Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A! rozumiem, — rzekł — ojciec więc jest śmieszny Polonus stary, miałażby córka być w podobnym rodzaju?...
— O! wcale nie! — prędko podchwycił Pokutyński — córka nic a nic do niego niepodobna. Cudnie piękna, co już w. ks. mość sprawdziłeś naocznie, bardzo śmiała i dowcipna. Wychowanie staranne, wsi na niej nie znać.
— Przepraszam cię, — przerwał książę Józef — właśnie tem jest wieśniaczką, że ma odwagę być sobą, której nasze panie nie mają. Wszystkie są jak w jednej formie ulane i do siebie podobne. Nieprawdaż, szambelanie, nie uważałeś tego? Gdy są cokolwiek samoistniejsze, wówczas naiwne chorują na rozum, a rozumne udają naiwność, — prawdziwe nieszczęście, choć doskonałe aktorki. Wiekuiście się ma do czynienia z falsyfikatami.
— Książę jest bardzo surowym — odparł Pokutyński, stojący zawsze jako paladyn w obronie płci pięknej.
— A! nie! — przerwał de Ligne — ma zupełną słuszność. Na całym wielkim świecie to samo. Piszę się na jego zdanie.
— Ale, mój Pokutynsiu, już się nie kłóćmy, — przerwał Pepi — mów mi o tej ślicznej szambelanównie. Imię jej! nie wiesz imienia?
— Owszem! Sylwja!
Saperlotte! — rozśmiał się de Ligne — imię jakby z romansu czy z poematu!
— A mnie się ono właśnie niebardzo podoba — odparł Pepi. — Wolałbym prościejsze a mniej wymuszone. Kto jej nadał takie imię, chyba nie szambelan?
— Domyślam się, że to było sprawą matki, którą książę zapewne przypominać sobie musisz, — rzekł Pokutyński — była wcale piękna, wesoła i hołdów chciwa.
— Nie... nie przypominam jej sobie — odparł zamyślony książę. — Wracając do panny Sylwji, nie wiesz, będzie jutro w teatrze?
— Postaramy się o to — rzekł Pokutyński. —