Ostatnia mohikanka rewolucyi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Ostatnia mohikanka rewolucyi
Podtytuł Quasi una fantasia
Data wydania 1909
Wydawnictwo Tygodnik „Wolne Słowo”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Leo Belmont.

Ostatnia mohikanka rewolucyi.
Quasi una fantasia.

Nie rozumiał, dlaczego tam idzie.
Mogła to być najgłupsza mistyfikacja. Zresztą jeżeli nie miano zamiaru z niego zadrwić, to w każdym razie niczego nie mógł się spodziewać. Bo znajdował się w tym punkcie przesytu zmysłów — kiedy człowiek przestaje niemal reagować zarówno na przyjemne, jak i na przykre wrażenia... Na jego sennej duszy wyryte były znaki ohydne: „wszystko mi jedno!“ Zdawało się, że gdyby sama Venus z Milo ożyła naraz, gdyby odrosły jej ręce i wyciągnęły się do niego miłośnie, pozostałby zimny...
Więc to chyba ten wieczny duch Don-Juana, który opętał jego serce od dni młodości, pchał go teraz, niby automat, na jakąś głupią schadzkę. Pod grubą warstwą apatyi, obrzydzenia do siebie samego, coś odruchowo drgnęło na dnie jego duszy, kiedy po nocy orgii, otworzył zmęczone, niewyspane oczy, błądził niemi w pustce obmierzłego mu kawalerskiego pokoju — i naraz wzrok jego padł na leżący na stoliku nocnym liścik, w którym wyczytał zagadkowe słowa:
„Jeżeli nie zapomniałeś Pan słów, wyrzeczonych przed rokiem z akcentem wielkiej powagi i szczerości w głosie — to przyjdziesz Pan dziś o godzinie 6 po południu na ulicę N. dom № 3 m. 11, nikomu nie mówiąc nic o tem zaproszeniu; marzenie Twoje będzie spełnione“. Znajoma.
Odczytywał te słowa po wiele razy, badał nieznany mu charakter pisma, łamał głowę nad tą zagadką — i nie mógł nic przypomnieć, żadnych słów, wyrzeczonych przed rokiem „z powagą i szczerością“, żadnych „marzeń“...
Odrzucał list z irytacją — próbował zasnąć na nowo — lecz we mgle odurzonej wyziewami alkoholu głowy wykwitały jakieś świeże różowe usta, wybłyskiwały czarne oczy — i coś szeptało rozkazująco: idź!..
Ale obok tej wizyi pojawiała się we wspomnieniu inna — realniejsza: — grube wargi, pijane oczy, namiętne podrzuty nagiego ciała... W uszach jego rozlegał się śmiech ordynarny, ochrypły głos, śpiewający piosnki w niezrozumiałym języku... Powracała pamięć szalonej pijanej nocy, którą przepędził z głupią i tłustą szansonistką-Węgierką w gabinecie kabaretowym... Przypominał, że wyrzucił wczoraj na szampana kilkadziesiąt rubli — wszystko, co miał — całe honorarjum, jakie otrzymał od wydawcy za swoje: „Pieśni szału i nudy“... Dręczył go teraz katzenjammer — ból głowy, resztka nudności, nie zabita przez czarną kawę z cytryną...
Zamykał oczy i... dziwił się. W pustce duchowej, której doznawał, coś jakby płakało. Wsłuchiwał się w siebie samego — i odkrywał w sobie coś nakształt żalu: głupią myśl, że oto liścik ten miał mu przynieść poszukiwane od wielu lat, nieskończone szczęście, któremu nie ośmieli się spojrzeć w oczy zbrukany, wyczerpany, znudzony!..
— Nie pójdę — zadecydował...
Leniwie przeleżał cały dzień przy zapuszczonych roletach, paląc namiętnie i rozgrzebując błoto wspomnień swojego życia. W dymie papierosów przewijały się natrętne myśli o samobójstwie...
A jednak, gdy zegar wydzwonił monotonnie piątą, coś go nagle uniosło z łóżka. Ubierał się, ze wstydem zauważając, że dba niezwykle o elegancję toalety. Wyszedł. Jeszcze obiecywał sobie nie iść tam — ale wstąpiwszy do fryzjera, pilnie zważał na zegar. O godzinie szóstej wstępował po marmurowych schodach pięknego narożnego domu przy ulicy N.
