Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   11   —

nawet, cofną się... Zawsze lękają się, że ktoś drugi czeka dalej... na przedzie... A tył — sądzą — bezpieczny... Więc zaraz ty... rzucasz drugą bombę... z balkonu w sypialni... I ta już jest pewna...
Mówiła mu „ty“ tak prosto, jak prostą wydawała się jej ta cała „kombinacja“.
Pociągnęła go za rękę ku sypialni...
— O, widzisz, z tego balkonu... To bardzo łatwe...
— A pani wie, że kozacy mogą wpaść potem i zakłuć nas?...
Skrzywiła się z obrzydzeniem i puściła jego rękę:
— Fe!.. Nie zrobią nic... Bomba nas zabije... Na pierwsze piętro wybuch dojdzie...
— A jeżeli nie?
— Mam dwie dawki cyjanku potasu...
Zimny pot występował na jego czole...
— Czy Pani go bardzo nienawidzi? — zapytał.
— Kogo?
— No, tego, kogo... mamy zabić...
— Ach, co on mnie obchodzi!..
Otworzył usta... chciał coś powiedzieć... nie mógł... Mąciło mu się w głowie...
Stała przed nim w otwartych drzwiach na progu sypialni... Jej usta rozchylały się, jak kielich kwiatu... Widział ją na tle pięknego rozesłanego łoża, które wzmagało pokusę...
Szumiało mu w głowie głupie określenie, układające się przez narów poetycki w kształty rytmiczne:

Dziewicze dłonie zgotowały
Miłości ołtarz nad przepaścią...

Nagłym ruchem zerwała z głowy przepaskę metalową — i stanęła przed nim w powodzi włosów... Wydawała się ofiarą, skazaną na całopalenie...
A z powodzi włosów wydobywał się głos, w któ-