Pod blachą/Tom I/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


VI.

Dni powszednich salon Pod blachą wcale nie miał wesołej fizjognomji. Obyczaje gospodyni (wspomnianej pani de Vauban), słabe jej zdrowie, wypieszczenie, tony, jakie sobie dodawała wszystkich zmuszając, aby się do dziwactw jej stosowali i kaprysom ulegali, nadawały mu cechę właściwą, a dość oryginalną.
Klasztorna cisza panowała przez wieczór cały. Nikt się tu głośniej odezwać, ani rozśmiać nie ośmielił, nie znoszono butów skrzypiących, ani śmielszego chodu, któryby zatętnił na posadzce. Światła wszystkie stały zwykle umbrelkami przyćmione, okna szczelnie zatulały firanki, drzwi w obawie przeciągów zamykano starannie, a że przytem lękano się stuknąć niemi, każda taka operacja odbywała się bardzo powolnie i z niezmiernemi ostrożnościami.
Znajdowali się goście w salonie pani de Vauban, jak w pokoju śmiertelnie chorego człowieka, dla którego najmniejszy głos, najlżejsze niespodziane wrażenie zagrażać mogło niebezpieczeństwem. Słudzy, domownicy, sam książę przyzwyczajeni byli do tych wymagań delikatnej istoty, a grono osób większego świata, gdzie indziej nawykłe do swobody i hałaśliwego ruchu, tu zachowywało się z prawdziwie zdumiewającą uległością dla wydelikaconej, kapryśnej Francuzki.
Dnia tego w salonie znajdowały się tylko trzy piękne panie i ona...
Słusznego wzrostu, pięknej jeszcze postawy, ruchów dosyć wdzięcznych, pani de Vauban mogła znęcić i zająć sobą chyba jako nierozwikłana zagadka. Na twarzyczce mocno przywiędłej, która nigdy klasycznie piękną nie była, ale mieć mogła wiele fizjognomji i życia — widać było znużenie, rozpieszczenie się i doskonale nadaną pewną dystynkcję sztuczną, niepozbawioną przesady.
Grała wielką damę z talentem niepospolitym i olbrzymią wiarą w siebie; chciała być istotą eteryczną. Jak prawie zawsze na świecie, silna wola i wytrwałość zapewniły jej zwycięstwo nad wszystkiem, co w sferę jej wchodziło.
Potrzeba tylko uwierzyć w siebie, a ludzie skłonią głowy posłusznie...
Nie mając ani piękności, ani nawet szczególnego wdzięku, który ją często zastąpić umie, tą tylko przybraną dystynkcją i elegancją wyszukaną zastępowała, co jej brakło — urodzenie, imię, fortunę, znaczenie, wszystkie siły i środki, które innym często do niczego nie służą, bo ich użyć nie umieją. Ona z tą odrobinką ideału, jaką jej niegdyś wydzieliła natura, udając niby wyższą istotę, potrafiła się za nią przedać i zostać powszechnie uznaną za godną sfer najwybrańszych.
Nie mając zbyt wybitnego pozoru komedjantki, była to skończona artystka w swoim rodzaju.
Zamiłowanie we francuskim tonie, w manierach paryskich, we wszystkich właściwościach wyższego towarzystwa europejskiego czyniło polskie panie wielbicielkami tej kobiety, która doskonale słabość ich wyzyskiwać umiała. Raz podbiwszy kilka wpływowych a słabych kobiet, w chwilach znudzenia umiejąc z pewną oryginalnością rozbudzić wyżytego księcia, zyskała pani de Vauban stanowisko odrębne, dziwne, którego dwuznaczności widzieć i rozumieć nie chciała. Świat nie miał nic do zarzucenia, bo go zuchwalstwo tej osobliwszej istoty, naiwny jej cynizm i obojętność na opinję — rozbrajały.
Zostawszy raz królową tego podbitego w chwili nieopatrzności świata, nie dopuszczała się już zdetronizować. Było to prawdziwe arcydzieło polityki i zręczności.
Ks. Józef, jeżeli kiedy był nią zajęty, to na krótko, rozczarowany i ostygły oddawna znosił już tylko tę towarzyszkę, która jego obojętności widzieć nie chciała. Patrzała na wszystko przez szpary, byle móc dłużej grać swą rolę królowej.
Im słabszą dla niej okazała się społeczność polska, tem ona stawała się względem niej zuchwalszą i więcej wymagającą, ufając, że nikt nie będzie mógł ani śmiał podnieść przeciw niej buntu. Książę Józef dla miłego spokoju tolerował te dziwactwa, udając, że ich nie widzi i nie rozumie, własną nawet rodzinę tej improwizowanej władczyni poświęcając.
Ufać sobie i chcieć silnie! mieć wolę i wytrwałość, cóż to za olbrzymie dźwignie! Vauban nie miała nic nad nie i — dziwną słabość a ślepotę dobrowolną tych, co ją otaczali.
W czasie, gdy się to opowiadanie rozpoczyna, zajmowała w społeczeństwie stanowisko przywłaszczone, dziwne, wyjątkowe, jakie tylko w Polsce można było nieprawnie, niezasłużenie, a tak małym kosztem pozyskać.
Być bardzo może, iż położenie księcia Józefa zmuszało go do odwrócenia uwagi od siebie, do wystawienia się światu jak najpłochszym, jak najlekkomyślniejszym człowiekiem, nie mającym w życiu innego celu, nad zabawę, rozrywkę i salonowe intrygi. Pani de Vauban do odegrania tej roli, do zasłonięcia go była mu potrzebna. Poważniejszy, wiodąc życie ustronne, pracowite, książę byłby się Prusakom stał podejrzanym, mógłby się obawiać wygnania lub niewygodnego dla siebie nadzoru.
Życie jakie prowadził umyślnie, ostentacyjnie, uspokajało i kazało się w nim nie lękać już zniewieściałego człowieka. Chcąc się do spodziewanych lepszych zachować czasów, książę Józef musiał przybrać ten pozór i maskę, w jakiej go widzimy, aż do chwili — przebudzenia.
W chwili, gdy czytelnika do salonu Pod blachą wprowadzamy, był on ogrzany nie do wytrzymania, gdyż jak światła i hałasu tak chłodu owa istota delikatna znosić nie mogła. Było w nim prawie pusto. Około okrągłego stolika, na którym widać było dwie czy trzy listy składek, gdyż gospodyni zawsze na jakieś cele dobroczynne zbierała — kilka robót kobiecych zaczętych i parę książek francuskich, siedziały trzy panie, składające poufałe towarzystwo, a raczej dwór gospodyni księcia Józefa.
Wszystkie trzy jaśniały wdziękami, ćmiły się wzajem blaskiem swej piękności, a bardziej jeszcze zwiędłą, schorzałą, zżółkłą Francuzkę. Ufała ona tak tajemniczemu jakiemuś swemu wdziękowi, dla profanów niedojrzanemu, iż wcale się zdawała nie obawiać porównania, a o płochego swego Pepi nie była wcale zazdrosną. Węzeł, który ją z nim łączył, był jakiejś zagadkowej natury, idealnej, niezmysłowej, gdyż pani de Vauban na miłostki księcia Józefa uśmiechała się tylko i wcale im nie stawała na drodze. Wyższą chciał się okazać nad gminną zazdrość i może tem też utrzymywała się na swem stanowisku.
Trzy piękne panie, siedzące u stolika, rozmawiały i śmiały się pocichu: Vauban słuszna, wysmukła, powolnym krokiem przesuwała się po saloniku, czasem zatrzymując się przy nich, rzucając słowo jak wyrocznię, to znów błądząc milcząca z myślami swemi.
