział, ani arcydzieł, ani nieporządku, szedł za Maledettą, który drzwi otwierał i zamykał za sobą, z bijącem sercem, z pomięszanym wzrokiem. — Doszli wreszcie do małego gabinetu, o wysokich ścianach marmurem wykładanych, o złoconych ramach. — Od sufitu zwieszał się kryształowy świecznik złocony — na oknie stały kwiaty — dwa krzesła stare, obite pąsowym aksamitem spłowiałym w pośrodku, marmurowy stół biały u komina, nad którym zwierciadło przepyszne. — Tu już były ślady życia, ale Pepity nie było. Na stole rzucone bransoletki, perły, pierścienie, na ziemi bukiet uwiędły, suknia zdeptana na krześle.
— Pepita! — schrypłym, drżącym i niepokoju pełnym głosem zawołał stary poglądając po kątach — Pepita!
Z drugiego pokoju, od którego drzwi stały wpół przymknięte, głos znany Janowi odpowiedział:
— O! Maledetto!
— Pepita.
— Tyś tu znowu?
E sempre.
Maledetto! — powtórzył głos pełen rozpaczy i łez utajonych.
— Chodź Pepito!
— Nie pójdę.
— Malarz czeka na ciebie.
— Niech twoją tam twarz maluje!
— Kochanko, Pepito! — dodał zbliżając się ku drzwiom starzec; ale w tej chwili drzwi się silnie popchnięte zatrzasły i klucz z drugiej strony obrócił w zamku.
Jan struchlał ze strachu — mógł jej nie widzieć.
Tymczasem starzec u drzwi parlamentował pół głosem. Długą była dla Jana chwila gorzkiej niepewności i niepokoju. — Nareszcie po gorących prośbach i nie wiem jakich niedosłyszanych przyrzeczeniach starca, klucz znowu obrócił się w zamku, powolnie drzwi rozwarły — Pepita w nich się ukazała.
Strasznie zmieniona! Dziecinne jej kształty, dziewicza drobność zmieniła w wychudłość, oczy przyćmione od łez, blade lica, a na czole dziwne sine reflety, pod oczyma zielone pręgi boleści! Jan upuścił z rąk obraz; usiłował on pohamować by nie okazać wzruszenia, by się nie zdradzić. Spojrzenie Pepity padło na niego, usta jej otwarły, ale z ust nie wyszedł głos. Szczęście dało jej siłę na kłamstwo. — Zadrżała cała, zachwiała się chwilkę i wyszła spokojna, obojętna na pozór, na pozór nawet nie rada. Starzec wziął kraj jej sukienki i całował go w pół schylony, zgięty, upokorzony przed nią. Sam postawił krzesło, wybrał światło. — Cały drżący Jan stawił płótno na trójnogu, nie wiedział co robił. Dwa razy oczy ich się spotkały — a mówić, a powitać się nie mogli!
Pepita okrywającego ją, cisnącego się ku niej starca, odpychała dumnie i bez litości. — Gdy przyszło do malowania, Jan, który nie wiedział jak i do czego wziąć się, a lękał się wydać nieumiejętności swojej, a raczej nieprzytomności — długo szukał światła, zbliżał, oddalał, próbował, mięszał Siennę i Laki, Asfalt i Ombrę, do mniemanych glazerunków... a nic nie poczynał. Stary trząsł głową z niecierpliwości.
— Wasz brat daleko od was zręczniejszy — rzekł z cicha.
— Być może.
— Pozwólcie mi odejść na chwilę — porywając się żywo, zawołała Pepita i szepnęła coś na ucho starcowi.
— Do czego? — równie cicho odrzekł starzec — zgodził się darmo cię odmalować.
— Ja tego chcę — zawołała dziewczyna.
— Ale ja nie mam pieniędzy — mruczał Andrea.
— Ja mam — odpowiedziała Pepita — idę i przyniosę, oddam mu.
— To daremna strata.
— Ja tak chcę — tupając nóżką powtórzyła.
— Rób jak chcesz.
Pepita wybiegła i chwilkę tylko zabawiła, wróciwszy trzymała coś w papierze uwiniętego.
Jan nareszcie uspokojony nieco, odważył się glasować ciemniejsze miejsca portretu — ale tak lekko, że im tylko połysk dawał. Stary poglądał nań z ukosa i nie ganił roboty.
— Jutro przyjdę dokończyć jeszcze, teraz niech wysycha — dodał okrywając trójnóg i spoglądając na Pepitę.
Ona wstała niespokojnie z krzesła.
— Daj pokój, nie rób tego... — szepnął Andrea.
— Ja tak chcę — powtórzyła uparta.
Maledetto ustąpił. Z uśmiechem zbliżyła się Pepita do Jana.
— Oddajcie to bratu — rzekła wciskając mu ze znaczącem spojrzeniem zawinięte pieniądze; — a jutro przyjdźcie dokończyć.
Maledetto niespokojnem okiem zajrzał w dłoń Jana, ten z początku wahał się czy przyjąć pieniądze, ale pomiarkowawszy, ze papier co innego zawierać może — ukłonił się i ścisnął je.
Pepita raz jeszcze spojrzała na niego, a już Andrea za drzwi go wyprowadzał.
W chwili gdy Maledetto stał tyłem do niej, dziewczę przyłożyło do ust rękę i posłało kochankowi pocałunek — niebieski! Potem przyłożyła rękę do serca i westchnęła. Na resztę nielitościwe drzwi się zamknęły.
— Co ona tam wam dała? — spytał z pół uśmieszkiem za drzwiami Andrea. — Pokażcie mi, jam ciekawy.
— Andrea! Andrea! — odezwał się głos Pepity — do mnie!
— Idę, idę! — szybko odrzekł stary niespokojny i rozerwany co miał czynić: czy wracać do Pepity, czy przeprowadzać dalej malarza.
— No! prędzej, idźcie! idźcie — dodał — i nie zamykajcie drzwi za sobą.
Tym sposobem stojąc na progu gabinetu — Maledetto przeprowadził oczyma Jana, przechodzącego szereg sal w rząd za sobą postępujących.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.