Pod włoskiem niebem/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod włoskiem niebem
Podtytuł Fantazja
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wydania 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

XII.

Możnaż opisywać te dnie rajskie, które przepędził Jan w ustronnej willi u Tybrowego brzegu z Pepitą?
Raz w życiu człowieka, raz (lub ani razu nawet) zjawia się coś podobnego. Wielu z ludzi mrze nie doczekawszy, starzeje bez takiej miłości. Ci ludzie są jak kwiaty, którym natura kazała wyrosnąć, tak gdzieś w cieniu głęboko, że na nie ni razu nie spojrzało słońce. I puściły listki żółte do góry i wystrzeliły szukając słońca... ojca, napróżno, i zeschły nie zakwitnąwszy, zmarniały. Po co im było to życie próżnego w ciemnościach bytu? po co wysilenie na wzrost, zbieranie sił na pączek, gdy kwiatu i słońca nie miały doczekać! Biedne kwiaty, biedni ludzie. Znam takich wielu, znam wielu. Całe życie marzyli o ideale, a nie spotkali go nigdy. A gdy nadeszła smutna, ponura jesień, gdy z rozpaczą ujrzeli zniżające się słońce życia, gdy młodość uciekła z próżnemi rękoma, niosąc tylko łzy i westchnienia, pojmijcie jeśli możecie co się z nimi działo. Straszne nigdy! zgniotło ich swoim ciężarem, zrozpaczeni, złamani, padli płacząc po życiu próżnem i ręce drżące wyciągnęli ku wielu pytając: Gdzie zapłata za to? dlaczego drudzy, dlaczego wszyscy szczęśliwsi? dla czegom ja wydziedziczony?...
A świat i niebo spokojne odpowiedziały uśmiechom, szyderstwem. I ci ludzie zeszli jako cienie, jeśli im na starsze lata nie przygrzała serca myśl jaka wielka, szlachetna, coby ich z prochu podniosła i do pracy rękę podała.
Szczęśliwy Jan! Dwa ideały wcieliły się razem dla niego. Ideał gwałtownej, wielkiej, niepohamowanej miłości i ideał marzonej kochanki. Przeczucie dziwne w snach jeszcze młodzieńczych malowało mu Pepitę. Tęż samą kibić drobną, też trzcinowej giętkości ciałko, też dwie piersi czary, toż oczu dwoje czarnych, płomiennych, przyćmionych długiemi rzęsy, też rączęta toczone, wszystko to widział w marzeniu żądzy wprzódy, nim w rzeczywistość posiadł. Jestże na ziemi druga chwila szczęścia tej podobna? A jeśli jeszcze dusza duszy tak odpowiada, tak wtóruje jak ciche echo doliny? jeśli serca tak biją zgodnie jak dwie arterje w człowieku? jeśli z obu stron poświęcenie zupełne bez granic, bez pamięci na jutro? jeśli zapał tak równy, że jedno drugiego nie śmieszy, że myśl nawet sprzeczna nie urodzi się nigdy w głowie? jeśli w dwu ciałach przytulonych do siebie, jedna mieszka dusza, jedno serce, jedna wola, jedna miłość: jeśli się tak zjednoczą, że sztylet coby ugodził jedno, zabije oboje... O! naówczas klęknijcie ludzie i klęcząc patrzcie na cud, na zjawisko rzadkie na ziemi, wielkie... niestety! — nietrwałe. To zjawisko jest jak zorza północna ognistym obrazem, trwającym tylko chwilę. Spojrzcie na willę naszą.
Ich tylko w niej dwoje, tylko dwoje, z naturą, z rzeką, z drzewy, z nocy pogodnemi i szumem kaskady... tylko dwoje w tym raju. Dwoje było w raju Adamowym... bo więcej tam być nie może. We dnie on siedzi pod cieniem drzew, a Pepita na jego kolanach, przytulona, zawieszona, wpiła mu się w usta, białemi otoczyła rękoma i tak często jak dziecię u piersi matki usypia. On drgnąć się boi, by jej snu nie przerwał, by uśmiechu z twarzy nie zsunął i wieczystego nie rozerwał pocałunku. Zamyka oczy i marzy, że w raju, a chłodny wiatr studzi ich, a ciepłe słońce zajrzy przez liście i ozłoci im głowy, ogrzeje. Bo i wiatr lubi owiać taką parę cudowną i słońce ozłocić. A w nocy księżycowe usiądą nad Tybru brzegiem, na urwisku, i Pepita cicho coś śpiewa jemu, on rwie uściskami śpiew. Potem długo, długo wzdychają tylko i milczą, nie ma bo słów przy wielkiem uczuciu, nie ma wyrazów na szczęście w języku, a mowa szydzi wówczas z człowieka. I lepiej nie mówić. Za światem nic im nie tęskno: gdyby nagle ziemi zabrakło pod ich nogami, a! możeby i tego nie poczuli... gdyby wszystko co ich otacza umarło, i o tem by mogli nie wiedzieć!