Na węzełku batystowej chusteczki miała krople jakieś, które wąchała, a w kieszonce bombonierkę, z której kiedy niekiedy dobywała i niosła do ust pastylki. Zdala miała w istocie fizjognomję wielkiej pani, ruchy dystyngowane, powagę nieco komedjancką. Pilnie się przypatrzywszy, można było dostrzec rąk pielęgnowanych troskliwie, ale wcale nie arystokratycznych, a z pod maski rozpieszczonej faworyty przeglądał typ ludowy francuski. Oczy, choć przyćmione powiekami, wejrzenie miały bystre i przenikające. Domyślać się było można, iż ta roztkliwiona i rozmiękła twarzyczka, na której najmniejszego śladu szczerego uczucia nie było, w której panował chłód, niegdyś musiała umieć uśmiechać się zalotnie. Dziś już tej stawki do gry nie potrzebowała; udawała królową i inni jej zalecać się i dworować musieli.
Trzy panie były jakby dobranemi trzema typami niewieściemi tak, aby oko spoczywające na nich nic już do pożądania nie miało.
Była to cudna wiązanka, której każda barwa drugiej obok do podniesienia jej potęgi i blasku służyła.
Pani Józefowa Wielhorska (Dembińska z domu) była najwybitniejszą między trzema, niemal włoska piękność z pałającemi oczyma czarnemi, z bujnym włosem kruczym, z płcią świeżą i delikatną, owalem twarzy rafaelowskim — miała więcej coś niż pospolite włoskie piękności, których zmysłowy wdzięk każe zapomnieć o wszystkiem, czego im braknie. W czarnych jej oczach płonęła iskra inteligencji żywej, dowcip ostry, pojęcie szybkie. Posąg ten cudny miał w sobie ducha, który promieniał przez wpół przezroczystą jego powłokę. Piękność jej była majestatyczna, uderzająca, ale zarazem budziła obawę siłą, jaką zdradzała.
Choć naówczas sentymentalność była w modzie, pani Wielhorska wcale się nie siliła na nadanie sobie tej cechy; śmiały się śliczne jej usta różowe, iskrzyły oczy, cała twarzyczka jaśniała życia weselem i do życia ochotą.
Widać w niej było, że wolała na nie spoglądać ze strony jasnej niż tragicznej, i wyśmiewać się z niego raczej niż płakać. Nawet spojrzenie na przyjaciółkę można było posądzać o odrobinę politowania i szyderstwa. W towarzystwach lękano się pani Józefowej, chociaż złośliwą nie była, ale Bóg ją stworzył tak, że widziała zawsze naprzód słabe strony, chwytała ułomności i nie mogła się z nich nie uśmiechnąć.
Obok niej siedząca pani Stasiowa Potocka, Sołłohubówna z domu, jak tamta za rzymiankę, uchodzić mogła za grecką kameę, tak cała jej postać od stóp do głowy była regularnie, klasycznie, nieposzlakowanie piękną.
Miała też chłód i powagę greckiego posągu, który zbytniego uczucia i namiętności się strzeże, aby ból lub śmiech nie nadwerężył spokojnej harmonji linij jego, nieśmiertelnie pięknych w swej prostocie.
Piękność to była mniej przemawiająca, a jednak sympatyczniejsza, bardziej niewieścia, skupiona w sobie, nie wybiegająca okiem i duszą poza szranki rodziny i kółka, w którem żyła.
Uśmiech był wdzięczny, ruchy naturalnie i niewymuszenie dystyngowane; słowem była to piękność bez skazy, choć — tego ducha rozbudzonego, jakim oczy Wielhorskiej promieniały, nie miała w sobie. Rzekłbyś, że mieć go mogła a nie chciała, że jej dosyć było być tak sobie naturalnie, poprostu, tylko jak anioł śliczną. Mogłoż najdowcipniejsze słowo wymowniejszem być nad jej uśmiech i spojrzenie?
Obok tych dwu bogiń trzecia, choć wiekiem im rówieśnica, wydawała się niby dzieweczką, niby w sukienkę przybranem incognito, dorosłym amorkiem.
Była maleńka, biała, pulchna, złotowłosa, ze ślicznemi oczyma niebieskiemi, podobna do kwiatka, do cukierka, do czegoś milutkiego, słodkiego, łagodnego, smutnego... Wdziękowi tej twarzyczki, trochę nadąsanej, której równie łatwo było o śmiech jak o łzy — mało kto się mógł oprzeć. Typ ten blondynki napozór powietrznej, słabej, wiotkiej, z mgły i promieni księżyca ulepionej, zamykał w sobie najfantastyczniejszą istotę do kochania stworzoną, potrzebującą kochania jak powietrza, żyjącą tylko miłostkami, jak kanarki cukrem. Tego, co się — miłością nazywa, nie znał wcale wiek XVIII.
Piękna pani Cichocka była skazaną na szukanie prawdziwego uczucia nadaremnie. Urocza to była istota, którą szczególną opieką i przyjaźnią najczulszą zaszczycała pani de Vauban. Nie mogąc się nawet obejść bez niej na chwilę, gościnność jej ofiarowała Pod blachą.
Z liczniejszego codziennego towarzystwa tylko trzy te piękne panie same pozostały i reszta gości powszednich zajęta była przygotowaniami do jutrzejszego teatru, w którym uczestniczyć miała.
Książę Józef także się jeszcze nie ukazał w salonie, a zapytany o niego kamerdyner oświadczył pocichu, dyskretnie, że miał poufałych gości u siebie.
Rozmowa płynęła swobodnie o sprawach pospolitych, jedynych jakie świat ówczesny zajmowały. Mówiono, kto się w kim i jak kochał, kto kochać przestawał, kto miał zacząć, kto z kim się mógł ożenić, albo rozwieść.
Właśnie piękna owa blondynka, pani Cichocka, czekała na rozwiązanie swych ślubów, w nadziei zawarcia nowych, do których serce jej wzdychało. Mówiono pocichu o dawniejszych zabiegach Kalinowskiego około Protówny Potockiej, o wychowanicy Stanisława Małachowskiego księżniczce Radziwiłłównie, którą dziwacznie a rozmaicie swatano, o blaskiem ożenieniu Nakwaskiego i t. p. Z trochą złośliwości odzywano się o domach, które w związku z Blachą nie były i nie hołdowały pani de Vauban, wyśmiewano je ze staroświeckich szorstkości, kontuszów, mowy i obyczaju. Wszystko to płynęło lekko, dowcipnie, potrącając niby skrzydłami motyla o ludzi, wypadki i serca.
Pani Wielhorska opowiadała coś pani Stasiowej pocichu, śmiały się we dwie zbyt uszczęśliwione, by ich wesołość roztrzpiotana nie ściągnęła nareszcie uwagi zadumanej głęboko gospodyni domu.
Kilka razy wybuchy trochę głośniejsze wywołały drgnienie i przestrach z podrażnionych nerwów Francuzki. Stanęła u stolika, popatrzyła długo, znacząco na panią Wielhorską i zapytała wkońcu cicho, głosem omdlałym.
— Przypuśćcież mnie, proszę, do tej wesołej tajemnicy, która was tak szczęśliwemi czyni.
Trochę leniwo podniosła ku niej oczy pani Stasiowa, nie śpiesząc z odpowiedzią, jakby pewną była, że ją Wielhorska wyręczy.
Ta główką potrząsała.
— Tajemnica ta właśnie dla was powinna nią pozostać. — I znacząco palec położyła na ustach.
Vous m’agacez! — głosem słabym odezwała się krzywiąc usteczka nie różowe królowa. — Mówcież proszę, co to być może?
— Kiedy wam mówię, że to dla waszego spokoju tajemnicą pozostać powinno! — powtórzyła wolno hrabina Józefa z przybraną powagą.