Serce mu biło...
Kto go wzywać może?..

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W cieniach przedpokoju nie zobaczył twarzy osoby otwierającej drzwi, ale już ogarnęło go nieopisane wzruszenie... Wystarczyła sylwetka, aby poznał.
To była ona. Kobieta, którą widział raz jeden w życiu. Jak perła w morzu, zatonęła w jego pamięci...
Nie mówiąc ani słowa, wprowadziła go do pięknie umeblowanego pokoju i siadła na kanapie, blada i milcząca, mierząc go zagadkowemi oczyma...
Na jej ustach igrał uśmiech, z którym nie godziła się pieczęć powagi na czole i dziwaczny wyraz oczu. Paliła się w nich jakaś myśl nieugięta, groźna, melancholijna i przerażająca zarazem... Paraliżowała go, jak wcielenie tajemnicy niepokojącej.
Przeszło chwil parę, zanim zdobył się na jedno słowo:
— Pani?..
— Nie, nie ja!.. — i roześmiała się tym śmiechem, który dźwięczał, jak kaskada srebrnych wód. W oprawie świeżych ust błysnęły olśniewająco białe ząbki i jakby drasnęły go po sercu. Rozrzuciły się niesforne włosy czarne nad delikatnie zarysowanem czołem, których aromat owionął go kiedyś męką pragnienia nieukojonego. Zakołysała się pierś, raczej dziewczęca, niż kobieca — ukryty pod ciemną suknią model do zarysów Psychy.
Przypomniało mu się wszystko. Toć-że rozśmiała się tak samo wówczas, gdy na rosie szyby wagonu, wpatrzony w nią namiętnie napisał palcem te wyrazy:
„Za uścisk Pani oddam życie!“
I cały szereg obrazów przeleciał przez jego pamięć, płosząc senność znudzonej duszy gorącym tchem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Widma, usnute z dymów kurjerskiego pociągu. Uciekające w dal brzozowe lasy. Tańczące łany pól. W promieniach wschodzącego słońca na poduszkach wagonu czarowna twarz kobiety-dziecka. Zdawała się wcieleniem lekkomyślności...
I naraz — na parę chwil przed przebyciem do granicy — jakiś ruch nieostrożny przy zdejmowaniu podróżnego tłomoczka — i z pod sukni jego towarzyszki posypały się brauningi i naboje. Osłupiał. Nie zapomni nigdy spokoju, z jakim doń rzekła głosem niemal rozkazującym: „Zbieraj pan to zaraz i szybko podawaj... bo zaaresztują nas na granicy. Teraz odwróć się... Zaszyję“.
W kilka minut była gotowa. Niebezpieczne rzeczy skryły się w fałdach szat.
Nie zapomni nigdy, z jakim spokojem szła przez salę rewizyjną. Drżał o nią, a ona wesoło rozmawiała z celnikami, kłóciła się z niemi, że zmiętosili jej nowe rzeczy i „bez paniatja diełajut rewizju“. Zapytywała żandarma o godzinę i gniewała się, że odpowiada z pamięci i nie ma zegarka. Słowem, wyzywała niebezpieczeństwo, jadąc za cudzemi dokumentami i ryzykując, że może być poznaną, jako wielokrotna lokatorka więzień dla politycznych.
Kiedy bezpieczni znaleźli się znowu w przedziale wagonu — (traf sprawił, że znowu jechali we dwoje) — on patrzył na nią, jak na zagadkę szatana. Nie! Wydawała mu się raczej aniołem, przypadkowo urodzonym w piekle. Lekkomyślność, biorąca na dziewicze ramiona żelazny ciężar roboty rewolucyjnej — amalgamat niepojęty bohaterstwa i fałszu — przyrodzony talent kobiecy do kłamstwa na usługach rewolucyi — białorunne jagnię o wysuwających się szponach tygrysich — gazela z zabójczemi przyrządami drętwy elektrycznej — oto szereg określeń, które przeleciały wówczas przez jego poetycką wyobraźnię.
— Dlaczego Pani tak się narażasz? — zapytał...