Czemuż tak krótko, tak chwilowo trwa tutaj wszystko? Sto jest na to odpowiedzi, najważniejsza, tak jest: — Myśmy sami jako cień co urodził się ze światła, miga i ginie po chwili, spocząwszy na kwiatach, na zieleni, na wodzie lub skale, myśmy sami snem cienia... — powiedział grecki poeta.
Jakże im dobrze, że nic nie przerywa ciszy, spokoju pustyni, że nikt tu nie zajrzy nawet; jakże im swobodnie, jak płyną szybko dnie wycałowane, wypieszczone, szczęśliwe. Oto słońce podniosło się i już zapada, zapadło i znowu wznosi i zachodzi. Nieraz Jan, nieraz Pepita i bicie serca tamują i pocałunków sobie szczędzą i radziby słońcu zawołać: — zaczekaj słońce! — aby na jutro trochę zostawić, aby przedłużyć biegące tak chyżo życie. Cóż kiedy na dnie każdej ludzkiej rozkoszy, jak w kielichu kwiatu, siedzi myśl robak i szepce — o jutrze! Cóż kiedy z każdego szczęścia rodzi się postrach, obawa o to nieszczęsne jutro, i kwiat więdnieje od myśli, robaka. Kiedy wyczerpali najsłodsze i najwymowniejsze milczenie, naówczas poczęły się dopiero długie, długie powolne rozmowy, któremi przelewali w piersi swoją przeszłość, któremi jednoczyli się bardziej jeszcze. I mieniali się wspomnieniami swemi.
A ona mu opowiadała, jak rosła nad rodzinną rzeką, w owym pochyłym domku, okrytym zieloną szatą winnej latorośli. Sierota, nieznała ojca ni matki, wychował ją niecny Paolo, jak ludzie chowają konie i barany, aby za nią wziąć pieniądze, aby ją sprzedać towarem. I dnie dzieciństwa były dla niej już dniami niewoli, pracy, nędzy. A gdy podrosła, gorzej jeszcze. Niewola stała się sroższą stokroć... bo Paolo zbliżał się do celu swojego, do dnia targu. Dla niej świata tyle było co w Transtevere na jednej ciasnej uliczce, zaczynającej się mostem, kończącej niszą Madony. I czegoż jej uczono? Stroić się, uśmiechać i bać. Ale jak drzewo co rzuci ziarnem między dwa kamienie, a ziarno puści i rosnąć pocznie aż dwie bryły rozsadzi, tak ciasną izdebkę myślami rozsadziła Pepita, ona przez nią widziała przeczuciem świat cały; ona w tej ciasnocie znalazła rosę i słońce do życia i wyrosła i okryła się barwy silnemi, jak dzika winna latorośl na jesień. A im mniej mogła, tem żądza olbrzymiała, im mniej swobodna, tem goręcej pragnęła swobody. Bez ziemi, słońca, powietrza, wykwitła płomieniem.
Naówczas Paolo zamyślił się głęboko, bo czas był pozbyć ciężaru i zapłacić sobie za długie nocy bezsenne, za długie rachuby niepewne. Lazar go niespokoił, Lazar ranny, upadł i nie powstał z łoża... nowy niepokój. Czas naglił, obawiał się Jana. Nastręczył mu się Andrea Maledetto i poszli w targ. Póki nie widział dziewczyny, Andrea skąpił worka. Marzył on wprawdzie im bardziej starzał, o młodej, cudnej piękności kochance... ale marzenie przeszła Pepita. Kiedy drżącemu z żądzy niezaspokojonej starcowi ukazał skarb ten Paolo, zmieniło się wszystko. Andrea dawał co tamten żądał, Paolo brać nie chciał.
Maledetto na wagę złota kupił Pepitę. Ona tak była lekka! kupił ją tak tanio. Łzy gorące oblewały twarz dziewczęcia, gdy mu opisywała swój pobyt u starego bankiera. Wystawcie sobie człowieka, coby całe życie nie pił i ujrzał wodę, coby świata nie widział, i pojrzał cuda jego. Starzec oszalał, wpadł w gorączkę żądzy z której nie wychodził. Tarzał się u nóg swojego skarbu, całował ślady Pepity, oddawał jej wszystko co miał... Ona nic nie chciała i zimno bez litości patrzała na niego. — Bo boleść nie umie się litować, a dusza Pepity bolała — ciężko, bolała bez przerwy.