Bon! I dlatego właśnie zapewne oznajmujecie mi, że straszliwa jakaś tajemnica, jak miecz Damoklesa, ma być zawieszona nad moją nieszczęśliwą głową? Jakto trafnie! — odezwała się Vauban. — Jakto uspokajająco dla mnie.
Nie ruszając się z miejsca czekała gospodyni, aby jej rozkaz został spełniony.
— No, zmiłujże się hrabino, — po chwili oczekiwania dodała — wyjaw mi nareszcie co to jest? Coś tak groźnego dla mnie!
Uśmiechnęła się szydersko, jakby w żadną groźbę uwierzyć jej nie było podobna.
— Groźnego!! nie! — odpowiedziała Wielhorska — ale pocóż macie wiedzieć o wszystkiem, co jak chmurka po niebie przechodzi i znika?
Zasłaniamy ci światło, aby nie raziło twych oczu, à plus forte raison, trzeba twym słabym nerwom i czułemu sercu innych wrażeń oszczędzić.
— Ale doprawdy, droga hrabino, zaczynasz mnie niepokoić i trwożyć! Cóżto być może? — Mów, proszę bardzo — dodała Vauban.
Pani Stasiowa podniosła ku niej oczy, lecz zdawszy na sąsiadkę całą sprawę, nie odezwała się sama.
Z szyderskiej minki pani Wielhorskiej domyśleć się było można, iż tak bardzo groźnego nic zajść nie musiało.
Eh bien — pieczesz mnie na wolnym ogniu! ma chérie — szepleniącym głosikiem, pokaszlując, odezwała się Vauban znowu! — De gràce!
— Więc mówię — rozśmiała się hrabina. — Książę nasz jest znowu mocno zajęty, tak jak to on zwykł bywać, gdy coś zupełnie świeżego, nieznanego zobaczy, gdy twarzyczka nowa uderzy go jak jakieś nadzwyczajne zjawisko!
Il lui fant du nouveau, n’en fut il plus au monde!
Vauban skrzywiła usta i ruszyła obojętnie ramionami, nie okazując najmniejszego wzruszenia.
— Tylko tyle?? — spytała. — A więc, trzeba mu zbliska pokazać tę czarującą twarzyczką, to najlepszy rozczarowania go sposób... Mówcież? kto jest ta czarodziejka nieznana?
— Nikt z nas jej nie widział jeszcze — ale...
W tej chwili jakby na zawołanie uchyliły się drzwi ostrożnie i na paluszkach idący ukazał się szambelan Pokutyński wyświeżony, wyelegantowany, odmłodzony. Skłonił się niezmiernie nisko gospodyni, potem damom, i gotował się powiedzieć coś wysmażenie grzecznego na powitanie, gdy hrabina podniosła się z kanapy, i dramatycznym ruchem wskazując palcem przybywającego gościa, — odezwała się (zawsze naturalnie po francusku).
— Ten ją widział!!
— Ja? kogo? — spytał, cofając się niby przelękły a trochę zdumiony Pokutyński.
— Tę piękną pannę, o której dziś głoszą, że nas wszystkie ma zaćmić i wykierować na kopciuszki — odparła pani Wielhorska.
— Kogo? kto? co? — powtarzał coraz bardziej zakłopotany szambelan. — Nie mam daru wieszczego, nie potrafię odgadnąć.
— Kogo! voilà! Właśnie to najtrudniejsze, aby nazwisko jakieś szlacheckie raz słyszane przypomnieć czy odgadnąć! — śmiejąc się rzekła hrabina. — Uderz się pan w piersi, — szukaj w sumieniu grzechu i wyznaj go ze skruchą.
— Przepraszam, nic nie rozumiem, o czem, o kim mowa?
— O ślicznej, uroczej, olśniewającej, cudnej dziewicy, którą ojciec z za kordonu tu przywiózł na karnawał, którą wczoraj zaraz książę Pepi zobaczył w oknie, i tak go jednem zwycięskiem podbiła wejrzeniem, że natychmiast bukiet jej posłał.
Vauban melancholicznie dwa razy głową poruszyła.
— A! teraz jestem w domu! — odezwał się Pokutyński. — Mowa być musi o córce mojego kolegi szambelana Stanisława Kostki na Burzymowie Burzymowskiego, kawalera orderu św. Stanisława — i...
Pani Vauban zwróciła się ku niemu z rączkami niedbale założonemi jedna na drugą.
— A! opiszże mi pan tę piękność! — szepnęła.
Pokutyński głowę skłaniając, ręką zatoczył dokoła.
— W obliczu tych gwiazd porywać się na opis skromnego wiejskiego kwiatka! — zawołał, wdzięcząc się.
— Szambelanie, pan wiesz, że tu u nas w tym salonie najpierwszą cnotą jest posłuszeństwo! — rzekła hrabina z przybraną powagą.
— Panna Sylwja Burzymowska — począł Pokutyński.
— A! imię ma Sylwji! ładne imię! — cicho szepnęła jedna z pań.
— Pannę Sylwję dwa razy tylko w życiu mojem miałem szczęście zdaleka oglądać; naprawdę zaś raz chyba, bo tego, że ją przez okno patrzącą widziałem chwilkę — nie liczę.
— Ale opiszże nam ją! — domagała się Vauban.
— Lat, nie wiem, wątpię, żeby miała dwadzieścia, wygląda na osiemnaście, wzrost dosyć słuszny, oczy czarne, włosy ciemne i bujne, usta małe, nóżka zgrabna. Oto wszystko — rzekł Pokutyński, licząc jak z rejestru.
— Wiesz szambelanie, że opis doskonały do pasportu — wtrąciła Wielhorska — dla nas niewystarczający. Nie masz najmniejszego talentu do portretów! Rysopis ten mógłby doskonale służyć dla mnie i dla tysiąca innych, ale po nim tyle wiemy co — wprzódy.
— Ja zaś tem służę co mam i więcej ofiarować nie mogę, — odparł, kłaniając się szambelan. — Dodam, młodziutka, nad wiek rezolutna i śmiała.
— Majorowa ją bardzo chwali — dorzuciła Cichocka. — Zdaje mi się, że się o niej wyraziła — que c’est l’étoffe d’une grande beauté.
— A! — przerwała hrabina, z wymówką się zwracając do szambelana — widzisz pan, jak my kobiety wielką mamy wyższość nad wami. Pan ją tak samo widziałeś jak majorowa i pan dajesz rysopis suchy, a ona w kilku słowach doskonałą charakterystykę.
— Pani hrabino — śpiesznie odstrzelił Pokutyński. — Płci pięknej wyższość nad naszą nigdy nie poddawałem w wątpliwość, a z majorową na żadną w świecie broń nie ośmieliłbym się do walki przystąpić, pewien że ona musiałaby zawsze zwyciężyć!
Ostatnie wyrazy trochę złośliwą kryły w sobie aluzję.
— Więc to jeszcze dziecko? — zapytała Vauban.
— Niemające lat dwudziestu — odpowiedział Pokutyński, — dziecko ale bardzo rozwinięte, — i wątpię, żeby się już lalką nieżywą bawić chciało, a żywy co się w jej ładne łapki dostanie — no! będzie się miał zpyszna. Za to mogę zaręczyć!
Dites-donc! gdzież to te cudo będziemy mieli szczęście oglądać? — zapytała pani domu.
— Najprędzej, sądzę że jutro w teatrze — odezwał się Pokutyński. — Jakkolwiek poczciwy, bojaźliwy ojciec obawia się już puszczać w świat wielki, ku któremu panna największą ciekawością pała; choćby on ją rad od wszystkich oczu zakryć i osłonić, sądzę, że piękna panna zrobi co zechce...
— Ojciec zawojowany? — pytająco rzuciła hrabina.