— Zaraz Panu odpowiem.. Przeładuję się wprzód, bo ciężko... odwróć się Pan...
Słyszał prócie sukni, wielokrotny stuk przedmiotów, przekładanych do kuferka... i od czasu do czasu śmiech radosny...
— Gotowe... sprawiłam się dobrze... Teraz mogę Panu odpowiedzieć. Uważa pan, oni widzą tylko tych, którzy kryją się przed niemi... a starają się pozbyć tych, co lezą im w oczy natrętnie... Ja, chowam się w ten sposób, że jestem ciągle na widoku... „Mozolju głaza.“[1]
Z godziny na godzinę jego zachwyt rósł... Wydawała mu się niezmiernie mądrą... i zarazem nieskończenie naiwną. Nie dlatego, że wypaplała mu mnóstwo rzeczy niebezpiecznych. Miała zasadę mu ufać — wszakże mimowoli stał się jej wspólnikiem. Zresztą w powietrzu rewolucyjnego roku czerwone kwiaty chętnie wysuwały główki z obsłonek ziemi. Zachowywała przytem pewną konspiracyjność — kompromitowała politycznie tylko siebie.
Ale czyniła wrażenie wielkiej naiwności przez sposób ujęcia siebie samej i rewolucyi. Nie było w niej nic teoretyczki. Może nie przeczytała nigdy nawet broszurki Kautsky’ego. Rewolucja w jej pojęciu była pewnego rodzaju robotą, którą się robi w pewnym czasie. Patrzyła na siebie, jak na służkę tej roboty. Nie było w niej nic pozy. Nie rozumiała swojej odwagi, bo nie rozumiała niebezpieczeństwa. Państwo było dla niej wielkim lasem, w którem myśliwi rządowi urządzali obławę na dziki rewolucyjne. Ona sama wesoło uwijała się śród odyńców, jako wychowana w ostępie. Robiła, co mogła: usługiwała — wykonywała biernie cudze rozkazy — może używano jej do usług dlatego, że nie budziła podejrzeń swoją twarzą śmieszki-dziecka. Wiedziała, że może być upolowaną. Ale cóż z tego?.. Wszakże nie żyje się wiecznie. Jeżeli Saint Victore miał słuszność, określając Piękną Helenę, jako nieświadomą służebnicę Wenery, która przerzucała ją z jednego królewskiego łoża do drugiego — to ona była taką odaliską rewolucyi.
Była szaloną. Bawiła się niebezpieczeństwami swojego amatorskiego „fachu“. Oto w wagonie przy otwartych drzwiach poczęła śpiewać pieśni rewolucyjne. Śpiewała naprzemian po polsku i po rosyjsku. Śpiewała głośno, nie bacząc na to, że w sąsiednim przedziale znajdowało się kilku oficerów, którzy wyszli na korytarz i zdawali się przysłuchiwać...
— Ostrożnie — szepnął jej, blednąc i wstydząc się swojego lęku... — są uszy...
— Nic mi nie zrobią. Za ładnie śpiewam. Oni też lubią piękny głos i piękne pieśni. Śpiewam dla nich umyślnie po rosyjsku... To i po polsku wysłuchają chętnie...
Dopiero w śpiewie uwidoczniała się jej dusza żywiołowa, pełna bólu i entuzjazmu. Nie rozumiała żadnej teoryi politycznej lub ekonomicznej. Rozumiała tylko poezję rewolucyi — rozumiała czyn. Gdyby istniała tak piękna poezja legalna, może byłaby Joanną d’Arc armii „usmiritielej“. Była tak samo pewną konieczności swoich obowiązków, jak ten żołnierz rosyjski, który utonął na warcie, bo nie chciał zejść ze stanowiska przy arsenale, na który uderzyły fale powodzi.
— Czyja pani córka?
Roześmiała się:
— Nie znałam moich rodziców. Rodziła mnie ciotka...
I dodała poważniej:
— Jestem sierotą od dziecka...
Wtedy napisał na szybie przytoczone wyżej słowa miłości, dziwiąc się, że nie śmie ich powiedzieć.
Zapłoniła się, roześmiała i rzekła:
— Pan kłamie sobie i mnie...
