Pod włoskiem niebem/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XI.

Wybiegłszy na ulicę, obejrzawszy się w koło, Jan rozerwał papier obwijający kilka sztuk złota. Na zmiętym świstku niewyraźnie i szybko nakreślone były, nie wiem czem, słowa:
— Dziś, w nocy... spuszczę się z okna. Uciekajmy, Juanito! ratuj mnie...
Szybko biegł ku swemu mieszkaniu Jan, ani spostrzegł jak gnany myślą, z wzdętą od szczęścia piersią, dostał się do izdebki, którą zajmował. W takiem pomięszaniu jak tu obmyślić środki ucieczki? kogo użyć do tego.
Ostrożny Milanese tyle mu dał dowodów zupełnej niezdatności swojej, że o nim i myśleć nie było można. Jan wspomniał na poczciwego Bernarda, Bernard mieszkał o trzy kroki, zerwał się więc i pobiegł. Po wnijściu jego poznali malarze, że z dobrą szedł wieścią. Twarz mu się płomieniła, mówić nie mógł, rzucił się na krzesło i zakrywszy dłonią twarz, oddychał ciężko.
Bernard z pędzlem w ręku, stał nad nim czekając słowa.
— Wiesz — rzekł nie mogąc się wreszcie doczekać — ślicznie siadłeś, posa doskonała, muszę ją zapamiętać i schwycić. Ale cóż się tam stało?
— A! daj mi odetchnąć — zawołał Jan.
— Widziałeś ją?
— Widziałem, dziś, w nocy, uciekamy...
— Wiwat.
— Oto twoje pieniądze.
— Jakie moje?
— Ona ci je przesyła.
Bernard wielkie wytrzeszczył oczy, a potem rozśmiał na całe gardło.
— Umówiłem się malować ją darmo, cóż to znaczy?
Jan przyszedłszy nieco do siebie, opowiedział nareszcie wszystko zaciekawionym artystom.
— A teraz, — dodał, — nadzieja w was! ratujcie mnie i ją. Nie mam dość przytomności aby się zająć czemkolwiek. Nie mam środków do ucieczki. Maledetto gonić będzie. Trzebaby się na czas skryć gdzie w pobliżu.
— W naszej najętej willi.
— O której może wiedzieć Andrea.
— O! nie może!
— Ale konie, przewodnik.
— Konie najmiemy, ja przewodnikiem — zawołał Bernard. — Ale wytłumacz mi te pieniądze?
— Tłumaczą się tą karteczką.
— Cóż mam robić z niemi?
— Co chcesz. Lecz na Boga, nie zawiedź mnie.
— Gdzie mam czekać?
— W rogu ulicy, pod św. Antonim.
— Godzina?
— Północ, lub wcześniej.
Bernard wziął swój spiczasty kapelusz i wyszedł; Jan pobiegł do mieszkania. Przybory do drogi poszły prędko i nim wieczór nadszedł, wszystko było gotowe. Jan niespokojny, w gorączce oczekiwał.
Pod niebem włoskiem rzadkie są burze, ale straszne prędko przechodzą, ale wrą przerażające, silne, gwałtowne. One są jak namiętności tutejszych mieszkańców, żywe a krótkie; pod naszem niebem trwają dłużej może, ale słabsze, ale blade.
Tej nocy właśnie jak na szczęście zebrało się na burze. Z wieczora już czarna chmur ława wisiała na zachodo-południu z błyskawicą i warczeniem, postępując powolnie i osłaniając jaśniejszą część nieba.
Z ulic znikło co żyło, każdy się ukrył w domu, prócz zakochanych i złodziejów. Wicher z kroplistym deszczem bił w szerokie okna pałaców na Corso, gdy Jan obwinięty w płaszcz, stanął u balkonu. W oknach ciemno już było zupełnie, nikogo, ani życia śladu, tylko coś jakby biała twarz mignęła za szybami... Powolnie otwarły się drzwi na balkon, w cichości schylona Pepita uwiązywała długą taśmę do żelaznych prętów jego. Zadrżał Jan, gdy ujrzał ją pochyloną zawisłą i spuszczającą się na cienkim sznurze.
Drobne ciałko dziewczyny wkrótce było już w jego ramionach, a ten pierwszy uścisk o mało ich nie zgubił, bo w nim o całym zapomnieli świecie, bo Jan sparł się o mur i zarzucone na szyję czując rączki Pepity, jej usta gorące na ustach, jej serce bijące przy swej piersi... oszalał. W pół ją schwyciwszy cisnął do siebie, niezrozumiałemi witając wyrazy.