— Dobry, miękki człowiek, a córka jedynaczka! — mówił Pokutyński — zresztą któż z nas nie jest, nie był, nie będzie zawojowanym przez panie?
— Tośmy słyszały już! — szepnęła Wielhorska. — Connu!
— Ależ cóż to są za Burzymowscy? — odezwała się Potocka. — Zdaje mi się, żem słyszała o jakiejś — szambelanowej tego czy podobnego imienia, która swojego czasu miała wielki rozgłos na świecie, uchodziła za piękną, za dowcipną — i...
Spuściła oczy nie kończąc.
— To była właśnie rodzona matka naszej heroiny — potwierdził Pokutyński i dodał, poczekawszy trochę.
— Czyż — książę mógł ją już widzieć? gdzie? jak? Zdaje mi się, że już o tem słyszałem, ale sądzę, że to niepodobieństwo.
— Siedziała w oknie, w którem i pan ją widziałeś przecie. — Twarzyczką z za szyby miała się bardzo podobać...
Szambelan ruszył ramionami.
— Czy księcia dziś nie będziemy widzieli? — zapytał, oczy podnosząc ku pani Vauban.
— Nie wiem! Ma pono jakiegoś tajemniczego gościa u siebie — obojętnie dość odparła gospodyni.
Uśmiech jej wymuszony dowodził, że to co dla drugich było tajemnicą, dla niej być nie mogło. Pokutyńskiemu nie wypadało nalegać.
Rozmowa wprędce zwróciła się ku jutrzejszemu teatrowi i ploteczkom codziennym.
Gdy się to działo w przyćmionym salonie pani de Vauban, w pokoju sypialnym księcia Józefa — dwie osoby siedziały na cichej, poufałej rozmowie.
Sypialnia to była wcale zniewieściałości nie dająca się domyślać, prawdziwie żołnierska i obozowa. Synowca królewskiego niktby w niej nie odgadł.
Urządzenie jej było nadzwyczaj proste, skromne i prawie zaniedbane. Nie mogło ono być dziełem wypadku, tkwiła w tej surowości myśl jakaś. Tam gdzie księcia widywano, był wytwornym i dbałym o elegancję, tu gdzie sobą był, gdzie oprócz zaufanych przyjaciół, nikt nie wchodził, — pozostał żołnierzem, wyczekującym hasła i stojącym na czatach... Dosyć obszerny pokój miał stół w pośrodku suknem okryty, jedną sofę przy ścianie dobrze wyszarzaną, proste łóżko żelazne burką historyczną okryte, kilka krzeseł wysiedzianych, a na ścianie parę rysunków wyobrażających bitwy i konie, trochę broni zawieszonej na kołkach bez żadnego starania o wdzięk i ozdobę.
Uderzała ta prostota umyślna, będąca w sprzeczności z życiem pańskiem, z obyczajami gdzie indziej arystokratycznemi. Bohater z pod Sabaczu był tu zawsze tylko żołnierzem, zapominającym, że miał nieszczęśliwego stryja królem.
Takich sprzeczności w życiu pięknego Pepi było mnóstwo. Nie był to jeden z tych ludzi, co się na pierwszy rzut oka poznać dają; kilku odmiennych naprzemiany pokazywało się w księciu Józefie i czyniły go nie do pojęcia coraz innym. W tych latach był on może odpoczywającym i znużonym bezczynnością dawnym wodzem, trudniejszym do zrozumienia i wytłumaczenia, niż kiedykolwiek.
Wszystko zdawało się dla niego obojętnem, przyjmował chłodno co go spotykało, nie dawał się niczem poruszyć bardzo. Miłostki, zabawy, konie, towarzystwo łatwe a miłe zdawały się go pochłaniać zupełnie.
Żołnierz, dowódca, obywatel kraju (za którym tak zatęsknił, iż z Wiednia, w którym mógł być jak w domu, pod pruskie panowanie powrócił) znikał w nim teraz jakby umyślnie zatarty jakimś nowym typem człowieka wyżytego napozór, nie mającego już innego celu na świecie nad wygodne przejście pozostałego drogi kawałka.
Ale kto znał bliżej księcia Pepi, począwszy od jego ukazania się młodziutkim chłopakiem w czasie kaniowskiej podróży, potem żołnierzem walecznym pod Sabaczem, walczącym z Turkami, potem wodzem rozhulanej tężyzny, co razem z nim poszła do wojska, którego on został wodzem naczelnym — bohaterem tysiąca narzucających mu się przygód miłosnych; — podkomendnym uległym jednego ze swych podwładnych (Kościuszki) — ten zwątpiłby może o rzeczywistości teraźniejszej metamorfozy i szukał jej znaczenia w jakichś rachubach na przyszłość.
Kto wie co mogła kryć ta obojętność przesadzona, to afiszowanie lekkomyślności, wyżycia, apatji?
Trzydziestokilkoletni książę Józef nie był już zgrabniutkim chłopakiem cudnej piękności rysów i postawy, któremu przyklaskiwano z zapałem, gdy czasu sejmu czteroletniego puszczał się w tany z prześliczną Julją Potocką. Rysy twarzy jego nosiły już na sobie ślady życia gorączkowego, włosy na głowie przerzedły mu znacznie, nabrał trochę ciała, ale lata nie odjęły mu jeszcze były całkiem młodości serca i ducha. Wejrzenie czasem strzelało z oczów jak błyskawica, słowo wybiegało z ust dowcipne, ostre lub serdeczne, a po chwili wracała, jakby przywdziana suknia, owa dawna apatja i płochość, z którą się chciał i lubił popisywać przed światem.
Otoczony ludźmi lekkiemi, przybierając ich ton, zupełnie z nimi stojąc narówni, czasem się wydawał zrezygnowanym człowiekiem, który cierpi i czeka, który poprostu mówiąc — przyczaja się.
W sypialni księcia dwu ich tylko siedziało. Drugim był, równego mu mniej więcej wieku, przystojny jeszcze, ale daleko mocniej niż książę wiekiem zjedzony mężczyzna lat trzydziestu kilku, wyglądający na czterdzieści z okładem, arystokratycznych, cudzoziemskich rysów twarzy. Leżał on wygodnie na sofie i trzymając długi cybuch turecki w ustach, bawił się nim nie paląc z niego.
Książę stał przy nim, patrząc nań z wyrazem czułości. Z twarzy widać było, że zapomniawszy o wszelkich względach zwykle go do grania jakiejś roli zmuszających, przed tym przyjacielem chciał być samym sobą.
W obejściu się ich poznać było można najserdeczniejszych druhów, rozmowa płynęła tak ożywiona, poufna, serdeczna, jakby oba na nią długo z upragnieniem czekali.
Był to młody książę Ludwik de Ligne, niegdyś towarzysz broni, przyjaciel młodości, jedyny człowiek, dla którego książę nie miał tajemnic.
Dwie te twarze zarówno arystokratyczne, równie piękne, jednoletnie, nastręczały się do porównania. Wyszłoby ono na korzyść Pepi. Syn najdowcipniejszego z ludzi XVIII w. nie miał wielkich i świetnych ojca przymiotów, twarz jego nie mówiła nic oprócz że żył wiele, gorączkowo, cierpiał i wkońcu przestał już dbać bardzo o to, co go czekać mogło.
Na twarzy gospodarza było coś więcej jeszcze, — była jakby obietnica, że z pod popiołów iskra może wytrysnąć, że ten umarły dziś potrafi bohaterom zmartwychwstać.
Ks. Ludwik de Ligne był tem, co Francuzi zowią un homme fini — on sam już się takim uznawał.
Najsmutniejsza to rola w świecie, bo wśród ludzi niepotrzebna nikomu, a ciężka dla tego co ją nosi.