Uczuł, że wszystka krew zbiegła mu do serca. Głosem uroczystym powtórzył:
„Za uścisk Pani oddałbym życie...“
Koła wekslowały... pociąg zbliżał się do stacyi...
— Czy zobaczę panią kiedy?
— Nie wiem...
— Wolno wiedzieć, gdzie Pani mieszka...
— Nie... tułam się... raz tu... raz tam... Teraz niech Pan o mnie zapomni...
— Nie mogę... Chciałbym... panią... pocałować! I zlekka nachylił się ku niej... Musnęły go jej włosy... Cofnęła się... Oczy jej błysnęły złowrogo. Podniosła rękę...
— Niech Pan spróbuje..
Spuścił oczy, jak zawstydzony student.
— Przepraszam Panią...
Podała mu rękę. Do wagonu wbiegli tragarze. Korytarzyk zatłoczyli wychodzący. Pochyliła się ku niemu i cicho spytała, patrząc mu w oczy:
— Czy Pan powiedział prawdę?... Za uścisk — życie?...
Oczy błysnęły mu namiętnością.
— Przysięgam.
Wtedy obrzuciła go długiem spojrzeniem i rzekła:
— Może kiedyś wypadnie mi zażądać Pańskiego życia... na tych warunkach. Skorzystam...
I znikła w tłumie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A oto teraz, po wielu miesiącach, siedziała przed nim z zagadkowym wyrazem twarzy. I naraz, splótłszy na piersiach ręce i ciężko dysząc, rzuciła mu pytanie:
— Pamięta Pan!.. „życie za uścisk“. Nadeszła godzina!...
Jego serce zalała fala zmieszanych uczuć — rozkoszy i bólu...
Zdawało się, że życie pękło błękitnym gzygzakiem błyskawicy, i ujrzał przepaść pełną nimf kuszących i jadowitych wężów...
— Gotów Pan?...
— Gotów — odpowiedział...
I nie wiedział, czy mówi prawdę, czy kłamie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tylko wszystko w nim łamało się, pękało... Głowa szła kołem... Z dna duszy powstawała żądza i patrzyła przez oczy w bladą twarz demonicznej dziewczyny; jakby słaniała się pijana, bezsilna... Krwawa mgła zakrywała mu oczy... chwilami przestawał ją widzieć... Pomiędzy nią a nim powstawała w zwojach dymu, w oparach alkoholu, tańcząca piruety bezwstydna naga postać kupczącej miłością kabaretowej Wenery...
— Co Panu jest?
— Nic... nic... dziwię się... Pani tu?...
— A! dziwi Pana, że tak bogato mieszkam... Te meble?... Nie, to nie moje...
— Jest ktoś w mieszkaniu?!..
— Nikt... jesteśmy sami... To — powiadam Panu — nie moje — ale też niczyje więcej... prócz mnie...
— Nie rozumiem...
— Zaraz Panu wytłomaczę... Mamy godzinę czasu...
— Słucham Panią...
— Od czego zacząć?.. — przesunęła ręką po czole i na twarzy jej pojawił się nieznany mu cień bólu. — A, tak!... Ten pokój umeblowali towarzysze... Potrzebny był nam dobry punkt... z dwoma balkonami... od ulicy... Tu niema nigdzie hotelów... Wyższe piętra zajęte... Jedyne mieszkanie wolne było — to... na pierwszem piętrze... Trzeba było wynająć... i wprowadzić odpowiednie meble... żeby wpuszczono nas bez podejrzeń... Wynajęłam to, jako żona inżyniera, który ma przybyć z Syberyi... Paszport zrobiliśmy...
— Po co?...
— Zaraz Panu powiem... Czytał Pan we wczorajszej gazecie rannej o „wsypie“ przy ulicy W?
Uśmiechnął się, słysząc ten wulgarny wyraz w jej ustach...
— Czytałem..
— Zaaresztowano całą naszą paczkę... Tylu porządnych facetów... Między nimi było dwóch, co miało to zrobić dzisiaj... Jakiś „szpik“ ich „wsypał“... Wzięto nawet moją służącą... Pan rozumie, moją nieprawdziwą służącą... której ja byłam niby Panią... My miałyśmy tylko przynieść te dwa koszyki... ona jeden — ja drugi... Wzięli ją... Musiałam przynieść oba...