— Uciekajmy, uciekajmy! — zawołała Pepita.
I dopiero ruszyli ku miejscu, gdzie ich czekał Bernardo z końmi. Ale Jan nie chciał z objęć wypuścić Pepity, niósł ją jak dziecię tuląc ku sobie, przychylając twarz do jej twarzy, całując czarne jej włosy rozpuszczone po szyi, całując bijącą gwałtownie pierś drobną.
— Tu, tu! — odezwał się Bernard do mijającego Jana. I rzucili się na koń. Jan jeszcze nie puścił Pepity, zebrawszy cugle jedną, drugą ręką garnął swój skarb do siebie; a dziewczę zawisło na jego szyi, dyszące, we łzach radości, w upojeniu miłosnem.
A nad nimi szalała burza gwałtownie, lały deszczu potoki, błyskawice darły i szarpały ciemności, grzmot po pustych rozlegał się ulicach. Kiedy niekiedy nad ryk burzy, przed której potęgą lękliwie zastanawiały się konie, wypłynął głos dzwonka płaczliwy. Minęli ludniejsze ulice i w puste zabiegli przedmieścia. Tu rozszerzający się widokrąg straszliwszym jeszcze uczynił ten obraz.
— O! Matko święta, ratuj nas! — wołała całując medalik na szyi zwieszony Pepita.
Jak zajrzeć, ciemności się stały straszne, głębokie, chaotyczne, niżej czerniała nieprzejrzana ziemia, w górze czerniały ledwie gdzieś niegdzieś rozsunięte trochę obłoki. Na ich tle ponurem, stare mury i rozwaliny Rzymu malowały się olbrzymiemi masami, niekiedy rozjaśnione błyskawicą bielejąc poczwarnie jak szczątki Babilonu, jak odłamy wielkiej przedpotopowej stolicy... pustej i zniszczonej gniewem Bożym. Wicher zabiegając w mury i zwaliska wył, jęczał i dziwnemi odzywał się głosy, a uderzający piorun jeszcze się toczył daleko po płaskiej Kampanji Rzymu, gdy już drugi z łoskotem rozbijał powietrze i wałami jego miotał. Bernard nie mógł się wstrzymać od wykrzyku: — Co za obraz cudowny! co za efekt niezrównany! co za studjum dla Martina! To burza przedpotopowa! O! czemuż tego odmalować nie można!
A gdy tak artysta, zawsze wierny swej naturze, unosił się nad obrazem, Jan ledwie wiedział, że jest burza, i potoki deszczu obmywają ich. Okrywszy Pepitę swym płaszczem, obsypując ją gorącemi pocałunki, jechał za Bernardem, lub raczej puścił cugle koniowi posłusznemu i przywykłemu iść za przewodnikiem. Kilkogodzinna ta podróż w Kampanji Nadtybrowej wieki dla nich trwała. Co tam było pieszczot okrytych szatą nocy i burzy! co słów urywanych a tak wyrazu pełnych, jak serce z sercem bijąc przelewało jedno w drugie i dwoiło namiętność!
Już burza zwolna przewaliła się na przeciwną widokręgu stronę i obłoki tylko rzadsze, wpół przezroczyste, rozbite, doganiały szybko przebiegając po niebie wielką chmurę z gromem i błyskawicą rozsiadłą kędyś daleko, — już między przerwami obłoków świeciły uśmiechające się gwiazdki, deszcz zwalniał, wicher ustawał, gdy w ostatnich odbłyskach burzy ujrzeli nasi podróżni przed sobą maleńki nad Tybrem domek biały, obwinięty w topole, sosny[1] laury i zieloną szatę drzew wonnych.
To była tak nazwana Villa artystów, letnie pomieszkanie, puste teraz, ale na imię willi nie zasługujące. Drobny piętrowy domek nad rzeką wzniesiony w klombie drzew, na zielonych murawach, dwie kształtne kolumny wysoko unosiły jego facjatkę trójkątną. W oknach ciemno było i Bernard przywiązawszy konia do balustrady, począł do drzwi się dobijać. Ale nie prędko stara Margareta przelękniona i niedowierzająca, odważyła się mu otworzyć.





Przypisy

  1. Pins d’Italie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.