— Słuchaj, Pepi — szeptał niedbale na kanapie leżący książę, który do Warszawy przybył incognito i parę dni tylko na osobności miał z dawnym spędzić przyjacielem. — A! ty! ty jeszcze jesteś nieskończenie młodszym ode mnie! Jesteśmy prawie rówieśnikami, zdaje mi się, że życie prowadziliśmy prawie jedno, w tobie zostały na przyszłość zapasy, a ja — jestem wyczerpany zupełnie! Do kropli! — dodał wzdychając książę Ludwik.
— Tego sobie nigdy mówić nie trzeba! — odparł Pepi cicho...
— A cóż to pomoże?
— Powinno się do ostatka sił próbować — niespodziane się znaleźć mogą!
— Niestety! Im więcejbym się wysilał na siłę, tembym mniej znalazł jej w sobie — rzekł de Ligne. — Nie! ty, ty jesteś istotą uprzywilejowaną, stokroć szczęśliwszą ode mnie!
We wszystkiem! — dorzucił po chwili.
— Naprzykład? — zapytał Pepi.
— A, naprzód już, żeś miał rozum nigdy się nie żenić! Znasz moje losy, — ciągnął książę — pamiętasz ożenienie. Umyślnie sobie wybrałem kobietę nie piękną, aby jej wierności dla mnie być pewniejszym. Brak wdzięków nie uchował mnie od nieuchronnego losu wszystkich mężów[1]. Toby mnie zresztą nie obchodziło tak bardzo, ale uwolnić się od żony nierównie mi trudniej przyszło niż się ożenić. Zjadły mnie kłopoty, gniewy...
Książę Józef się uśmiechał.
Tempi passati! — rzekł. — Nie trzeba już starych blizn rozdrapywać. Tyle jest ślicznych kobiet na świecie, które ci za twoją brzydką i niewierną zapłacą.
— Musztarda po obiedzie! — rozśmiał się smutnie książę Ludwik — nie mają już dla mnie kobiety najmniejszego uroku.
— A! to niepodobna — przerwał wesoło książę Józef. — Kobieta może wkońcu znużyć, ale kobiety nigdy. Ja kocham się całe życie i to mnie na świecie trzyma. — Gdy nie będę mógł zająć się żadną, choćby na dwa dni — każę się pochować!
— Jesteś niepoprawny, — odezwał się de Ligne — nienasycony. Zdaje mi się, żeś już powinien był wszystkie niewieście typy wyczerpać, wszystkie rodzaje piękności przekochać, że dla ciebie nic nowego nie powinno być na świecie.
— A! Louis! Co pleciesz! każda kobieta jest zagadką nową! — przerwał Pepi. — Czy może być co ciekawszego nad te sfinksy?
— Które — nieodgadnięte pożerają — dodał de Ligne.
— Tych co się im zjeść dają! — odparł Pepi.
— Nie — cher Pepi — zawołał gość — ty się bałamucisz! Tyś znudzony więc się rozrywasz! ale kochać się ty nie możesz...
Pardieu! więcej ci powiem, gotowem się kochać platonicznie, — zawołał książę — nie dalej jak wczoraj zakochałem się jak student i to od pierwszego wejrzenia!
Książę de Ligne odwrócił się na bok, położył i serdecznie śmiać się zaczął, cybuch wypadł mu z rąk i potoczył się na ziemię, ramiona mu się trzęsły. Wesołości szyderskiej nie było końca.
— Cóż na taką eskapadę do platońskich sfer powiedzą pewne osoby, które sobie roszczą pewne prawa? — spytał de Ligne.
— Powiedzą — co zechcą — to mi zupełnie jedno! — rzekł Pepi. — Nigdy nie zważałem na to, ile gderania i wyrzutów ma mnie satysfakcja zakochania kosztować!
Kocham się, a gdy się tęgo i szczerze zakocham — wiesz, uczucie ma tę siłę tajemniczą, iż wywołuje wzajemność, gdy jest prawdziwem. Jestem przekonany tak o tem, jak — iż gdy ja kochać przestaję, muszę przestać być kochanym.
— Co za cudownie wygodna teorja! — wołał de Ligne.
— Ja ją sądzę prawdziwą, najprawdziwszą — ciągnął dalej książę Józef. — Kobiety płaczą i upierają się, choć nie kochają, chcąc być jeszcze kochane, ale to sprawa ich miłości własnej.
— Dałbyś pokój teorjom — przerwał de Ligne — powiedz mi co lepiej o nowem bóstwie, które cię w sfery platońskie zagnało! Pepi platonique! — I śmiał się.
— Czekaj, nie mogę nic powiedzieć, bo go nie znam — śmiejąc się odparł Pepi. — Ledwie z trudnością dopytałem się nazwiska, barbarzyńsko brzmiącego, ale ona wydała mi się zachwycającą. Lilja, kiedy się jej pączek ku słońcu otwiera...
Sapristi! Co za poezja! a nazwisko barbarzyńskie! Masz widzę pasję teraz do wieśniaczych spódniczek, czerwonych rąk i naiwności głupkowatych.
— Mylisz się na ten raz, c’est pas ça. Mówią, że to jest osóbka bardzo przyzwoita — rzekł książę. — Na nieszczęście! młodziuchne to prawie dziecko, a ja mam respekt dla młodości i niewinności...
— Cha! cha! cha! Jakby dla ciebie było co świętego! — odparł de Ligne — ty rabusiu serc...
— Przepraszam cię — gorzej czy lepiej sobie mnie wyobrażasz, niż jestem. Ludzie mnie okrzyczeli... W naszym arystokratycznym świecie wolno wiele, w poczciwych szlacheckich sferach, gdzie wszystko biorą na serjo, należy poszanować wiarę w człowieka i w uczucie.
Książę zrobił minę poważną; leżący na kanapie spoglądał nań szydersko.
Est modus in rebus! — dodał. — Pepi wyda swój ideał za jednego z licznych przyjaciół — rzecz będzie skończona!
— Ty, Ludwiku, jak widzę, daleko jesteś w tych sprawach zepsutszym ode mnie — odezwał się książę — ja, przyznaję ci się, o niczembym podobnym nie pomyślał. — To dowód, że ja jeszcze kochać mogę, miłością najczystszą, idealną, gdy ty już zszedłeś na rozpustnika.
— Jak wszyscy starzy! jak wszystko stare, zepsułem się — odparł de Ligne smutnie. — Wszakżeśmy od tego zaczęli rozmowę, żem ja się obwiniał o zestarzenie, a ciebie nie posądzał. Teraz zaś tylko zazdroszczę młodości.
Książę się zamyślił trochę.
— A! tak, — odezwał się melancholicznie — każda miłość nowa młodość nam daje nową, wraca jej uczucia! A tak to dobrze być choć trochę młodym, choć na krótko...
Urwała się rozmowa, de Ligne poziewał.
— Powiedzże mi — mruknął po namyśle — dlaczego wybrałeś sobie Warszawę na miejsce pobytu, w Wiedniu by ci było weselej?
Książę uśmiechnął się.
— To może trudno mi ci będzie wytłumaczyć, — rzekł, — mam jakieś przeczucie i wiarę, że tu będę kiedyś, — na coś potrzebny... Czekam...
— Na co? — zapytał de Ligne.
— Nie wiem sam, na spełnienie moich przeznaczeń — rzekł książę Józef. — Mam tę pewność w duszy mojej, że jeszcze schwycę za szablę co wisi na ścianie, wdzieję burkę i pójdę z moimi gdzieś walczyć, a może zginąć, że nie zgniję tu marnie pod czułą opieką poczciwego Koehlera...
— Marzenia polskie! — zaśmiał się de Ligne — dzieciństwa! — Prusy są silne, panowanie ich tu ustalone, miałżebyś ochotę wejść w ich służbę?
