Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wysunął się wkońcu z łaźni tej książę i korytarzami pośpieszył do swojego mieszkania.
Dzień zdawał się skończony, cichość panowała w całym pałacu Pod blachą. Wróciwszy do sypialni, gdzie nań czekał stary sługa, książę odprawił go ruchem ręki, sam siadł na sofę i zapaliwszy fajkę, sparty na łokciu zadumał się, jakby przed sobą sprawę zdawał nietylko z ubiegłego dnia, ale z upłynionego życia.
Rozmowa z przyjacielem poruszyła stare wspomnienia, a może dotknęła zielonych nadziei. Zasępiony siedział tak długo, patrząc na łóżko, na którem położyć się nie miał odwagi.
Wzrok jego padł na rysunek konia, który mu tam życie ocalił, gdzie od kuli padł Iliński, i łza się zakręciła w oku...

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