Strona:Leo Belmont - Ostatnia mohikanka rewolucyi.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   13   —

— Nic.. tylko podle skłamał!..
— Ależ...
— „Za uścisk życie!“ — kłamca... A! pan mnie nie kocha... Pan mnie nawet nie pożąda... Bo inaczej — uderzyła się w czoło — teraz, kiedy Pan mi potrzebny... nieodzownie potrzebny... żeby to się napewno udało... to Pan by mnie przynajmniej starał się oszukać...
I powstała, przerażona własną myślą:
— Mężczyźni są tak podli!. Jak ja nie zmierzyłam niebezpieczeństwa?...
— Widzi pani, że go niema...
— Więc Pan mnie odpycha?...
I zbliżyła się doń tak, że uczuł jej gorący oddech na twarzy...
Złożył ręce, jak do modlitwy — i szepnął:
— Ja się boję dotknąć ciebie...
I jego młoda twarz opromieniła się blaskiem olbrzymiego cierpienia...
Wtedy ona, odgarniając pieszczotliwą ręką włosy z jego czoła, powiedziała:
— Wiesz... ty jesteś — piękny... Zobaczyłam to dopiero teraz... Ja ciebie kocham... Weź mnie...
Zadrżał...
— Za cenę życia!.. My musimy to zrobić... Widzisz, to uplanowane było na dzisiejszy dzień... Tyle energii... tyle przygotowań na nic... Jutro może już partyi nie będzie... zabiorą i mnie... Ja ostatnia... I wszystko się skończy...
I kusząco wyciągając usta do jego ust, mówiła:
— Weź mnie... Mamy jeszcze dwadzieścia minut... Upójmy się szczęściem... Zapomnijmy się.. Potem będzie łatwo... Uczynię cię tak szczęśliwym... Wypić kielich miłości do dna i spełnić czyn bohaterski — czy to nie jest wypełnić wszystkie zadania życia?... Po co żyć potem?!.. No?... no?... Pocałuj mnie!..