Wskazała ręką dwa koszyczki, stojące w kącie salonu... Wstała i wzburzona przechadzała się po pokoju:
— Tylu porządnych facetów zabrano!.. Między niemi było co najmniej dziesięciu, zdatnych do tej roboty... A teraz nikogo, nikogo...
Łamała ręce...
— Zostałam ja sama... A bez pana wszystko przepadnie... Jeżeli pan nie potrafi — to wszystko na nic...
Jakiś niepokój zakradł mu się do mózgu. Zdawało mu się, że ma do czynienia z osobą nienormalną. Opowiadała tak bezładnie, że nic nie mógł zrozumieć...
— Rozumie Pan?
— Niby... coś... ale właściwie... nic!...
Podeszła do fotelu, na którym siedział... położyła mu ręce na ramionach i szeptem, który zwiększał tajemniczą grozę tej sceny, mówiła:
— Czekamy cały miesiąc... Dziś o godzinie 8-mej wieczorem powraca... Będzie jechał z kolei. Musi wracać tą uliczką... Zawsze tędy przejeżdża... To najbliżej...
Kto?...
Jakto kto?!
Patrzyła na niego ze zdziwieniem, nie pojmując, że ktoś może nie wiedzieć, kto powraca...
— Trzeba będzie bomby rzucić...
Uczuł, że mu scierpły zęby i zziębły końce palców...
Teraz już wiedział, kto... Wyczytał to z jej twarzy...
A ta twarz rozpromieniła się naraz:
Ty mi pomożesz, prawda... pomożesz?...
Zdawało mu się, że ktoś młotem bije go po czaszce...
— Co ja mam właściwie uczynić?... — wyjąkał.
Z twarzy jej biła jakaś dziecinna radość... Ściskała mu ręce... przybliżała teraz twarz poufnie do jego gorejącego czoła... i szeptała, dławiąc się niemal zachwytem:
— Są dwa balkony... jeden z salonu... drugi tam, z sypialni... Ja stanę na jednym... ty na drugim... Kiedy powóz nadjeżdżać będzie, ja rzucę pierwsza... przed powozem... przed końmi jeszcze... żeby w to wjechali... Ale może się zdarzyć, że nie zabiję nawet koni... Wtedy zamiast naprzód... może się cofną... Z pewnością nawet, cofną się... Zawsze lękają się, że ktoś drugi czeka dalej... na przedzie... A tył — sądzą — bezpieczny... Więc zaraz ty... rzucasz drugą bombę... z balkonu w sypialni... I ta już jest pewna...
Mówiła mu „ty“ tak prosto, jak prostą wydawała się jej ta cała „kombinacja“.
Pociągnęła go za rękę ku sypialni...
— O, widzisz, z tego balkonu... To bardzo łatwe...
— A pani wie, że kozacy mogą wpaść potem i zakłuć nas?...
Skrzywiła się z obrzydzeniem i puściła jego rękę:
— Fe!.. Nie zrobią nic... Bomba nas zabije... Na pierwsze piętro wybuch dojdzie...
— A jeżeli nie?
— Mam dwie dawki cyjanku potasu...
Zimny pot występował na jego czole...
— Czy Pani go bardzo nienawidzi? — zapytał.
— Kogo?
— No, tego, kogo... mamy zabić...
— Ach, co on mnie obchodzi!..
Otworzył usta... chciał coś powiedzieć... nie mógł... Mąciło mu się w głowie...
Stała przed nim w otwartych drzwiach na progu sypialni... Jej usta rozchylały się, jak kielich kwiatu... Widział ją na tle pięknego rozesłanego łoża, które wzmagało pokusę...
Szumiało mu w głowie głupie określenie, układające się przez narów poetycki w kształty rytmiczne:

Dziewicze dłonie zgotowały
Miłości ołtarz nad przepaścią...

Nagłym ruchem zerwała z głowy przepaskę metalową — i stanęła przed nim w powodzi włosów... Wydawała się ofiarą, skazaną na całopalenie...