— Nigdy w świecie! — gwałtownie zawołał książę — nigdy! Niech to sobie będą marzenia, — zostaw mnie z niemi. Nie mówmy o tem.
— Owszem ja chcę o tem mówić z tobą, aby cię z tych mrzonek obudzić — odezwał się de Ligne.
— Kiedy mi z niemi dobrze! — przerwał książę.
— Ale niepodobna abyś się z niemi nie zdradził — przerwał de Ligne — Prusacy są podejrzliwi. Wyczytawszy w twej duszy czego pragniesz, a co dla nich miłem być nie może, wyrugują cię stąd. Jeśli ci tu dobrze, używaj reszty życia, nie myśl o niczem więcej.
— Naówczas i żyćby już nie warto — odezwał się Pepi. — Z tobą ja mówię poufnie z duszy w duszę, mój Ludwiku, zresztą któżby się z życia domyślił, że ja codzień na tę szablę patrzę, że mi drży ręka, serce do niej bije i łzy się kręcą. Przypatrz się życiu memu, to doskonały parawan na zasłonięcie tych marzeń, których nikt nie ma ani najmniejszego pojęcia. Widzą mnie zajętego kobietami, końmi, swawolnego, pustego, otoczonego ludźmi dobranymi umyślnie tak, aby dwór mówił za pana; jakże chcesz, by mnie o coś posądzać mogli?
Tego ja chcę — zamydlam im oczy, ściskam ich, kłaniam się, jesteśmy z nimi w najpiękniejszej zgodzie — a — słuchaj! — dodał silnie książę — słowo ci daję na to, że tą szablą tłuc ich będę!
De Ligne ruszył ramionami.
— Dużo w tobie Polaka zostało! — rzekł. — Sądziłem, że jesteś wyleczony i z polonizmu, i z heroizmu, żeś sobie wyperswadował sławę bohaterów.
— Nie! zaprawdę nie! — wykrzyknął książę. — Wiele rzeczy mi się w życiu wyśniło i z przepowiedni sprawdziło, jestem pewny, że mi Pan Bóg da nie inaczej ginąć, jak z żelazem w ręku i po żołniersku.
Towarzysz podniósł się nieco, patrzał na mówiącego i śmiał się.
— Z marzeniami mając do czynienia — rzekł, — abdykuję; nie mogę się bić z widmami. Przyznam ci się jednak, iż rzeczywiście za tak młodego i poetycznego cię nie miałem, ani za takiego dyplomatę. Que diable zdaje ci się, że potomków wielkiego Fryderyka w pole potrafisz wyprowadzić i że oni ci się oszukać dadzą.
Książę wąsa pokręcił.
— Nie oszukuję ich — odparł — jestem spokojny i trzpioczę się. Tłumię w sobie uczucia, z któremiby popisywać się nie w czas było. — Zdziwią się trochę, gdy sybaryta siądzie na koń.
Skończył uśmiechem.
— O tyle o ile tu widziałem i słyszałem co się koło ciebie dzieje, kochany Pepi, — dodał de Ligne — muszę przyznać, że komedję z Prusakami grasz wcale nie źle, ale czy do końca swą rolę utrzymasz?
Coûte que coûte! — przerwał książę.
Zapukano leciuchno do drzwi, książę Józef zwrócił się ku nim z miną nadąsaną, popatrzył na towarzysza i szybkim krokiem do drzwi pośpieszył z widocznym zamiarem pozbycia się natręta.
Stało się jednak inaczej niż chciał. Pukającym był szambelan Pokutyński. Książę wiedział już o jego bliższej znajomości z ojcem pięknej twarzyczki i potrzebował z nim mówić. Zobaczywszy go u proga, zwrócił się do przyjaciela i zapytał:
— Pozwolisz?
— Proszę cię, niech ja nie przeszkadzam w niczem.
Wprowadzony Pokutyński wszedł ciekawe wejrzenie rzucając na sofę, z której książę de Ligne powstawszy całkiem, milczący ukłon oddał mu zdaleka.
— Mój dobry przyjaciel, szambelan dawny stryja mego, Pokutyński — odezwał się książę prezentując. Wprowadzonemu zaś dodał cicho.
— Najlepszy mój przyjaciel młodości, ale — w surowem incognito. Dlatego ci nawet nie mówię nazwiska, odgadniesz je sobie.
Pokutyński uśmiechnął się tylko, odgadnąć mu to incognito było bardzo łatwo.
Pepi poufale położył mu rękę na ramieniu.
— Kochany przyjacielu, poratuj mnie! Córka twojego przyjaciela i kolegi, et les amis des nos amis sont nos amis, zawróciła mi głowę swoją pięknością. Zapomniałem, jakże się ten kolega zowie? Borzykowski?
— Nazywano go dawniej na dworze j. kr. mości Je Burzymowski — rzekł złośliwy Pokutyński.
— Jak? jak? dlaczego?
— Niegdyś zapukał był do gabinetu króla, który zawołał: Qui est là? na co on swoją domorosłą francuszczyzną odpowiedział: Je, chambellan Burzymowski.
Książę de Ligne ze śmiechu położył się na kanapie, książę Józef namarszczył nieco.
— A! rozumiem, — rzekł — ojciec więc jest śmieszny Polonus stary, miałażby córka być w podobnym rodzaju?...
— O! wcale nie! — prędko podchwycił Pokutyński — córka nic a nic do niego niepodobna. Cudnie piękna, co już w. ks. mość sprawdziłeś naocznie, bardzo śmiała i dowcipna. Wychowanie staranne, wsi na niej nie znać.
— Przepraszam cię, — przerwał książę Józef — właśnie tem jest wieśniaczką, że ma odwagę być sobą, której nasze panie nie mają. Wszystkie są jak w jednej formie ulane i do siebie podobne. Nieprawdaż, szambelanie, nie uważałeś tego? Gdy są cokolwiek samoistniejsze, wówczas naiwne chorują na rozum, a rozumne udają naiwność, — prawdziwe nieszczęście, choć doskonałe aktorki. Wiekuiście się ma do czynienia z falsyfikatami.
— Książę jest bardzo surowym — odparł Pokutyński, stojący zawsze jako paladyn w obronie płci pięknej.
— A! nie! — przerwał de Ligne — ma zupełną słuszność. Na całym wielkim świecie to samo. Piszę się na jego zdanie.
— Ale, mój Pokutynsiu, już się nie kłóćmy, — przerwał Pepi — mów mi o tej ślicznej szambelanównie. Imię jej! nie wiesz imienia?
— Owszem! Sylwja!
Saperlotte! — rozśmiał się de Ligne — imię jakby z romansu czy z poematu!
— A mnie się ono właśnie niebardzo podoba — odparł Pepi. — Wolałbym prościejsze a mniej wymuszone. Kto jej nadał takie imię, chyba nie szambelan?
— Domyślam się, że to było sprawą matki, którą książę zapewne przypominać sobie musisz, — rzekł Pokutyński — była wcale piękna, wesoła i hołdów chciwa.
— Nie... nie przypominam jej sobie — odparł zamyślony książę. — Wracając do panny Sylwji, nie wiesz, będzie jutro w teatrze?
— Postaramy się o to — rzekł Pokutyński. — Wiem, że panna sobie życzy tego gorąco i jej chaperon, niejaka pani wojska Czeżewska, także mocno tego pragnie, więc choćby sam Burzymowski się sprzeciwiał, kobiety na swojem postawią.
— Cieszę się tem zawczasu, — odezwał się klepiąc po bokach szambelana. — Nie wiesz Pokutynsiu, z kim one mają znajomości?...
— Dotąd podobno żadnych, — odpowiedział z pośpiechem i usłużnością Pokutyński — ale... łatwo się znajdą stosunki.