Całe noce z włosem najeżonym na skroni, ze spiekłą wargą, z piersią żarzącą oddechem, z usty ziejącemi ogniem, z rękoma ściśnionemi, z nabrzmiałemi sinemi żyły na skroniach, z zakrwawionemi oczyma, Maledetto u łoża nielitościwej, na gołej ziemi się tarzał. I nieraz popchnęła go nogą w rozpaczy, nieraz krzyk jej budził głuche pałacu milczenie, gdy zrozpaczona broniła się szalonemu. A Maledetto tracił nareszcie przytomność, pienił i padał bez zmysłów. Długo to trwało, długo, i on przecie nie umarł. — Wielka żądza jak wielka myśl, dręczy człowieka, ale go przy życiu żelazną trzyma paszczęką. Jakże słodko być jej musiało wyrwać się z tego piekła!
On jej znowu opowiadał swoje ciche, mgliste, nudne życie dawne. Wszystkie tam stare, żywe niegdy uczucia, przy teraźniejszem wydawały mu się jak zblakłe suknie stare, kiedy na nie słońce wnijdzie po długiej nocy. — Cóż? — młodość bez uczucia, bez pieszczot rodzicielskich, także samotna, biedna — potem długie pasma marzeń, tych jesiennych pajęczyn, co wzięte w rękę nikną i giną. Potem kochanka Emilja. Ale Emilji miłość była siostrzynem tylko przywiązaniem, bladym cieniem, marą, niczem. Miłość w sukni balowej, utrefiona, wonna, uśmiechnięta; ale za rękawiczką jej niedostałeś ręki, za wachlarzem ust, za suknią niedojrzałeś ciała.
Piękna laleczka do postawienia na półce, zimne porcelanowe bawidełko. Może, może to zimne na pozór serce dłużej kochać, dłużej w jedną stronę bić mogło... lecz któż kupuje długie nic krótkiem wszystkiem? Tak mówił Jan, kiedy w spokojną noc włoską, malował Pepicie swój kraj rodzinny. A jej po drażliwem ciałku zimny dreszcz na sam obraz chłodnego kraju przebiegał. — I jakże tam żyjecie, mówiła, wydziedziczeni z dnia, ze słońca, z błękitu niebios i woni pomarańcz. Jakże tam żyjecie zimą? Jak tam żyjecie z mroźnemi sercami kobiet waszych, bez płomieni miłości, bez gorących, co na życie całe rozgrzewają, uścisków? — A Jan milczał i niewiedzieć dla czego, choć szcześliwemu za zimnym tęskno mu było krajem!..
— My ztąd nigdy nie wyjdziem — szeptała — O! bom ja dziecię Italji, i kocham ją jak matkę. Innej nad tę ziemię — ojczyzny nie znałam. Jej to kwiaty kołysały mnie, jej wonie mnie poiły, jej słońce mi wzrost dało i życie wlewało. I nie mogłabym żyć pod innem niebem, gdzieby nie było płowego naszego Tybru, kochanego Rzymu o wielkich ruinach, i braci mojej — ludu.
— Zostaniemy tu, kochana, zostaniem tu na zawsze — do śmierci. — A gdzieś pod garstką topoli, na starem popielisku rzymskiem, posypanem szczątkami potłuczonych amfor, położą nas na wieczny spoczynek i posadzą na grobowcu dwa twoje lube drzewa pomarańczowe, i jaśmin którego gałązka miłość naszą poczęła? Nieprawdaż kochana?...
— Nie mówmy o grobie, mówmy o życiu! Długo jeszcze, długo żyć będziemy. — Gdzieżby śmierć rozpleść chciała nasz uścisk, chłodem owiać dwa serca, co biją tak żywo?
I milczeli w uścisku. — Uścisk wszystko powiada, całą historję ludzi od stworzenia świata, całą przyszłość tajemniczą do końca. — To wielki węzeł symboliczny, co wiąże przeszłość z przyszłością... a gdy taki chłód owionie ziemię wystygłą, że kobieta odepchnie kochanka, a mąż wzdrygnie się na usta kobiece — słońce zajdzie raz ostatni... I cicho, i ciemno, głucho będzie na pustej ziemi, jak było przed ludów początkiem, przed początkiem życia!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.