A z powodzi włosów wydobywał się głos, w którym stapiały się akcenty upojenia i melancholii, przerażenia i słodyczy, miłości i śmierci... Ledwie słyszał urwane wyrazy:
— Oto-m twoja... Rzekłeś: życie za uścisk... Mamy pół godziny czasu... Nikt nie dotknął mnie dotąd... Dla ciebie pierwszy kwiat miłości.. Pierwszy i ostatni... Nie mówiłam nigdy nikomu tego słowa: kocham... Na progu śmierci tobie je powiem... Bo umrzemy razem...
I naraz odrzuciła włosy i z lękiem spojrzała na jego twarz pobladłą:
— Ty nie chcesz?... ty się boisz?...
— Nie!.. nie!.. śmierci... nie!..
— Więc czego? — i uchwyciła go za ręce, patrząc mu w oczy niespokojnie...
— Zabijać... boję się zabijać...
— Kłamiesz — odpowiedziała — kłamiesz... Jak można się tego bać?... To takie proste... Zobaczysz, jak ja rzucę...
— Ja — nie rzucę...
Odepchnęła ze wstrętem jego rękę...
— Ty się boisz śmierci!..
— O, nie!.. w tej chwili chciałbym już nie żyć... Życie jest taką męką...
— Więc dla czego nie chcesz?!...
I rozpłakała się. Rzuciła się głową w poduszki — i płakała, jak dziecko...
Stał nad nią osowiały, zgarbiony. Czuł się niezmiernie głupim.
Jakto? — ona płacze. Płakać na progu planów morderstwa!..
Ale już ochłonęła... Wytarła łzy pięściami... Siadła na łóżku — wpatrzyła się weń złemi oczyma... rozpalone policzki podparła rękoma:
— Więc Pan podle skłamał!..
— Pani...
— Nic.. tylko podle skłamał!..
— Ależ...
— „Za uścisk życie!“ — kłamca... A! pan mnie nie kocha... Pan mnie nawet nie pożąda... Bo inaczej — uderzyła się w czoło — teraz, kiedy Pan mi potrzebny... nieodzownie potrzebny... żeby to się napewno udało... to Pan by mnie przynajmniej starał się oszukać...
I powstała, przerażona własną myślą:
— Mężczyźni są tak podli!. Jak ja nie zmierzyłam niebezpieczeństwa?...
— Widzi pani, że go niema...
— Więc Pan mnie odpycha?...
I zbliżyła się doń tak, że uczuł jej gorący oddech na twarzy...
Złożył ręce, jak do modlitwy — i szepnął:
— Ja się boję dotknąć ciebie...
I jego młoda twarz opromieniła się blaskiem olbrzymiego cierpienia...
Wtedy ona, odgarniając pieszczotliwą ręką włosy z jego czoła, powiedziała:
— Wiesz... ty jesteś — piękny... Zobaczyłam to dopiero teraz... Ja ciebie kocham... Weź mnie...
Zadrżał...
— Za cenę życia!.. My musimy to zrobić... Widzisz, to uplanowane było na dzisiejszy dzień... Tyle energii... tyle przygotowań na nic... Jutro może już partyi nie będzie... zabiorą i mnie... Ja ostatnia... I wszystko się skończy...
I kusząco wyciągając usta do jego ust, mówiła:
— Weź mnie... Mamy jeszcze dwadzieścia minut... Upójmy się szczęściem... Zapomnijmy się.. Potem będzie łatwo... Uczynię cię tak szczęśliwym... Wypić kielich miłości do dna i spełnić czyn bohaterski — czy to nie jest wypełnić wszystkie zadania życia?... Po co żyć potem?!.. No?... no?... Pocałuj mnie!..
Już się nachylał nad nią, aby ją pocałować...
Wtem...
Odepchnął ją gwałtownie:
— Słuchaj... Przepędziłem noc całą w podłej orgii... Nie mam w sobie dość żądzy... Nie... nie tak... Na tobie jeszcze niema krwi... na mnie już jest błoto... Nie mogę umrzeć z tobą razem..
Zakryła twarz rękoma...
Wtem odjęła je... Zdawało się, że z dalekiej ulicy nadbiegł tętent kozackich koni...
Dopadła balkonu... otworzyła drzwi... nasłuchiwała... Tętent oddalał się...
— A, jadą na kolej... Za kwadrans tędy powrócą... No, odejdź Pan...
Twarz jej była spokojna... poważna... jakby wykuta z marmuru...