I zniżając głos szepnął do ucha księciu.
— Majorowa Habąkowska jest pono w ścisłej przyjaźni z chaperonem. Majorowa dowiedziawszy się o ładnej pannie, już tam była, wcisnęła się i objęła komendę.
Skrzywił się, posłyszawszy o Habąkowskiej, książę.
— Towarzystwo nie do zazdrości dla pięknej i naiwnej wieśniaczki — rzekł cicho. — Ta wyśmienita dla nas, niegdyś ładna Jutka, nadto usłużna i niebardzo bezpieczna....
Ruszył ramionami.
— Znajomość z majorową dla starszych może być bardzo wygodną — dodał, — dla takich prostodusznych i dobrych wieśniaków wolałbym inną mentorkę...
Pokutyński słuchając zdawał się dziwić, ale nie powiedział nic.
— Coś tam podobno jest lepszego nad to, — dodał zwolna się wygadując szambelan. — Matka nieboszczki pani Burzymowskiej, przyznaję się do niewiadomości, kto była z domu, ale mówią, że miała być w jakiejś dalekiej koligacji z Tyszkiewiczami.
— A! to co innego! — zawołał weselej książę. Także mi mów. U nas wogóle szlachta i panowie, wszyscy ze wszystkimi są jakoś skoligaceni. Bywa to niezmiernie nudnem i uciążliwem, bo się ma kuzynów bezliku, ale czasem z tem wygodnie, gdy kuzynki są ładne, a tytuł do pewnej poufałości upoważnia. Jestem bardzo ucieszony z naszej koligatki panny Burzymowskiej. Cela me va!
Pokutyński tonem księcia poufałym i rozweselonym czuł się ośmielony i rzekł.
— Wie książę, że już dawno nie pamiętam, abym miał szczęście widzieć go tak ożywionym i — lâchons le mot — rozpłomienionym do twarzyczki zaledwie dojrzanej przez okienko.
— Pokutynsiu! cóż to jest — odparł Pepi wesoło — także ty mnie znasz mało! Nie pamiętasz chyba, ile razy anioły porywały mnie z sobą w niebiosa, a śmiechy ludzkie ściągały za nogi na ziemię! Nie pierwszy to raz... i spodziewam się, nie ostatni.
— Tak!tak!zawsze ten sam kochany Pepi — wtrącił de Ligne. — Pali się co chwila płomieniem ogromnym, rzekłbyś, że to pożar Troi, że w nim spłonie wszystko, tymczasem jest to ogień słomiany (un fen de paille) i prócz słomy nic w nim nie ginie.
— Niech sobie będzie ogień choć słomiany i krótki, — zawołał, wesoło maszerując po pokoju, Pepi — zawsze to trochę grzeje... a ty jesteś już popiołem, z którego nic a nic zrobić nie można!
— Przepraszam, — odciął się książę de Ligne — on en fait de lessive. (Robi się z niego ług do prania).
Śmiano się z tego konceptu, przypominającego dowcipy ojca, a Pepi przyjaciela pocałował zań w głowę.
— Prawdziwy de Ligne z ciebie — zawołał głośno, obracając się do Pokutyńskiego i zapominając o incognito. — Il chasse de race.
Po krótkim śmiechu Pokutyński znowu głos zabrał.
— Wie książę, — rzekł — że w tej Warszawie nic się na chwilę w tajemnicy utrzymać nie może. To prawdziwe sito, przez które wszystko natychmiast przecieka. O wczorajszym bukiecie już doszła wiadomość nawet do salonu (wskazał palcem na drzwi). Znalazłem tam hr. Wielhorską, panią Stasiową i Cichocką, rozpowiadające całą tę historję przed panią de Vauban.
— Bah! — rzekł książę obojętnie. — Jeśli je to bawi! A mnie cóż to szkodzi?
— Nie chciałbym, aby z ust do ust imię w. ks. mości doszło do ojca — rzekł Pokutyński. — Stary obawia się niezmiernie o córkę, zazdrosny jest o nią, drażliwy. Zresztą pomimo że czasem je zamiast moi używa, Burzymowski jest najpoczciwszym z ludzi, dobry, łatwo się ująć dający.
— Więc żeby się nie krzywił, a córki nie zamykał za klauzurą, — rzekł książę, zbliżając się do szambelana i obejmując go za szyję, — ty, Pokutynsiu, weźmiesz go na siebie! Zrobimy tak, aby jutro z teatru pannę zabrano do nas Pod blachę, ty zaś ojca!... no? jak ci się zdaje? co zrobimy z ojcem?
— Z ojcem? — powtórzył zadumany szambelan. — Jest bufet przy teatrze?...
— Jakżeby go nie było? — odparł książę — bufet jest pierwszą potrzebą! Gdyby go nawet nie było, to na jutro ufundować go należy.
— Ojca my zaciągniemy do bufetu — ciągnął dalej Pokutyński. — Na drodze gdyśmy się z nim spotkali na gruncie księcia, bo w Jabłonnie, poznał się z musu z Bielińskim, Kalinowskim i kilku birbonami naszymi. W imię tej znajomości łatwo nam go będzie wziąć na kieliszek burgunda, a wlać w niego parę butelek... Mam nadzieję, że go w ten sposób przytrzymamy.
— Złoty jesteś! nieoszacowany! — zawołał, śmiejąc się, książę Józef. — Plan cały wybornie osnuty, idzie tylko o to, aby nam co w drogę nie weszło i wykonania nie popsuło.
— Nie przewiduję nic — odparł Pokutyński. — Za szambelana ja ręczę, ale któż się podejmie porwać pannę i zawieźć ją Pod blachę?
— To moja rzecz — rzekł książę. — Niepodobna, aby mi która z pięknych pań nie podjęła się tej interwencji. Znajdzie się sposób zbliżenia się, poznania... Enfin.
— Majorowa wreszcie! — szepnął Pokutyński, ale na wspomnienie imienia tego książę się zmarszczył znowu.
— O! zmiłuj się! — zawołał prędko — niech ona mi tego kwiatka nie tyka! Bardzo lubię majorową w innych wypadkach, ale gdzie idzie o ideały, powinna się trzymać zdaleka. Wszystkoby popsuła i sprofanowała.
Zamilkł Pokutyński.
Książę de Ligne, którego ta narada niebardzo się bawić zdawała, ziewał coraz jawniej a przez litość nad nim, rozmowę przerwać było potrzeba.
Dał znak Pokutyńskiemu książę, poszeptali z sobą coś pocichu i szambelan wysunął się nazad na palcach do salonu, gdzie już liczniejsze towarzystwo, powróciwszy z próby teatralnej, żywo się zajmowało jutrzejszą reprezentacją.
Dwaj przyjaciele znowu pozostali sami, gdyż książę de Ligne wcale się w towarzystwie pokazywać nie myślał, a Pepi chętnie mu dotrzymywał kompanji. Tyle mieli wspólnych wspomnień przeszłości, począwszy od Kaniowa, Kijowa, Sabacza, wojsk austrjackich, wiedeńskiego dworu aż do wieczorów w Łazienkach i na zamku.
Późno w noc Ludwik opuścił przyjaciela, umawiając się z nim na dzień jutrzejszy.
Po odejściu jego książę przywołał kamerdynera, spojrzał na zegar, przeszedł się po swej sypialni i namyśliwszy skierował ku małemu salonikowi pani de Vauban, przytykającemu do jej sypialni.
Buduar ten, gabinet czy salon wreszcie, bo nie wiedzieć jak nazwać go było, ogrzany był, jak wszystkie apartamenta Pod blachą, do niewytrzymania i pełen jakiejś woni silnej, odurzającej, którą nerwy gospodyni delikatnej i chorej cudem jakimś znosiły. Nie było w nim innego światła nad naczynie alabastrowe zwieszone od sufitu, w którem przyćmiona lampa płonęła. Miękki dywan okrywał podłogę. Dokoła sofy powleczone gobelinami biegły przy ścianach, przypominając tureckie domy, w których za siedzenie i posłanie służą razem. Para małych stoliczków, z koszykami u spodu, dwa alabastrowe naczynia w kątach, tego dnia nieoświecone, były wszystkim sprzętem tego cichego schronienia. Nad kominem, w którym się nie paliło, wielkie zwierciadło w mur wpuszczone odbijało słabe lampy światełko.
Gdy książę pocichu wszedł, pani de Vauban, w kaszmirowej sukni długiej, w pantofelkach, z włosami niczem nieokrytemi, których niewiele miała, stała z flakonikiem w ręku naprzeciw drzwi.
Na sofie niedaleko od nich siedział słusznego wzrostu, przystojny, w francuskim stroju dosyć eleganckim mężczyzna średnich lat, w którym łatwo Francuza poznać było można. Twarz miał bladą, w oczach dosyć ognia, rysy dość pospolite, a postać cała czyniła wrażenie człowieka, który fantazją nadrabiał, czując się nie na swojem miejscu. W ręku trzymał więcej może dla kontenansu, niż potrzeby (jak mówią Francuzi) złotą tabakiereczkę, którą z dłoni do dłoni przerzucał.
Na widok wchodzącego powstał natychmiast z pewną służbistością źle pokrytą wyszukanem ugrzecznieniem. Ruszając się z miejsca razem pochwycił za leżący obok niego kapelusz, jakby się już do wyjścia zabierał — i nie chciał księciu przeszkadzać.
Pani de Vauban stała zupełnie obojętna, wpatrując się w księcia z uwagą. Ten naprzód ją skinieniem głowy grzecznie pozdrowił, potem rękę wyciągnął ku kłaniającemu się nisko mężczyźnie.
— Dobry wieczór, mój drogi Vauban! — odezwał się do niego książę. — Jakże się wam próba powiodła?
— Doskonale! z takimi artystami jakich tu mamy, nie może pójść źle nigdy!
— A! powiedz przy takim doskonałym reżyserze i instytutorze jakim ty jesteś — odparł Pepi z uśmiechem. — Artyści i artystki wszystko winni tobie, kochany Vauban.
— A ja im winienem prawdziwą przyjemność, bo nigdzie, nawet we Francji, w najlepszych naszych domach, w których na inteligencji nie zbywa, takich talentów nie spotykałem — odparł Vauban z wielkim zapałem.
Począł mówić trochę głośniej, żona mu dała znak.
— Pst! proszęż cię! zapomniałeś, że ja takiego hałasu nie znoszę.
Vauban się skłonił.
— A! przepraszam! — rzekł ciszej — zapomniałem się w istocie.
Pepi zwrócił się ku pani.
— Cóż, ta głowa? czy zawsze boli jeszcze?
Rękę dosyć dużą przyłożyła zapytana do czoła, zrobiła minkę męczennicy i za całą odpowiedź westchnęła.
Vaubanowi widocznie pilno się wynieść było; posunął się ku żonie, która bardzo zwolna wyciągnęła mu rękę do pocałowania, skłonił się księciu, który dłoń jego ścisnął i na palcach wysunął się z buduaru.
Książę stał naprzeciw chorej pani, jakby zakłopotany, co ma począć z sobą. Ona milczała chwilkę.
— Kochany Pepi, — odezwała się głosem dosyć chrypliwym — jaki ty jesteś w swych fantazjach nieostrożny. Właśniem cię przestrzec chciała.
— Cóż tam takiego? — głosem człowieka znudzonego spytał książę.
— Znowu jakaś młoda twarzyczka — ramionami ruszając mówiła, patrząc na podłogę i usta krzywiąc przymusowym uśmieszkiem pani Vauban. — Cała Warszawa już dziś mówi o tym bukiecie...
— A! — odparł książę Józef — cóż tak wielkiego!
— Wiesz, jak ja jestem wyrozumiała na to wszystko, — dodała zwolna na sofę padając Vauban, — nie posądzisz mnie o jakąś niedorzeczną zazdrość, ale... we własnym twoim interesie, nie godziło się nadawać temu takiego rozgłosu...
— Czyż moja wina? — rzekł książę.
— A czyja? — spytała kobieta. — W biały dzień posyłać dżokeja, którego zna całe miasto...
Książę tak był znudzony temi przestrogami macierzyńskiemi swej przyjaciółki, że po twarzy jego poznać to musiała i, zniżając głos powoli, wkońcu zamilkła.
Pepi przeszedł się parę razy po buduarze.
— De Ligne długo zabawi? — zapytała.
— Sądzę, że jutro jeszcze, — rzekł książę — incognito zawsze, radby być w teatrze, a po nim zapewne zaraz wyjedzie.
— Wyobraża sobie, że jest incognito! — cicho poczęła szeptać Vauban. — Jest to także fantazja, której nie rozumiem. Wszyscy o nim wiedzą, a do pobytu księcia de Ligne nikt pewnie wagi nie przywiązuje.
— Masz słuszność, — odpowiedział książę — ale mu się nie chciało wchodzić w świat, oddawać wizyty i nudzić się już i tak straszliwie znudzonemu wszystkiem, co go otacza...
— Mój Boże! — westchnęła Vauban — co do nudów, il fant en prendre son parti, nikt od nich wyjęty nie jest, gdy pewnych lat dożyje!
Ponowiło się westchnienie.
Książę niegrzecznie trochę, nie ukrywając się z tem, poziewał.
Spojrzeli na siebie.
— Ten poczciwy Vauban, — odezwał się książę — męczy się dla nas teatrem. Ile razy przyjedzie tu, biorą go w rekwizycję, żal mi go.
— Dajże pokój! — odparła Vauban — on także się nudzi, a to go trochę rozrywa; wy zaś doprawdy lepszegobyście nie znaleźli reżysera.
— O! i artysty! jest duszą teatrów naszych! — dodał książę.
— Biedny człek, — cicho szepnęła Vauban — musi się śmiać na scenie, gdy troskę ma na głowie. Nasze położenie emigrantów...
Przewidując, że się elegja nad losem wychodźców francuskich przeciągnąć może, książę Józef spojrzał na zegarek.
— Ale bo, późno! Ten ból głowy, jesteś zmęczona! Przepraszam, już idę.
Pocałował ją w rękę.
Skinęła nań jeszcze Francuzka i przybliżającemu się szepnęła coś na ucho. Vaubana imię kilka razy się powtórzyło, książę dał znak głową, że się zgadza. Pilno mu było odejść, równie jak jej zatrzymać go dłużej.
Wysunął się wkońcu z łaźni tej książę i korytarzami pośpieszył do swojego mieszkania.
Dzień zdawał się skończony, cichość panowała w całym pałacu Pod blachą. Wróciwszy do sypialni, gdzie nań czekał stary sługa, książę odprawił go ruchem ręki, sam siadł na sofę i zapaliwszy fajkę, sparty na łokciu zadumał się, jakby przed sobą sprawę zdawał nietylko z ubiegłego dnia, ale z upłynionego życia.
Rozmowa z przyjacielem poruszyła stare wspomnienia, a może dotknęła zielonych nadziei. Zasępiony siedział tak długo, patrząc na łóżko, na którem położyć się nie miał odwagi.
Wzrok jego padł na rysunek konia, który mu tam życie ocalił, gdzie od kuli padł Iliński, i łza się zakręciła w oku...

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Przypisy

  1. Własne wyrazy z listu księcia de Ligne do księcia Józefa, który mieliśmy w ręku. Żonaty był z księżniczką Masalską. P. A.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.