Zdawało mu się, że stoi przed nim inna kobieta...
— Jakto?
— Odejdź pan... Zostanę sama...
— Zrobisz to Pani?...
Spojrzała na niego zdumiona...
— A jeśli ja przeszkodzę?...
Wtedy krzyknęła na cały głos:
— Podły!..
I szła ku niemu groźna z zaciśniętemi pięściami... Pobladł:
— Nie wydam Pani... Ale zostanę tu — i nie dopuszczę...
Wtedy skoczyła, jak tygrysica — porwała z kąta salonu kosz... i zawołała:
— Jeśli będziesz pasować się ze mną, rzucę ten kosz — i cały ten dom wyleci w powietrze...
Był pokonany.
— Odejdź Pan...
— Zostanę tu... zginę z tobą...
— Nie!.. jesteś mi Pan niepotrzebny... Skoro nie bierzesz udziału... Odejdź...
— Dobrze... Opowiem o Pani światu...
— A to po co?!.. Poeta! — krzyknęła mu drwiąco. — Poeta! — policzkowała go tem słowem.
— Jednak...
— Jednak, odejdź Pan...
— Gdyby jednak... cofnęła Pani... ten szalony zamiar...
— Ani słowa więcej... Moje uszy są zamknięte dla Pana...
I odwróciwszy się doń, przycisnęła czoło do szyby balkonu...
Zwolna zapadający zmierzch letniego dnia otulał ją...
— Czy mogę jeszcze...
— Odejdź Pan... Cierpię, kiedy Pan mówi... A muszę być teraz silna... Błagam, odejdź...
Nie odwróciła się nawet na jego ukłon... nie odpowiedziała na jego słowo: żegnam..
Zostawił ją, stężałą, jak posąg, czatującą przy wpółotwartych drzwiach balkonu, z twarzą bladą w czerni włosów i w zmierzchu...
Zstępując po schodach, podnosił ręce do bijących, zbolałych skroni... i powtarzał słowa, które wydawały mu się najdziwniejszemi, jakie słyszał w życiu:
— „Co on mnie obchodzi?...“ Więc dlaczego ona?...
Serce jego ściskało się bólem.
— Szalona!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Stanął przed bramą pierwszego domu na sąsiedniej ulicy i czekał...
Od dworca doleciał tętent i turkot... Przemknęły spienione konie kozackie... Zaturkotał powóz w pośrodku świty... Pognała kawalkada...
— Już jej nigdy nie zobaczę! — jęknęło mu w piersi...
Chciał krzyknąć — zatrzymać... Słowo: „podły“ zaszumiało mu w uszach... Głos zamarł mu w gardle.
Przyłożył rękę do bijącego serca i — czekał.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Trzask... Coś pchnęło go do muru — jakaś niewidzialna siła... Ulicę przeleciał tuman... oślepił jego oczy... Jęki ludzkie — i rżenie koni... Krzyk przechodniów...
Podniósł się z wysiłkiem... Kawalkada koni kozackich biegła w nieporządku... W pośrodku pędził powóz... w nim ktoś ubrany i wyprostowany po wojskowemu...
Na ulicy wszczynał się chaos piekielny... Uciekali przechodnie... Przybywało wojsko i policja...
Wtedy on, skradając się przy murze, szedł ku ulicy zamachu...
Przez kordon żołnierzy ujrzał dwie masy na bruku... dwa ciała końskie... obok czerniało coś mniejszego... może jeździec...
Mnóstwo głów zadartych patrzyło w górę i rozprawiało głośno... Pokazywali coś rękoma...
Podniósł oczy... Na balkonie widział jakieś szczątki odzieży i kawałki czegoś — rzucone na drzwi balkonu i na żelazne pręty...
Ktoś krzyknął na niego głosem ostrym:
Kudy priosz?!
Nie słuchał... Biegł oszalały pod balkon... Zdało mu się, że stanął w deszczu krwawych kropel... Podniósł kawałek szaty i przycisnął do ust... A łzy gradem puściły mu się z oczu...
Sumaszedszij! — zawołał ktoś...
Arjestowat’!.. Uwidim — zawołał ktoś inny...



Przypisy

  1. Robię im odciski na oczach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.